środa, 8 lipca 2015

Wielkie zmiany na szczytach władzy, czyli kto kogo zastępuje?

Głową Rzeczpospolitej Polskiej jest prezydent - o tym z całą pewnością wszyscy wiedzą. Ciekawie zaczyna się robić, gdy zadamy sobie oryginalne, aczkolwiek całkiem konstruktywne pytanie. Co się dzieje, gdy prezydenta nie ma?

20070907 sejm rp 100B6091
Zacznijmy od tego, co może skłonić prezydenta, by pożegnał się ze stanowiskiem. Po pierwsze, śmierć. Rzecz bardzo nieprzyjemna, lecz zdarzająca się. W III RP mieliśmy z nią do czynienia tylko raz - w przypadku katastrofy smoleńskiej, w wyniku której zginął Lech Kaczyński. Wcześniej, w dwudziestoleciu międzywojennym zamordowano pełniącego od kilku dni obowiązki prezydenta Gabriela Narutowicza, a w okresie prezydentów na uchodźstwie, w czasie swojej prezydentury zmarli Raczkiewicz, Zaleski i Sabbat.

Drugą możliwą przyczyną jest zrzeczenie się urzędu. Trzecią - stwierdzenie nieważności wyborów przez Sąd Najwyższy. Co ciekawe, sąd ma na stwierdzenie ważności lub nieważności aż 3 miesiące, a wszystkie akty, które nieważny prezydent wyda w tym okresie, są już ważne... Czwarta opcja to uznanie przez Zgromadzenie Narodowe (sejm + senat) niezdolności prezydenta do wykonywania obowiązków z powodu choroby. I wreszcie piąta możliwość - postawienie prezydenta przed Trybunałem Stanu. Sporo tego, prawda?
No więc co się dzieje, gdy nasz prezydent zostanie w jakikolwiek sposób pozbawiony urzędu? Jego obowiązki do czasu, gdy odbędą się kolejne wybory, przejmuje marszałek sejmu. I do tych obowiązków zalicza się ogłoszenie terminu nowych wyborów. Ciągłość władzy w tym względzie jest więc bardzo ważna, czyż nie? A co jeśli i marszałek sejmu zaniemoże? Co wtedy? Jest jeszcze marszałek senatu, trzecia osoba w państwie. I jeśli zaistnieje taka konieczność, to on zostanie "prezydentem", a właściwie "pełniącym obowiązki prezydenta".

Bronisław Komorowski official cropped
Do najbardziej interesującej sytuacji pod tym względem doszło w 2010 roku. Po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego jego obowiązki przejął marszałek sejmu - Bronisław Komorowski. Jak dobrze wiemy, kandydował on jednak w wyborach prezydenckich i te wybory wygrał. W rezultacie musiał się więc zrzec stanowiska marszałka sejmu. Gdy to zrobił - 8 lipca 2010 r., a więc kilka tygodni przed zaprzysiężeniem - prezydentem tymczasowo został marszałek senatu Bogdan Borusewicz. Długo się tym urzędem jednak nie nacieszył, gdyż jeszcze tego samego dnia Sejm wybrał nowego marszałka - Grzegorza Schetynę, który natychmiast przejął obowiązki głowy państwa. Oznacza to, że Borusewicz porządził sobie... kilka godzin. Miesiąc później zaprzysiężono Komorowskiego, co sprawiło, że z kolei Schetyna został zdegradowany do rangi tylko marszałka sejmu. Skomplikowane, prawda?

Na koniec warto wspomnieć o pewnym niuansie. Nasza Konstytucja jest nieco krótkowzroczna. Wyznacza zastępcę prezydenta i zastępcę jego zastępcy. Ale co będzie, gdy wszyscy trzej - prezydent, marszałek sejmu i marszałek senatu - nie byliby w stanie sprawować swoich obowiązków? Cóż, nie wiadomo...

poniedziałek, 6 lipca 2015

Najpiękniejsze lokalizacje Tour de France

Przedwczoraj rozpoczął się najważniejszy wyścig w kolarskim kalendarzu - Tour de France. W ciągu najbliższych trzech tygodni najlepsi cykliści na świecie przejadą prawie 3 500 kilometrów, rywalizując ze sobą na drogach całej Francji. Z całą pewnością znajdą się w miejscach wspaniałych i niepowtarzalnych, będących wisienką na torcie podczas oglądania Wielkiej Pętli. Dziś przyjrzymy się takim miejscom, na których zobaczenie w Tour de France czeka się całe lata i takim, które - jeśli tylko znajdą się w programie - dostarczają kibicom wyjątkowych emocji.

8. Champs-Élysées
To akurat stały punkt programu Tour de France i kolarskiemu kibicowi trudno sobie wyobrazić, żeby finisz całego wyścigu mógł być zlokalizowany gdzie indziej. W tym roku już po raz 41 kolarze zakończą Wielką Pętlę właśnie w tym miejscu. A miejsce jest naprawdę zaszczytne. Zwycięzcę wyścigu w momencie, gdy startuje etap, raczej już znamy - aby przegrać, lider musiałby się porządnie poturbować, gdyż ostatni odcinek jest płaski jak stół. Meta na Champs-Élysées stwarza jednak nową rywalizację - o tytuł największego sprintera. Każdy z kolarzy, który umie dobrze finiszować wprost marzy bowiem o zwycięstwie w środku Paryża, praktycznie pod Łukiem Triumfalnym. Dominatorem w tej materii jest Mark Cavendish, który zwyciężał na Polach Elizejskich cztery razy z rzędu, w latach 2009-2012.

Champs Elysees
7. Col Agnel
Pierwszy z alpejskich szczytów na naszej liście. Jest on położony na granicy Francji i Włoch, co sprawia, że często pojawia się także w rywalizacji na Giro d'Italia, drugim z najważniejszych kolarskich wyścigów w kalendarzu. W Tour de France zadebiutował późno, bo dopiero w 2008 roku, ale w kolejnych latach też mieliśmy okazję go oglądać. Czemu jest wyjątkowy? Ze względu na piękne zbocze, niepokryte niczym wyższym od trawy, po którym wspinają się kolarze. Trasa wije się pośród tych właśnie hal tworząc takie zawijasy, jak nigdzie indziej.

Col Agnel, cyclists
6. Pont de Saint-Nazaire
Premia górska na moście? Oryginalny pomysł, prawda? Okazuje się jednak, że całkiem możliwy do zorganizowania. W 2011 kolarze przejeżdżali przez okolice Nantes. Krajobraz typowo równinny, trudno znaleźć nawet jakąś rampę, na której można by było nagrodzić najlepszych górali. Ale znalazł się most... I to nie byle jaki. Pont de Saint-Nazaire zlokalizowany został u samego ujścia Loary. Musiał być na tyle duży, by przecisnąć się pod nim mogły statki całkiem sporych gabarytów. Dlatego ma aż (!) 66 metrów wysokości. Wystarczająco, by zorganizować na nim premię górską czwartej kategorii...

Le pont de Saint-Nazaire, depuis Saint-Brévin
5. L'Alpe d'Huez
To chyba najsłynniejsza miejscowość w Tour de France. No, może nie licząc Paryża. Położona jest wśród górskich szczytów, a wiedzie do niej niezwykle trudna trasa, złożona z 21 zakrętów. Miejsce to cieszy się tak dużą renomą, że począwszy od 1976 roku wraca do kalendarza wyścigu przynajmniej raz na trzy lata. I zawsze zlokalizowana jest tam meta. Dotąd finiszowano tam aż 28 razy, choć tylko 26 etapów ma przypisanego zwycięzcę. Jak myślicie, dlaczego? Odpowiedź jest prosta - dwa wygrał Lance Armstrong, a tego karierę po prostu wykreślono z historii.
54 De la Fuente
4. Wzgórza Yorkshire
No cóż... Co prawda miejsce to nie leży we Francji, tylko w Wielkiej Brytanii, lecz podczas ubiegłorocznego Tour de France pokazało, że można tam wracać. Bądź co bądź, wyścig i tak każdego roku na parę etapów wyrusza za granicę. A Yorkshire ma dwie poważne zalety. Po pierwsze, liczne niewielkie, lecz bardzo wymagające pagórki i podjazdy sprawiają, że kibicom emocji na pewno nie zabraknie. Po drugie, tych kibiców w Wielkiej Brytanii jest wyjątkowo dużo. Nigdzie indziej na całym świecie na ulicach z powodu wyścigu kolarskiego nie gromadzą się takie tłumy. Podczas trzech etapów, jakie rozegrano w 2014 r. na angielskich drogach, publiczność liczono w milionach.

Le Grand Départ' - the leaders, High Bradfield - geograph.org.uk - 4062944  
3. Mont Saint-Michel
Mont Saint-Michel to klasztor położony na skalistej wyspie, która łączy się z lądem podczas odpływów. Wiedzie do niego długa grobla. I na tej właśnie grobli dwa lata temu zlokalizowano metę jednego z etapów Tour de France, a konkretnie - czasówki. Telewidzowie mieli okazję oglądać, jak kolejni kolarze zbliżają się do klasztoru, a następnie przejeżdżają po długim wale. Efekt doprawdy niesamowity...

Le Mont Saint Michel en 2006 de près  
2. Bruki Roubaix
Wyścig Paryż-Roubaix jest uznawany za jeden z najtrudniejszych w całym kalendarzu. Co dziwne, nie ma tam w praktyce żadnych wzniesień, a całość rozgrywa się na jednym etapie. Co więc jest nie tak? Ano, kolarze podczas tego wyścigu kilkanaście razy przejeżdżają różnej długości odcinki brukowe. Nie dość, że rowery są bardziej niestabilne i całkiem nieźle trzęsie, to jeszcze w niesprzyjającej pogodzie można liczyć na kąpiel w błocie. Tour de France na bruki w okolicach Roubaix przybywa niezbyt często. Lecz jeśli już przybędzie, to emocje są wówczas najpewniejszą rzeczą na świecie. Chyba nawet alpejskie dwutysięczniki nie przeprowadzają takiej selekcji w peletonie...

Peloton TDF2014 Etape 5 Gruson 
1. Galibier
Szczyt wprost bezbłędny, będący jednocześnie legendą całego Tour de France. Trudny, bardzo trudny podjazd, wspaniałe widoki, doskonałe warunki do ostrego ścigania się. Nie zawsze na Galibier lokalizowano metę, ale i bez tego to właśnie on przesądzał o ostatecznych zwycięzcach. Wjeżdżano na niego kilkadziesiąt razy i tylko dwa razy odmówiono mu najwyższej kategorii premii górskiej. Myślę, że wynikało to raczej z pomyłki lub chwilowego zamroczenia organizatorów, niż twardej kalkulacji... I jeszcze jedno. Nieco poniżej szczytu możemy skręcić z trasy i zaoszczędzić trochę czasu poprzez przejazd tunelem. Istnienie takiego skrótu sprawiło, że w 2011 roku kolarze wspinali się na szczyt dwukrotnie! Raz przejechali górą, a raz tunelem...
Col du Galibier et massif du Galibier
Poznaliśmy więc najpiękniejsze miejsca na Tour de France. Mam nadzieję, że udało mi się Was przekonać, że kolarstwo szosowe nie jest wcale takie nudne, na jakie wygląda :).

sobota, 4 lipca 2015

Na upał kilka sposobów... inaczej

Temperatury kilka dni temu przekroczyły już 30 stopni Celsjusza i trwają w tym stanie jak zaklęte. A perspektywy na kolejne dni wcale nie napawają optymizmem. W tej sytuacji mnóstwo gazet i portali internetowych publikuje całe tony artykułów o tym, jak chronić się przed wysoką temperaturą i co zrobić, żeby było nam zimniej. Ja przyłączam się do tego trendu, z tym że moje pomysły są nieco bardziej oryginalne.

Propozycja numer Jeden: ucieczka
Jeśli jest nam za gorąco i - co najważniejsze - mamy na zbyciu kilka tysięcy niepotrzebnych złotych, możemy po prostu od upałów uciec. Tylko gdzie? Bądź co bądź, jeśli pojedziemy do Niemiec albo Francji, to wcale nie będzie lepiej - wręcz przeciwnie. Nie pomogą Estonia, Ukraina, Dania, a tym bardziej Włochy, czy Grecja. No więc, gdzie jechać? Cóż, opcji jest kilka. Konstruktywna może okazać się wycieczka na Wyspy Brytyjskie. Tam - ze względu na położenie geograficzne - temperatura zazwyczaj jest o kilka stopni niższa, niż w kontynentalnej części Europy. Ale jest drobny haczyk. Na Wyspach Brytyjskich przez najbliższych kilka dni możemy się spodziewać solidnych deszczy. Coś za coś.
Wet Day at Henlys Corner - geograph.org.uk - 874843
Deszcze w Londynie.
Inną opcją jest daleka północ. Aż trudno uwierzyć, ale na północy Norwegii temperatura sięga teraz porażających 11 stopni Celsjusza. Dla tych, którzy twierdzą, że to za zimno, polecam z kolei Pojezierze Fińskie - tam doświadczymy temperatur o kilka stopni wyższych. Paradoksalnie możemy też uciekać na... Wyspy Kanaryjskie! Układ wyżów i niżów sprawił, że obecnie temperatury są tam nie letnie, a wiosenne. Jedynym, co nam pozostaje do zrobienia jest więc spakowanie walizek i wylot na Teneryfę!
Agaete y Puerto de Las Nieves - panoramio
Wyspy Kanaryjskie z lotu ptaka.
Propozycja numer Dwa: wakacje pod ziemią
Zawsze można też zorganizować sobie wakacje w kraju, tylko pod ziemią. Mamy u nas przecież mnóstwo sztolni, kopalni, jaskiń, tras podziemnych... Nie ma oczywiście sensu jeździć do Jaskini Raj albo Sandomierza (Podziemna Trasa Turystyczna), bo gdy wyjdziemy z podziemi po godzinnej wędrówce napotkamy na pytanie. I co dalej? Kolejne podziemia udostępnione dla turystów są 150 kilometrów dalej. Dlatego warto się wybrać w okolice Kłodzka. Tam pod ziemią można spędzić kilka dni. Podziemna Trasa Turystyczna w Kłodzku, kopalnia złota w Złotym Stoku, Podziemne Miasto Osówka, Sztolnie Walimskie, kopalnia węgla w Nowej Rudzie, Jaskinia Niedźwiedzia, kopalnia uranu w Kletnie... A jeśli pojedziemy tylko odrobinkę dalej natrafimy na Starą Kopalnię w Wałbrzychu, sztolnię w Kamiennej Górze, kopalnię uranu w Kowarach... I wakacje załatwione.

Jeszcze lepiej będą mieli odwiedzający Bochnię i Wieliczkę, oczywiście jeśli okażą się na tyle dokładni, by zwiedzać dosłownie wszystko. W Wieliczce bowiem oprócz trasy turystycznej czeka na nas również Muzeum Żup Krakowskich, trasa górnicza, szlak pielgrzymkowy, a także ekstremalna trasa "Tajemnice wielickiej kopalni" - w sumie jakieś 16 godzin. A w Bochni poza trasą turystyczną mamy do przebycia spływ łodziami i trasę historyczną, a na dole, w specjalnie przygotowanych do tego komorach, możemy spędzić nawet całą noc. I żegnajcie upały!
Wieliczka
Kaplica św. Kingi w Wieliczce.
Propozycja numer Trzy: perswazja
Siła perswazji może być niezwykle przydatna. Zawsze przecież mogło być gorzej! Termiczny rekord Polski, który odnotowano 29 lipca 1921 r. w podopolskim Prószkowie, wyniósł 40,2 stopnie Celsjusza! Ostatni raz naprawdę gorąco było w 2013 r. pod Łodzią - temperatury w cieniu sięgnęły tam 39 stopni. A przecież klimat polski przy afrykańskim, czy też północnoamerykańskim to pikuś! W Dolinie Śmierci, w Stanach Zjednoczonych, takie temperatury, jak dzisiejsza, to normalka. A kiedy jest gorąco? No cóż, 10 lipca 1913 r. temperatura w tych okolicach sięgnęła 57 stopni Celsjusza. I okazuje się, że u nas wcale nie jest jeszcze tak gorąco...
No i jeszcze drobna pociecha. Mogło być gorzej, ale będzie lepiej! To akurat jest niewątpliwe. Takie fale upałów, jak ta z tego tygodnia zdarzają się nieczęsto - zazwyczaj raz do roku i zazwyczaj na początku lipca. Wychodzi więc na to, że wszystko jest pod kontrolą i przebiega zgodnie z ustaloną normą...
Death valley
Dolina Śmierci przy "pięknej" pogodzie.
Propozycja numer Cztery: operacja plastyczna
Abyśmy rzeczywiście lepiej odczuwali rosnące temperatury, musielibyśmy się jednak przerobić dosyć gruntownie. Najlepiej byłoby, gdybyśmy zmienili rasę na czarną, inaczej negroidalną. Jej przedstawiciele są bowiem znacznie bardziej przystosowani do rosnących temperatur, niż my. Po pierwsze, mają ciemną skórę - to chyba dosyć łatwo zauważyć, prawda? Oznacza to, że ich skóra zawiera więcej melaniny. A ta chroni przed działaniem promieni słonecznych, szczególnie tych ultrafioletowych. Pomocne są także gęste, kręcone włosy oraz fakt, iż czarnoskórzy zazwyczaj mają krótkie tułowia, a długie kończyny. Zwiększa to powierzchnię ciała, za pomocą której oddają ciepło do otoczenia, przez co ich ciała się tak nie nagrzewają, jak nasze.

To były moje propozycje na to, jak poradzić sobie z upałami. A Wy jakie macie na to sposoby? :)

piątek, 3 lipca 2015

Park w Pokoju: gdzie mieszają się epoki

Stobrawski Park Krajobrazowy jest jednym z najpiękniejszych, jakie miałem okazję zobaczyć. Być może w tym osądzie jest sporo lokalnego patriotyzmu, lecz obszar pomiędzy Opolem a Namysłowem doprawdy serwuje nam wiele wspaniałych pejzaży. A prawdziwą perełką regionu jest zabytkowy park w Pokoju, miejsce gdzie wprost mieszają się różne epoki, począwszy od zamierzchłej, geologicznej przeszłości, aż po czasy obecne.

Spacer trwający jakąś godzinkę rozpocząć warto w centrum miejscowości Pokój, położonej mniej więcej 30 minut drogi od Opola. Centrum owo stanowi sporej wielkości rondo wraz z rozchodzącymi się od niego promieniście ulicami. Niestety, nie znajdziemy tutaj parkingu, który by na parking wyglądał - w praktyce trzeba będzie zatrzymać się na poboczu. I dodatkowo - nie znajdziemy też bardziej reprezentatywnego wejścia do parku, które by na wejście do parku wyglądało. Stanowi je bowiem wyłącznie zasypany ziemią fragment rowu i wyrwa w parkowym murze. Jest to efekt zaniedbania parku na przełomie ostatnich dziesięcioleci. Urząd Gminy Pokój już wiele lat zbiera środki na przeprowadzenie renowacji, lecz niezbyt mu to wychodzi.

Historia obszaru rozpoczyna się po prawdzie w XVIII wieku. Od tego czasu okolice te należały do kolejnych niemieckich arystokratów, którzy stopniowo tworzyli tu swoje zacisze na trudne i łatwe czasy. Na początek drewniany zameczek, później pałac (który do dziś się jednak nie zachował), park francuski, park angielski, altanki, pomniczki, monumenty, aleje, sztuczne jeziora, wyspy na sztucznych jeziorach, obeliski, podziemne korytarze... Kompleks był naprawdę ogromny, a park w Pokoju to tylko jego najbardziej wewnętrzna część.

Zaraz po przekroczeniu wspomnianej wyżej wyrwy w murze zobaczymy pierwszy ślad bytności niemieckich posiadaczy ziemskich na tym terenie. Po lewej stronie stoi bowiem głaz narzutowy. Głaz przytargany tutaj w 1915 roku z miejscowości położonej kilkanaście kilometrów dalej, z okazji 100. rocznicy urodzin księżnej Aleksandry Matyldy, będącej niegdyś jedną z posiadaczek okolicznych dóbr. Na głazie narzutowym wykuta jest dedykacja, a wokół niej zobaczymy niestety przesłanie dzisiejszej młodzieży dla przyszłych pokoleń...

Idziemy dalej na południe. Nie ujdziemy daleko, a już zobaczymy piękną budowlę na wyspie. Jest to Salon Wodny, zwany błędnie Herbaciarnią. Powstał w XVIII wieku, lecz szybko się zawalił z powodu błędów konstrukcyjnych, po czym wyburzono prowadzące do niego mosty. Dziś zarasta już powoli roślinnością. Nie jest to jednak ujma dla niego. Wręcz przeciwnie, stary zabytek wspaniale komponuje się z otaczającą go roślinnością.


Nieco dalej zobaczyć można stary pomnik śpiącego lwa. Jest to symbol pokoju, jaki nastał po pokonaniu Napoleona w roku 1815. Pomnik lwa wygląda najlepiej wiosną, kiedy kwitną otaczające go rododendrony. Trudno wówczas znaleźć lepsze miejsce do pobawienia się aparatem fotograficznym. Póki co nie mam jeszcze możliwości opublikowania zdjęć wiosennych, lecz zrobię to w najbliższej przyszłości :).


Na obszarze całego parku możemy zabawić się też w tropicieli. Wśród drzew ukrytych jest bowiem kilka pomników - jedne ustawiono na widoku, za innymi trzeba się rozejrzeć. Na liście znajdziemy Wenus, Germanię, Apollina, Dianę oraz Minerwę.


W miejscu, gdzie park wydaje się już kończyć, przechodzić w prawdziwy las, znaleźć możemy jeszcze najbardziej okazały "zabytek" parku z sekcji roślin. Rośnie tam bowiem licząca sobie przeszło 200 lat, najstarsza w Polsce sosna wejmutka. Drzewo ma 20 metrów wysokości i ponad 5 metrów w obwodzie.

Park w Pokoju to jeden z najładniejszych, ale nie jedyny obiekt warty zobaczenia w Stobrawskim Parku Krajobrazowym. O tych innych spróbuję napisać już niebawem :).

Zobacz też:
1. Chrząszcz imieniem Chewbacca

czwartek, 2 lipca 2015

Legendy motoryzacji

Wiele można by wymienić samochodów, które stały się z różnych względów bardzo popularne i mimo mijających stuleci, większość z nas wciąż rozpozna je pośród tysięcy innych. Niektóre z nich zabłysnęły dzięki innowacyjności, inne dzięki wyglądowi i praktyczności, a jeszcze inne - dzięki niskiej cenie. Wszystkie są znane, cenione i lubiane... choć w wielu przypadkach nie przez ich posiadaczy. Przyjrzyjmy się im. Przyjrzyjmy się legendom motoryzacji.

Pierwsza produkcja masowa
27 września 1908 roku. Świat pogrążył się w belle epoque. W ciągu kilkudziesięciu lat względnego pokoju na szeroko pojętym Zachodzie powstają kolejne nowinki techniczne: samochody, samoloty, kino, radio, telegraf... Można by tak wymieniać bez końca. Wówczas na ulice Detroit wyjechał samochód, który zmienił oblicze świata. Ford Model T. Początkowo samochód nie prezentuje jeszcze wszystkich atutów, jakimi mógł się poszczycić w późniejszych latach. Produkcja trwała 12 godzin, a cena wynosiła 950 dolarów, czyli prawie 100 tysięcy dzisiejszych złotych. Niebawem czas produkcji zaczął spadać aż do 90 minut w latach 20., a cena osiągała już maksimum 400 dolarów. Jednocześnie gwałtownie rosła produkcja - z 18 tysięcy w latach 1909-10, do prawie 800 tysięcy w latach 1916-17.

Forda T można bez przeszkód nazwać pierwszym samochodem masowym, i to nie tylko dlatego, że jego sprzedaż rosła w tak zastraszającym tempie. Było to także pierwsze auto, do którego mogliśmy kupić części zamienne. Wcześniej konieczne było wytworzenie niezbędnych elementów na zamówienie, co - rzecz jasna - kosztowało całkiem sporo. Istotna była też względna łatwość prowadzenia... przynajmniej jak na ówczesne standardy. W Modelu T zastosowano między innymi trzy pedały - jeden do jazdy w przód, jeden do jazdy w tył i jeden w roli hamulca.

1926 Ford Model T T5 Tudor (12702996805)
Ford Model T z 1926 roku.
Nasz powszedni maluszek
Fiat 126p nie był genialnym samochodem. Szybko stał się jednak samochodem kultowym. Prostota jego wykonania i niewielkie rozmiary wpływały na niską cenę, a to - na dużą popularność, szczególnie w niezbyt bogatej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Popularny Maluch nie był oczywiście pomysłem tak do końca polskim...
Produkcję Fiata 126 rozpoczęły bowiem zakłady Fiata we Włoszech. Z tamtejszych fabryk samochodziki te wyjeżdżały w latach 1972-80. Nie można powiedzieć, żeby się jakoś szczególnie przyjęły. Polacy w rekordowym tempie nabyli jednak licencję od włoskiej firmy. Już w 1973 roku z fabryki w Bielsko-Białej na polskie ulice wyruszały kolejne Maluchy. A produkcja stale rosła... W 1986 roku osiągnęła rekordowe 200 tysięcy. Później wskaźnik ten trafił jednak na równię pochyłą, aż do zawieszenia produkcji w 2000 r. Dziś nieczęsto już mamy okazję spotkać Fiata 126p, choć jeszcze kilkanaście lat temu pojazdy te były bardzo powszechne. Czekać tylko aż ceny Malucha wzrosną do sum niebotycznych ze względu na jego unikalność i zabytkowość...

Fiat 126p Cabrio during „XXX lat motoryzacji PRL” exhibition at Bonarka City Center in Kraków 2
Fiat 126p w wersji Cabrio.
Zemsta Honeckera
Zemsta Honeckera, mydelniczka, Ford karton... Wymyślono całe mnóstwo nazw na samochód zwany Trabantem. Ma on wiele cech wspólnych z Maluchem. Oba zyskały największą popularność w państwach Bloku Komunistycznego. Oba były tanie. No i oba stanowiły przez dziesięciolecia obiekt mnóstwa żartów, mimo, iż posiadała je co druga rodzina. Trabanta zaczęto produkować jednak znacznie wcześniej, bo w 1957 roku. Produkcję wstrzymano już w 1991 r. - Niemcy nie czekali z likwidacją pamiątek z przeszłości. To zadziwiające, ale po niemieckich ulicach wciąż jeszcze jeździ około 30 000 mydelniczek.
A skąd nazwa? Ta oficjalna - Trabant - została wymyślona na cześć wystrzelonego właśnie w 1957 roku satelity Sputnik. Jak wszystko więc w Bloku Wschodnim, i nazwa niemieckiego samochodu była uczczeniem Związku Radzieckiego... A z czego jest Trabant zbudowany? Oczywiście nie z tektury. Z duroplastów, czyli pewnej odmiany tworzyw sztucznych... O wytrzymałości owego materiału świadczyć może chociażby fakt, że pomysł na jego użycie niezbyt się przyjął...

Trabant P50 front
Trabant P50.
Poznaliśmy więc kilka legend motoryzacji. A właściwie poznaliśmy ich historię, bo w naszej świadomości i podświadomości samochody te krążyły od lat. A Wy jaki samochód umieścilibyście jeszcze na tej liście?

Czym się różni szpada od szabli i floretu?

Szermierka to dosyć skomplikowany sport. Głównie dlatego, że mamy w nim do czynienia z trzema rodzajami broni: szablą, szpadą i floretem. Zazwyczaj trudno je rozróżnić, prawda? Ale po cóż je rozróżniać, skoro rozgrywka jest taka sama dla każdego z nich? I tu pojawia się problem. Bo nie jest. Każda z trzech szermierczych konkurencji posiada odrębne przepisy, różniące się pod mnóstwem rozmaitych aspektów. Przyjrzyjmy się więc owym różnicom.

Armi scherma
Od góry: floret, szpada, szabla.
Zaczniemy tradycyjnie, a więc od narzędzia zbrodni... a właściwie narzędzia rozgrywki. Różnice w przypadku broni sportowej są naprawdę niewielkie, co widać wyraźnie na powyższym zdjęciu. Szabla jest najkrótsza - jej maksymalna długość to 105 cm, podczas gdy szpady i floretu - aż 110! Szpada jest z kolei najcięższa - ma do 770 g, przy 500 g pozostałych dwóch odmian broni. Floret ma natomiast najmniejszy kosz. Warto również zauważyć, że kosz szabli jest owalny (a nie okrągły) i połączony z końcówką rękojeści. Występują także drobne różnice w przekroju ostrza.

Jak już wcześniej wspomniałem, w szermierce broń to nie wszystko. Istotny jest również na przykład sposób zadawania ciosów. W przypadku szabli mogą to być zarówno cięcia, jak i pchnięcia - pełna dowolność. W pozostałych dwóch konkurencjach musimy natomiast uważać, gdyż jedyne, co zostanie nam uznane to pchnięcie o określonym nacisku - minimum w tym zakresie zazwyczaj stanowi waga używanej broni. Ponadto, w szpadzie trafiać możemy w dowolną część ciała, w szabli punktowane będą tylko trafienia od pasa w górę nie licząc dłoni, a w przypadku floretu liczyć się będą wyłącznie trafienia w tułów.

0408 USA Olympic fencing
Rywalizacja w szpadzie podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach.
I jeszcze jedna różnica, tym razem dotycząca punktacji. Co się bowiem stanie, gdy dwaj zawodnicy w ciągu jednej akcji trafią w wyznaczone do tego miejsce. Otóż w szpadzie nic specjalnego - każdy dostanie po punkcie. W szabli i florecie natomiast obaj tego punktu nie zainkasują.

Na koniec warto wspomnieć o pewnym fakcie. Być może zauważyliście, że szpada jest nieco łatwiejsza. Celujemy w dowolną część ciała, gdy trafią obaj rywale, to obaj dostają po punkcie... A i tak gramy do 15 trafień lub do końca 3 rund po 3 minuty. Sprawia to, że szpada jest konkurencją wyjątkowo dynamiczną i w praktyce zawsze kończy się przed czasem. Takie pojedynki chyba najprzyjemniej oglądać, prawda?

środa, 1 lipca 2015

Generała Pattona młodzieńcze przygody

W świecie historii panuje ostatnio moda na Pattona. Nie tak dawno miała premiera książki Billa O'Reilly'ego i Martina Dugarda o złowieszczym tytule Zabić Pattona (w oryginale Killing Patton). W kolejnych czasopismach publikowano artykuły dotyczące amerykańskiego generała. Doszukując się przyczyn takiego stanu rzeczy, można wspomnieć choćby o tym, iż w tym roku przypada 130. rocznica urodzin Pattona i 70. rocznica jego śmierci. Ja również przyłączam się do owej mody, choć nie będę opisywać tego, co w przypadku ekscentrycznego generała jest najszerzej komentowane i rozpowszechnione. Chciałbym natomiast przybliżyć Wam młodość Pattona.

George Smith Patton - 1944
Generał Patton w 1943 roku.
Na początek przybliżymy sobie jednak sylwetkę generała. Otóż George Smith Patton Jr. był jednym z najwybitniejszych generałów II wojny światowej. Niestety, jednocześnie jednym z najbardziej niedocenionych - a to ze względu na swoją ponadprzeciętną charyzmę i kontrowersyjne wypowiedzi. Na początku wojny praktycznie w ogóle go nie eksploatowano, później trenował w Kalifornii. Gdy wreszcie znalazł się w Europie, a konkretnie we Włoszech, musiał walczyć o względy u zwierzchników z Bernardem Law Montgomery, którego szybko znienawidził. Później został generałem... atrapy obozu, która miała przekonać Niemców o planowanym ataku aliantów na Calais. Podczas inwazji na Normandię trwał bezczynnie z dala od frontu. Dopiero przy okazji ofensywy w Ardenach objął dowodzenie nad 3. Armią. I tym razem dowództwo go jednak powstrzymywało - był po prostu za szybki w stosunku do reszty wojska. No i chciał się tłuc z nadchodzącymi z drugiej strony wojskami radzieckimi. Uznawał Związek Radziecki za państwo, które w przyszłości przysporzy aliantom tyle samo kłopotów, co w czasie II wojny światowej III Rzesza.

Eisenhower, Patton, Bradley, Hodges cph.3c35308
Spotkanie dowódców z okresu II wojnych światowej w marcu 1945 r. Od lewej: Eisenhower, Patton,
Bradley, Hodges.
Trudno się jednak dziwić, że Patton nie zyskał sobie sympatii wśród dowódców. Słynął on bowiem z ekscentrycznego zachowania, często wplątywał się we wszelkiego rodzaju afery i był po prostu "nieprzyjemnym człowiekiem". We Włoszech, w 1943 r. podobno nawoływał żołnierzy do zabicia jeńców, a także spoliczkował chorego na nerwicę okopową. Gdy docierał do wielkich rzek wraz ze swoim wojskiem miał natomiast w zwyczaju oddawanie do nich moczu, wzorem wielkich dowódców z przeszłości (dosyć zamierzchłej). Nie świadczy to tylko o jego zachowaniu, lecz także o dosyć wysokim mniemaniu o samym sobie. Być może to wszystko sprawiło, iż zginął w niejasnych okolicznościach po wypadku samochodowym. Historycy od wielu już lat doszukują się w tym wydarzeniu zamierzonej ingerencji osób trzecich.

Przejdźmy już jednak do sedna. Patton urodził się w Kalifornii i tam też się wychował. Co ciekawe, w pierwszych latach nauki miał całkiem spore trudności z przyswojeniem sobie sztuki czytania i pisania. Dziś nazwalibyśmy to dysleksją. Było to tym bardziej problemowe, że Patton lubił czytać - w zasadzie tylko pozycje związane z historią i wojskowością, ale jednak. Ostatecznie wszelkim kłopotom udało się jednak przeciwdziałać i gdy w wieku 11 lat przyszły generał wkraczał w progi Szkoły Stephena Clarka dla chłopców, był już w stanie otrzymywać całkiem przyzwoite noty.

Patton od zawsze chciał zostać tylko i wyłącznie żołnierzem. Korespondowało to z jego zainteresowaniem historią i militariami. W wieku 17 lat wysłał podanie o wstęp na akademię West Point. Tam jednak kazano mu przejść przez egzamin wstępny. Pamiętając o swojej dysleksji przyszły generał z obawy o kiepski rezultat zrezygnował na razie z renomowanej uczelni i rozpoczął dalsze poszukiwania. Ostatecznie przyjęto go do Virginia Military Institute (Instytut Wojskowy Wirginii). Po roku nauki podszedł wreszcie do egzaminu na West Point, w którym osiągnął całkiem niezły wynik, co pozwoliło mu na wstąpienie w progi słynnej uczelni.

Patton at VMI 1907
Patton w 1907 roku.
Początki nie były jednak łatwe. Patton musiał powtarzać pierwszy rok ze względu na to, że nie zdał matematyki. Później poszło już jednak z górki, dzięki czemu jego kształcenie opóźniło się tylko o 12 miesięcy. W 1909 r. opuścił mury West Point z 46. wynikiem na 103 nowych absolwentów. Przeciętnie, ale mogło być gorzej.

Istotną rolę dla Pattona odgrywał sport. Przyszły generał uwielbiał jeździectwo od najmłodszych lat życia. Będąc studentem najpierw wstąpił do drużyny piłkarskiej, później trenował szermierkę i lekkoatletykę. Jako przyszły żołnierz musiał także - rzecz jasna - dobrze strzelać. To wszechstronne wykształcenie sportowe sprawiło, iż w 1912 r. Patton stał się członkiem reprezentacji Stanów Zjednoczonych na Igrzyska Olimpijskie w Sztokholmie. Konkurencją, którą miał się zająć był pięciobój nowoczesny.

Startowało 42 zawodników. W strzelectwie Patton był dopiero 21. Później poszło już lepiej. Siódmy w pływaniu, czwarty w szermierce, szósty w jeździectwie, trzeci w biegu. Ostatecznie zajął piątą lokatę, a wyprzedzili go wyłącznie reprezentanci gospodarzy. Jak to w zwyczaju Pattona, nie obyło się bez afery. Młody żołnierz stwierdził bowiem, że podczas feralnego strzelania jeden z jego naboi wszedł w pole tarczy, które już zostało odstrzelone. Sędziowie tymczasem uznali ten strzał za nietrafiony. Oczywiście nie było wtedy możliwości challengu, lecz można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż rację miał Patton. Bądź co bądź, wśród doświadczonych strzelców nieczęsto zdarzają się tak fatalne pudła. Co gorsza, gdyby strzał Pattona zostałby uznany, w całym turnieju zająłby pozycję medalową...

1912 fencing patton and mas latrie
George Patton walczy podczas Igrzysk Olimpijskich 2012 z reprezentantem Francji, De Mas Latrie.

Sztokholm był jednym z ostatnich przejawów młodości Pattona. Później zaczęła się już aktywna służba wojskowa na różnych frontach, szczególnie podczas dwóch wojen światowych.