Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

O tym, jak Czesi wyrzucali ludzi z okien

Defenestracja to termin historyczny, który na pozór wydaje się bardzo trudny do zapamiętania i brzmi nieco zbyt naukowo, by się nim zajmować. Prawda jest oczywiście inna. Nazwa ta została bowiem zapożyczona od łacińskiego "de fenestra" ("z okna") i oznacza ni mniej ni więcej, jak wyrzucenie z okna. Jest to dość wyszukany sposób na pokazanie swojemu rywalowi, że łatwo mu z nami nie będzie, a jako metoda walki nie był zbyt często wykorzystywany. Jest jednak w Europie pewien kraj, w którym defenestracja była stosowana tak często, że urosła do rangi swego rodzaju sportu narodowego. A krajem tym jest nasz sąsiad - Czechy.
Początki tradycji wyrzucania z okien sięgają w Czechach XV wieku, a konkretnie - roku 1419. Czechy znajdowały się wówczas w przededniu wielkiej zawieruchy, którą określano później mianem wojen husyckich. Husyci byli ukształtowanym kilka lat wcześniej odłamem chrześcijaństwa, którego twórcą był wielki reformator Jan Hus. Nietrudno zgadnąć, że katolicy z husytami nie za bardzo się lubili, a i papieżowi było trochę nie w smak, że w całkiem sporym kraju w środku Europy panoszy się herezja. Oliwy do ognia dolało podstępne aresztowanie i spalenie na stosie Jana Husa w 1415 roku. Od tego czasu nastroje w Czechach zaczęły się gwałtownie radykalizować, co nieuchronnie prowadziło do eskalacji konfliktu.

30 lipca 1419 roku ulicami Pragi przeszła husycka manifestacja pod przewodnictwem duchownego Jana Żeliwskiego. Jednym z punktów pochodu stał się ratusz Nowego Miasta. Tam doszło do małej różnicy zdań pomiędzy protestującymi a miejskimi radnymi. Mała różnica zdań niebawem przerodziła się w nieco większą różnicę zdań, a ta - w pokaźnych rozmiarów bójkę. Sytuację miał jeszcze zaostrzyć kamień rzucony z okna ratusza w kierunku Żeliwskiego. Tego było już za wiele i rozgniewany tłum wypchnął z okien siedmiu katolickich rajców. Jak się później okazało, było to dobrym pretekstem do wybuchu wojen husyckich, trwających niemalże nieprzerwanie przez kolejnych 17 lat.
New town City Hall Prague
Praski ratusz, w którym w roku 1419 dokonano pierwszej defenestracji.
Staroměstská radnice, pamětní deska - Jan Želivský
Praska tablica poświęcona Janowi Żeliwskiemu.
Na pozór cała ta sytuacja wydaje się śmieszna, ale pamiętajmy, że prawda nie była zbyt różowa. Pod oknami praskiego ratusza nie rosną żadne krzaki, a ubita ziemia, czy też kostka brukowa bywają twarde. Nietrudno więc się domyślić, że los katolickich rajców był policzony. Na kolejną defenestrację nie trzeba było jednak długo czekać. Już w 1483 roku proceder powtórzono, w zasadzie z podobnych pobudek, aczkolwiek w nieco odmienionej sytuacji społecznej. Praga była wówczas bowiem nękana głodem i zarazami.

Znacznie bardziej interesująco zrobiło się natomiast w roku 1618. Całe 199 lat po pierwszej defenestracji mieszkańcy Pragi ponownie uciekli się do swojego tradycyjnego procederu. W Czechach wyznaniem dominującym był już nie tyle husytyzm, co luteranizm. Sęk w tym, że krajem władali wówczas bardzo katoliccy Habsburgowie. A trzej kolejni królowie z tego rodu, rządzący w początkach XVII wieku, a więc Rudolf II, Maciej i Ferdynand Styryjski, byli niezwykle zagorzałymi obrońcami papiestwa. Nic więc dziwnego, że na przełomie kilkudziesięciu lat Czesi podejmowali liczne próby wpłynięcia na zdecydowanie nieprzychylną im politykę monarchów.

Czara goryczy przelała się w maju 1618 roku. Ferdynand Styryjski był królem Czech od niespełna roku, lecz swoimi metodami rządzenia już zdołał poważnie zajść za skórę protestantom. Do jego ciekawszych decyzji należało wprowadzenie cenzury i wykluczenie innowierców od sprawowania co ważniejszych funkcji państwowych. 23 maja, podczas trwania zjazdu czeskich protestantów, część obradujących wyprawiła się na Zamek Królewski na Hradczanach, by pogadać na poważnie z królewskimi przedstawicielami.

Również i tym razem na pogadance się nie skończyło i niebawem z okien zamku wyfrunęło trzech urzędników: namiestnicy Vilem Slavata i Jaroslav Borita Martinitz oraz sekretarz Philipp Fabricius. Ci mieli jednak więcej szczęścia niż ich poprzednicy i wylądowali na... górze kompostu. Nie odnieśli więc nawet bardziej poważnych obrażeń. Ich "cudowne" ocalenie zostało zaś szybciutko podchwycone przez stronnictwa katolickie. Niemniej ta defenestracja praska doprowadziła do wybuchu wojny trzydziestoletniej, jednego z najbardziej wyniszczających konfliktów w historii Europy.
Defenestration-prague-1618
Defenestracja praska z 1618 roku według Matthausa Meriana, szwajcarskiego rytownika żyjącego na
przełomie XVI i XVII wieku.
Karel Svoboda Defenestrace
Defenestracja praska według Karela Svobody, czeskiego malarza XIX-wiecznego.

Prague Castle defenestration site
Fragment zamku na Hradczanach, z którego wyrzucono królewskich urzędników.
Do jeszcze jednej praskiej defenestracji dojść miało 10 marca 1948 roku, a więc w czasach odległych od opisywanych nieco wyżej. Tym razem ofiarą upadku z wysokości okazał się być Jan Masaryk, premier Czechosłowacji. Polityk reprezentował w swoim kraju stronnictwo demokratyczne, zaś do przejęcia tam władzy przez komunistów doszło ledwie kilka tygodni przed tragicznym wydarzeniem. Oficjalne śledztwo wykazało samobójstwo, lecz jak dobrze wiemy, z samobójstwami w państwach komunistycznych bywało różnie. Dlatego też nie udało się ustalić jak dotąd wersji w stu procentach prawdziwej, a zagadka pozostanie zapewne nierozwiązana.
Jan Masaryk deska
Tablica poświęcona Janowi Masarykowi, zlokalizowana w Pradze. Napis głosi: "Nastanie prawda,
ale będzie to wymagało wysiłku".
Na koniec należy jeszcze podkreślić, że defenestracje praskie nie były jedynymi, jakie kiedykolwiek miały miejsce, choć trzeba przyznać, że to właśnie stolica Czech gościła je najczęściej. Urzędnicy i arystokraci wyrzucani byli z okien także we Florencji (1478), Portugalii (1640), czy wreszcie w Kolonii (1848).

Jak Wam się podobała ta multiepokowa historyjka? Czy uważacie, że defenestracja to dobry pomysł na wypowiadanie wojny? ;)

Zobacz też:
1. To nie Kolumb odkrył Amerykę
2. O tym, jak Sobieski zdradził Polskę
3. Jak zostać królem?

poniedziałek, 20 lipca 2015

Legendy motoryzacji 2

Nie tak dawno przy pomocy artykułu "Legendy motoryzacji" spotkaliśmy się z Fordem T, Maluchem i Trabantem. Samochodów zasługujących na miano kultowych jest jednak znacznie więcej. Dziś poznamy kolejne trzy z tego doborowego grona. No.... W niektórych przypadkach może nie do końca doborowego, ale słynnego na pewno.

Esencja luksusu
Na polskich drogach spotkać można różne samochody, łącznie z tymi ekskluzywnymi. Alfa Romeo to już chleb powszedni, coraz częściej widoczne są Bentleye, czy Chryslery, a jeśli odpowiednio dużo pojeździmy, to może wpadnie nam w oko nawet jakieś Porsche. Są jednak takie marki, których u nas praktycznie rzecz biorąc nie uświadczymy. Jedną z nich jest Rolls-Royce, producent słynący z luksusowego towaru, w którego fabrykach większość takich czynności, jak wstawianie szyb, czy montowanie pomniejszych części, jest wykonywanych ręcznie. W rezultacie tańsze modele możemy kupić dziś już za jakieś - bagatela - milion złotych.

Jedną z najbardziej znamienitych produkcji Rolls-Royce'a jest Phantom. Samochód, który kojarzy się z wieloma rzeczami, lecz przede wszystkim czernią i przeraźliwie długim przodem. Pierwsze modele tej marki opuściły fabryki w 1925 r. A kiedy zniknęły z linii produkcyjnych? Cóż, w zasadzie to nigdy. Po Phatnomie I przyszedł bowiem Phantom II, później Phantom III i tak dalej. Producent tylko dwa razy zarzucił na jakiś czas produkcję Phantomów. Najpierw przy okazji II wojny światowej, później w latach 90. Obecnie z fabryk wyjeżdżają aż trzy rodzaje tego samochodu. Pierwszy - po prostu Phantom - ma dosyć monstrualne rozmiary. Drugi - Phantom Coupé - ma monstrualne rozmiary i do tego... zaledwie dwa drzwi. Trzeci - Phantom Drophead - ma monstrualne rozmiary, dwoje drzwi i rozsuwany dach. Ciekawe o jakie ciekawostki rozszerzono by czwarty typ, gdyby go produkowano, prawda?
1927 Rolls-Royce Phantom I Windover Tourer
Roll-Royce Phantom I z lat 20. ...
SC06 2006 Rolls-Royce Phantom
... i Roll-Royce Phantom z XX wieku.
Może ogóreczka?
Trudno powiedzieć dlaczego PRL-owska popkultura (jeśli można ją tak nazwać) nazwała ten autobus mianem ogórka. Ale nazwała. Właściwie to o jakiej marce mówimy? O Jelczu, choć nie do końca. A to dlatego, że Jelcz 043 był tylko odmianą Skody 706 RTO.

Można powiedzieć, że polskie władze komunistyczne chciały otworzyć prężnie rozwijającą się fabrykę samochodów, lecz nie chciało im się już tworzyć własnych projektów pojazdów. Rozwiązanie okazało się proste. Odkupili po prostu licencję od czeskiego producenta i wytwarzali praktycznie takie same autobusy, co nasi południowi sąsiedzi, z tym że pod innym szyldem. I jeszcze jedna drobnostka - z Czech pochodził nie tylko pomysł, lecz także... większość części...
Gdańsk Wrzeszcz zajezdnia autobusowa (autobus ogórek)
Samochód dla każdego
Volkswagena Garbusa zna prawie każdy. I nic dziwnego - to jeden z najpopularniejszych pojazdów w historii. Konkurować może chyba tylko z... koniem. Mało kto jednak wie, że projekty Garbusa powstały już w latach 30. XX wieku. Nieco ciekawsze jest to, że zaprojektowanie samochodu zlecił Adolf Hitler, poszukujący auta o tak prostej konstrukcji i tak niskiej cenie, że będzie sobie mógł na nie pozwolić każdy. No, to mu nie wyszło. W nazistowskich Niemczech pierwsze modele Garbusa były materiałem dla bogaczy. Jest jednak jeszcze jedna ciekawostka. Kto zaprojektował pierwszego Volskwagena w historii? Ano Ferdinand Porsche. Oryginalnie, prawda?

Ponowną produkcję Garbusów rozpoczęto natychmiast po wojnie, już w 1945 roku. I tym razem do pracy tej się przyłożono. Volswagen stał się tak powszechny, jak chlebek o poranku. W ciągu kilkudziesięciu lat jego produkcji, z fabryk wyjechało ponad 21 milionów egzemplarzy samochodu, w tym kilkaset tysięcy kabrioletów. Produkcję zakończono dopiero w 2003 r. Cóż powstrzymało rozwój wielkiego Garbusa? Cóż... Spadający popyt. I tyle.
Volkswagen Bubbla sista bilen
Ostatni Garbus w historii w pewnym meksykańskim muzeum.
Beetle Cabriolet Final Edition - Flickr - Moto@Club4AG
Nowy pomysł na Garbusa - auto w wersji cabrio z 2005 r.
Drugie spotkanie z legendami motoryzacji mamy już za sobą. Którego z naszych dzisiejszych bohaterów wybralibyście na poranną przejażdżkę? Każdy z kandydatów ma wiele zalet. Garbus jest znany i ceniony, roll-royce luksusowy, a Jelcz... no cóż... duży! No więc?

sobota, 27 czerwca 2015

Na Skałę Rudolfa

Tym razem udamy się do regionu zwanego Czeską Szwajcarią. Podobieństwo do tytułu Saska Szwajcaria jest nieprzypadkowe. Obie krainy leżą bowiem w bezpośrednim pobliżu, przy czym pierwsza znajduje się w obrębie Czech, a druga - Niemiec. Jedną z największych perełek tego właśnie obszaru jest - moim zdaniem - ciąg trzech punktów widokowych, usytuowanych przy czerwonym szlaku z Jetrichovic do Vysokiej Lipy. Są to - kolejno - Marina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen.

Trasa rozpoczyna się - jak już wcześniej wspomniałem - w miejscowości Jetrichovice, około 15 kilometrów na wschód od Hrenska, największego miasta regionu. Początkowo wędrujemy bardzo przyjemną, szeroką, polną ścieżką. Jak na razie nie musimy się przemęczać - nachylenie szlaku z całą pewnością nie przekracza jeszcze 1%. Przed nami zobaczyć już można piękne, lecz zarazem męczące perspektywy. Kierujemy się bowiem w kierunku strzelistej góry. A z drzew na jej szczycie wyłania się wysoka skała z drewnianą konstrukcją na szczycie, czyli Marina Skala. Nieco po lewej widać też inne skały należące do tego zbiorowiska. Te są jednak znacznie mniej reprezentatywne.
Po prawej Marina Skala, po lewej Vileminina Vyhlidka. Widok z Jetrichovic.
Niebawem rozpoczynamy ciężką wspinaczkę pod górę. Wspinaczka ta odbywa się na obszarze jednego przejrzystego, słabo zalesionego zbocza. Oznacza to więc, iż jeszcze zanim rozpoczniemy podejście, widzimy już pierwszy cel naszej wędrówki. Z drugiej jednak strony, gdy znajdziemy się na samej górze będziemy mogli zobaczyć wszystko to, co przeszliśmy dotychczas. Nie polecam w takim razie tego szlaku dla turystów z lękiem wysokości.
Podejście na Mariną Skalę.
Po dojściu na szczyt można zboczyć na chwilkę ze szlaku, by wspiąć się na Mariną Skalę. Wiodą do niej schodki i drabinki - po części wstawione, a po części wykute w skale. Po pokonaniu ostatniego stopnia ujrzymy czekającą już na nas drewnianą altanę. Trzeba się trochę zastanowić zanim uzyska się odpowiedź na drobne pytanie. Jak na tym maleńkim czubku udało się w ogóle cokolwiek postawić? Dokonał tego książę Ferdynand Bonawentura Kinsky w 1856 roku. A właściwie dokonali tego ci wszyscy, którym arystokrata to zlecił. Altana nie uchroniła się przed pożarami. Po raz ostatni spłonęła w 2005 r. Czesi rzecz jasna natychmiast ją odbudowali.
Schody na Mariną Skalę.
Z Marinej Skaly rozciąga się wspaniały widok na Czeską Szwajcarię i fragmenty Szwajcarii Saskiej. Jeśli rzucimy okiem na północ, zobaczymy dwa kolejne cele naszej wędrówki. A jeśli rzucimy okiem na południowy zachód, nasze oczy natrafią na tej wędrówki początek, czyli Jetrichovice. Jedyne, czego nie zobaczymy, to szlak, którym tu dotarliśmy...
Widok z Marinej Skaly. Na pierwszym planie Vyleminina Stena. W tle Rudolfov Kamen.
Teraz wędrujemy dalej szlakiem czerwonym. Tym razem będzie on już w miarę płaski, niekiedy opadając ostro w dół, a niekiedy wzbijając się ostro w górę. Najciekawszym elementem na tym etapie będą coraz częściej pojawiające się monumentalne skały, a także głębokie przepaście. Musimy szczególnie uważać, gdyż szlak robi się momentami bardzo wąski, a zabezpieczenia w tej okolicy są niestety liche. Bardzo liche.
Rozwidlenie w kierunku Vilemininej Steny.
Po kilkudziesięciu minutach docieramy do kolejnego rozwidlenia. Jeśli skręcimy nieco w lewo będziemy mieli okazję podziwiać ten sam krajobraz, co na Marinej Skale, choć z nieco innej perspektywy. Znajdziemy się bowiem na Vilemininej Stenie. Ten punkt widokowy różni się znacząco od poprzedniego. Nie musimy się na niego wspinać. W zasadzie schodzimy nawet nieco w dół. W pewnym momencie wyłaniamy się po prostu z lasu i odnajdujemy się na otwartej przestrzeni. Całkiem sporej. Ogrodzonej nawet barierkami! Plus dla Czechów...
Widok z Vilemininej Steny.
Wracamy teraz do rozwidlenia, a następnie kontynuujemy naszą wędrówkę na północ. Szlak wydaje się teraz wariować. Nie dość, że jest jeszcze węższy, niż poprzednio, to wiedzie niemalże bez przerwy to w górę, to w dół. Po kilkudziesięciu minutach takich wzlotów i upadków sytuacja wreszcie się stabilizuje. Wiąże się to jednak ze stopniowym zanikiem pięknych skał i dominacją lasu w krajobrazie. Czeka nas więcej całkiem długa, monotonna wędrówka po leśnych ścieżkach. W międzyczasie będziemy mieli okazję skręcić na szlak żółty, który jednak w krótszej perspektywie nie zaprowadzi nas nigdzie indziej, tylko do jeszcze gęstszego lasu.
Szlak niebawem po opuszczeniu Vilemininej Steny.
Widoki rozciągające się ze szlaku.
Krajobraz leśny na etapie późniejszym.
Wreszcie jednak ta monotonia zostanie nam wynagrodzona. Docieramy bowiem do ostatniego z trzech punktów widokowych - Rudolfovego Kamena. Widać go już z daleka - i rzeczywiście wygląda jak powiększony sto razy kamień! Oczywiście można wejść na sam jego szczyt. Pomogą nam w tym łańcuchy, prymitywne drabinki i haki. Na szlaku, jak i na wierzchołku skały brakuje jednak zabezpieczeń. Przybywa tam całe mnóstwo rodzin z małymi dziećmi, a na górze nie ma ani jednej barierki. Nie jest więc nazbyt bezpiecznie. Widoki jednak są piękne. Oczywiście dostrzeżemy stąd Mariną Skalę, wyraźnie wyróżniającą się na tle krajobrazu.
Rudolfov Kamen.
Widok z Rudolfovego Kamena.
Droga powrotna wiedzie najpierw czerwonym szlakiem w kierunku Vysokiej Lipy, a następnie zielonym do Jetrichovic. Szlak staje się szeroki i łagodnie opada w kierunku górskiej doliny. Towarzyszyć nam dalej będzie Marina Skala, a przy dobrej porze roku i pogodzie może uda nam się nazbierać trochę jagód.
Skały pojawiające się na szlaku do Jetrichovic.
I jeszcze raz Marina Skala od dołu.

czwartek, 25 czerwca 2015

Dach Opolszczyzny, czyli na Biskupią Kopę

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Mieszkacie w Opolu. Pewnego pięknego poranka wpada Wam do głowy pomysł, by wyruszyć gdzieś w góry. Nie chcecie jechać zbyt daleko, żeby mieć więcej czasu na wędrówkę, a mniej na siedzenie w samochodzie. I tu pojawia się problem. Możliwości bowiem macie aż... dwie. Pierwsza opcja to Ślęża - 90 minut drogi i spacer wśród tłumów Wrocławian. Opcja druga to położona w Górach Opawskich Biskupia Kopa, największy szczyt Opolszczyzny i piąty co do wysokości spośród wzniesień wspomnianego wyżej pasma. Miejsce to jest świetnym celem z uwagi na pewien fakt - nie da się tam popaść w rutynę!

Na Kopę Biskupią wspiąć się można bowiem od wielu stron, zarówno z Polski, jak i Czech. Jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę opisać trasy wiodącej ze Zlatych Hor, którą przespacerować się okazji jeszcze nie miałem. Niemniej z chęcią zaprezentuję Wam te szlaki, które rozpoczynają się w Jarnołtówku, czy Pokrzywnej. A trochę ich jest.

Najpopularniejszy, bo i najłatwiejszy szlak wiedzie spod ośrodka "Ziemowit". Znajdujący się tam parking jest położony kilkadziesiąt metrów powyżej Jarnołtówka, więc część trasy mamy już na samym wstępie z głowy. Droga jest szeroka i wiedzie północno-wschodnim zboczem Biskupiej Kopy. Po plus minus godzinie wędrówki szlak staje się znacznie bardziej stromy i prowadzi po kamieniach aż do schroniska, zlokalizowanego na wysokości ok. 775 metrów, a więc przeszło 100 metrów poniżej szczytu. Drogę tą można łatwo obejść, skręcając przed stromizną w lewo. Okaże się to dobrym wyborem, ale nie ze względu na fakt, iż trasa ta jest znacznie mniej wymagająca. Otóż mniej więcej w połowie trasy napotkamy na całkiem spory obszar, na którym drzew brakuje. I stamtąd rozciąga się całkiem piękny - jak na te okolice - widok na południową Opolszczyznę.
Szlak wiodący na Biskupią Kopę od Jarnołtówka.
Szlak na Biskupią Kopę - obejście stromego szlaku, wiodącego do schroniska.

Jak wyżej.
Tym, którzy nie lubią zbytnio leniuchować, zalecam natomiast szlak czerwony, wiodący z centrum Jarnołtówka. Początkowo biegnie on asfaltową drogą w kierunku parkingu znanego nam z opcji numer 1. Później jednak skręca w las. Na trasie tej nie możemy spodziewać się pięknych pejzaży. Z całą pewnością natrafimy jednak na strome, wymagające podejścia. Ścieżka jest tutaj wąska i staje się bardziej pozioma niż pionowa dopiero na krótko przed schroniskiem.
Schronisko pod Biskupią Kopą.
Drewniany wojownik, którego napotkać możemy w pobliżu schroniska.
Na Biskupią Kopę można też wleźć od strony Pokrzywnej, miejscowości położonej na wschód od Jarnołtówka. Szlak jest w tym przypadku długi i bardzo zróżnicowany. Czasem wiedzie ostro w górę, innym razem prowadzi nawet w dół. Po drodze wielokrotnie jesteśmy zmuszani do zmiany kierunku wędrówki. Z tego szlaku mamy możliwość dojścia do schroniska, lecz najszybciej będzie dostać się na Biskupią Kopę wąską i bardzo stromą ścieżką na jej południowym zboczu.

Wiemy już jak dostać się na szczyt Biskupiej Kopy. Teraz więc dowiedzmy się, co ciekawego możemy na nim zobaczyć. Znajduje się tam wieża widokowa. Budowla ma interesujący, niestandardowy wygląd. Oczywiście, możemy na nią wejść. Z jej szczytu rozciąga się wspaniały widok na Opolszczyznę i Jeseniki. Przy dobrej pogodzie mamy okazję zobaczyć najwyższą górę regionu - Pradziad, z charakterystyczną szpicą na szczycie. Warto także zwrócić uwagę na charakterystyczną rzeźbę terenu Gór Opawskich. Pomiędzy równiną a wysokimi na prawie tysiąc metrów szczytami nie ma żadnego stanu pośredniego, jakichś deformacji występujących na przedpolu gór. W rezultacie góry te wyrastają jakoby z niczego. Interesujące...
Wieża widokowa na Biskupiej Kopie.
Schody wiodące na szczyt wieży.
Widok z wieży - Zlate Hory i pasmo Jesioniki.
Kopa Biskupia to dla mieszkańców Opolszczyzny doskonałe miejsce na krótki, jednodniowy wypad. A turystów z innych regionów Polski serdecznie zachęcam do zatrzymania się na jeden dzień w Jarnołtówku. :)

Zobacz też:
1. Moszna. Podopolski Disneyland

czwartek, 11 czerwca 2015

Dzień w Jeseniku

Jesenik to jedna z czeskich perełek, miasto o dużej wartości turystycznej, uzdrowiskowej i artystycznej. Miasto, do którego zawsze warto się wybrać, bez względu na pogodę i porę roku. Miasto, w którym na pewno nie będziemy się nudzić.
Uzdrowisko od północnego-zachodu.
Największą - ale czy najpiękniejszą? - atrakcją Jesenika są Lázně, czyli umieszczone na zboczu jednej z gór otaczających miasto, uzdrowisko. Wiedzie do niego kręta, stroma droga, usiana ze wszystkich stron... parkingami. To my wybieramy, gdzie się zatrzymamy. Ja preferuję spacer z w miarę niskiego punktu, by móc podziwiać piękne widoki, jakie rozciągają się po drodze do uzdrowiska. Jeśli trafimy na dobrą pogodę, dostrzeżemy stąd odległe Czerwonogórskie Sedlo (Červenohorské sedlo), bazę turystyczną dla dłuższych wycieczek górskich.

Historia uzdrowiska sięga lat 20. XIX wieku i postaci Vincenza Priessnitza. Ten pochodzący ze Śląska medyk opracował metodę hydroterapii, czyli wodolecznictwa. Dzięki dobrym rezultatom w leczeniu chorych udało mu się założyć w Jeseniku dom kuracyjny, który w kolejnych latach stopniowo powiększał. Sanatorium nie przestało się rozbudowywać nawet po jego śmierci i dziś jest prawdziwym kompleksem różnego rodzaju parków i budynków. A jego centralną częścią jest Hotel Priessnitz, wielki, pięciokondygnacyjny, długi na kilkaset metrów kolos, którego w sprzyjających warunków zobaczymy jak na dłoni z niemalże każdego punktu w Jeseniku.

Najciekawsze - jak dla mnie - są jednak parki uzdrowiska. Są one wprost usiane wszelkiego rodzaju pomniczkami, źródełkami, skałkami. W miejscach najbardziej reprezentatywnych ustawiono dodatkowo piękne skalne monumenty, wśród których wytyczono ścieżki. I jeszcze jedno - widoki! Gdzie byśmy nie stanęli, zobaczymy przepiękną panoramę Jesenika i otaczających go gór. Wrażenia artystyczne doprawdy sięgają zenitu!
Jesenik z południowego skraju uzdrowiska.
Skalny monument w uzdrowisku.
Nie jest to rzecz jasna wszystko, co ma nam do zaoferowania Jesenik. W okolicy miasteczka zlokalizowane są dwie jaskinie. Takie jaskinie, których cale mnóstwo jest w Czechach, a których w Polsce niestety brakuje. Jaskinie pokroju Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie i Jaskini Raj w Chęcinach.

Pierwsza z nich, na północnym krańcu miasta, nosi nazwę Jaskini na Špičáku (czyt. Szpiczaku). Jest bardzo krótka, lecz jednocześnie niezwykle piękna. Wspaniałe nacieki, stalagmity, stalaktyty, stalagnaty wydają się wystawać ze wszystkich stron, zachwycając swoją urodą. Jaskinia ta była użytkowana już wiele wieków temu, między innymi jako schronienie podczas najazdów nieprzyjaciół. Ciekawostką jest fakt, iż ludzie musieli się wówczas przedzierać wąziutkimi, niziutkimi korytarzami, które w ciągu ostatnich lat zostały znacznie poszerzone, przez co wszelkie malunki, napisy etc., które nasi przodkowie nam zostawili, umieszczone są wysoko nad naszymi głowami. Warto jeszcze wspomnieć, że sprzed jaskini rozciąga się wspaniały widok na Jesenik i jego okolice, równie piękny - o ile nie piękniejszy - od tego, który oglądać mieliśmy okazję spod Priessnitza.
Jaskinia na Szpiczaku, jedna z odnóg korytarzy.
Korytarze w Jaskini na Szpiczaku.
Widok sprzed Jaskini na Szpiczaku.
Druga z jaskiń nie jest już tak wyeksponowana na świat. Ukrywa się na zalesionej przełęczy na południowym-zachodzie Jesenika i nosi nazwę Jaskini na Pomezi. Jest znacznie dłuższa od swojej siostry, a także znacznie bardziej urozmaicona. O ile na Špičáku spacerowaliśmy wyłącznie w poziomie, to tutaj będziemy musieli się nieźle powspinać po schodach. Nasz wysiłek jest jednak wynagrodzony przez wspaniałe formy naciekowe, których w jaskini jest po prostu zatrzęsienie.
Formacje naciekowe w Jaskini na Pomezi.

U wejścia do jaskini.
Atrakcja dodatkowa - nietoperz.
Wycieczka do Jesenika to naprawdę dobrze spędzone godziny, cokolwiek byśmy tam nie robili. Pamiętajcie, że jaskinie to nie wszytko, co czeskie miasto ma nam do zaoferowania. Są też tam rozmaite szlaki turystyczne o różnych profilach, wieże widokowe, wodospady, schroniska, formacje skalne, o których być może w przyszłości jeszcze napiszę :). Jak Wam się podoba Jesenik? Znacie jakieś inne czeskie miasta o podobnym charakterze?