Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

Kilka rzeczy, których nie wiedziałeś o Andorze

Andora jest jednym z najmniejszych krajów Europy. Ta miniaturka wciśnięta pomiędzy Francję i Hiszpanię może się wydawać miejscem niezbyt ciekawym i mało urozmaiconym. No bo co można powiedzieć o kraju, który w ciągu jednego dnia można przemierzyć wzdłuż i wszerz? Andora pozostaje miejscem skrajnie niepoznanym dla standardowego obserwatora, którego oczy uciekają przeważnie nieco na południe, ku Barcelonie, czy też nieco na północ, ku Paryżowi. A szkoda, bo jest to kraik o niezwykle interesującej polityce, geografii, społeczeństwie, prawie, czy też historii. Przyjrzyjmy się więc kilku najciekawszym zagadnieniom z Andorą związanym!
Andorra la Vella and Escaldes-Engordany 2
Andorra la Vella, stolica Andory licząca 20 tysięcy mieszkańców.
1. Nie taka mała
Myśląc o Andorze zazwyczaj stosujemy pewnego rodzaju uogólnienie. A mianowicie, pakujemy ją do jednego koszyka z innymi europejskimi mikropaństwami - Watykanem, Monako, Liechtensteinem i San Marino. Praktyki te są jednak co najmniej niepoprawne. Andora ma bowiem "aż" 450 kilometrów kwadratowych, co oznacza, że jest prawie 3 razy większa od Liechtensteinu, 7 razy większa od San Marino, 200 razy większa od Monako i jakieś 1000 razy większa od Watykanu! Co ciekawe, mniejsza od Andory, choć nieznacznie, jest także Malta. Również i poza Europą znajdziemy kilka krajów, które Andora swoją wielkością wprost deklasuje, w tym Seszele, Barbados, Malediwy i Nauru. Aby nie popadać w skrajności zaznaczmy jednakże, że Andora mimo wszystko pozostaje mniejsza od... Warszawy.
Andorra topographic map-en
Mapa Andory.
2. Głowa państwa z innego państwa
Andora ma zgodnie z najnowszymi danymi nieco ponad 76 tysięcy mieszkańców. Głową państwa nie jest jednak żaden z nich. Co więcej, funkcję tą pełnią aż dwie osoby o randze współksiążąt. Pierwszą z nich jest biskup hiszpańskiego La Seu d'Urgell, a więc aktualnie Joan Enric Vives Sicilia. Drugim natomiast jest nie kto inny, jak prezydent Francji, czyli w chwili obecnej Francois Hollande. Skąd takie kuriozalne rozwiązanie? Pomysł na tego typu rządy zrodził się już w XIII wieku, kiedy to dogadali się w tej kwestii biskup Urgell oraz francuski hrabia Foix. Obecnie - rzecz jasna - władanie hiszpańskiego duchownego i francuskiego prezydenta nie oznacza utraty suwerenności. Wszakże postaci te nie mają zbytnich prerogatyw, a ich wpływ na politykę państewka jest jedynie symboliczny.
Andorran parliament interior 2015-10
Sala obrad parlamentu Andory, Rady Generalnej.
3. Z walutą ciężka sprawa...
Andora jako mikropaństwo nigdy nie mogła pozwolić sobie na posiadanie własnej waluty. W kraju tym nie funkcjonuje obecnie nawet mennica. Dlatego też Andora od dawien dawna korzysta z obcej waluty. Dawniej był nią frank francuski. Gdy ten zniknął jednak ze światowej areny gospodarczej wraz z przyjęciem przez Francję waluty euro w 2002 roku, Andora zdecydowała się na zawarcie z Unią Europejską porozumienia, dzięki któremu na swoim terytorium może używać banknotów i monet wspólnotowych. Podobne porozumienie istnieje zresztą w ramach polityki celnej. Wbrew powszechnym skojarzeniom, Andora nie należy jednak do strefy Schengen. A to oznacza, że podczas wjazdu do pirenejskiego państwa, musimy być przygotowani na kontrolę graniczną.
Andorra la Vella, center
Centrum finansowe w Andorze.
4. Zagadka ropy naftowej
Interesujące wnioski nasuwają się podczas przeglądania bilansu handlu zagranicznego Andory. Powszechnie dostępne są aktualnie dane z 2013 roku. Zgodnie z nimi aż 75% wartości wszystkich produktów, jakie opuszczają terytorium Andory,  stanowi eksport rafinowanej (czyli oczyszczonej) ropy naftowej. Aby móc takową ropę naftową produkować, potrzebny jest oczywiście surowiec pod postacią zwykłej ropy naftowej. Tymczasem Andora ani nie sprowadza go zza granicy, ani też nie ma możliwości prowadzenia wydobycia owego surowca. Skąd więc bierze się eksport paliwa na tak wysokim poziomie? Otóż Andora jest w tym przypadku jedynie pośrednikiem. Kupuje od innych państw, przede wszystkim Francji i Hiszpanii, duże ilości już przerobionej ropy naftowej, po czym zyskownie sprzedaje ją innym partnerom. A partnerzy ci są nadzwyczaj egzotyczni. Zdecydowaną większość ropy naftowej przejmuje Tanzania, natomiast całą resztę - Mozambik. Warto również dodać, że nie jest to koniec podróży surowca. Tanzania wzorem Andory eksportuje bowiem dużą część uzyskanej w ten sposób ropy do innych państw afrykańskich, w tym do RPA, Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Kenii.
Tabaksveld in Sispony
Mimo niekorzystnego ukształtowania w Andorze kwitnie też rolnictwo. Na zdjęciu pole tytoniu.
5. Skąd wziąć wojsko?
Andora liczy niecałe 80 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, armia polska składa się ze 100 tysięcy aktywnych żołnierzy. Gdyby więc pod broń powołano wszystkich mieszkańców Andory, łącznie z dziećmi, kobietami i emerytami, siły wojskowe tego mikropaństwa i tak zajęłyby dopiero 52. miejsce na świecie. Skąd więc wziąć siły potrzebne do obrony państwa? Rozwiązanie okazuje się niezwykle proste. W latach 90. Andora podpisała z Francją i Hiszpanią układ, który zobowiązuje oba całkiem spore państwa do obrony suwerenności ich malutkiego wspólnika. Sprawiło to, że armia Andorze przestała być w ogóle potrzebna i dziś stanowi ją tylko garstka ochotników pełniących funkcje czysto reprezentacyjne. Na wypadek palącej potrzeby władze Andory mają jednak prawo powołać pod broń każdego dorosłego mieszkańca kraju. Jest to przepis bardzo mało znaczący zważywszy na to, że ostatnio Andorczycy sprawdzali się na polu bitwy... 700 lat temu!

6. Raj kolarski
Andora - jak to już wcześniej kilkukrotnie wspominałem - leży w całości na terytorium Pirenejów. Fakt ten wymusił na jej mieszkańcach budowę niezwykle krętych dróg o dużych nachyleniach. Na potwierdzenie tych słów wspomnieć należy, że spośród czterech głównych dróg wjazdowych do państwa, aż trzy prowadzą przez wysokogórskie przełęcze, a większość tras wewnętrznych o mniejszym znaczeniu wznosi się na jeszcze wyższe wysokości. Ten stan rzeczy wykorzystują przede wszystkim kolarze, zarówno amatorzy, jak i zawodowcy. Andorę szczególnie często odwiedzają organizatorzy i uczestnicy wielkich imprez kolarskich. W tym roku odbył się tam w całości jeden z etapów prestiżowej Vuelta a Espana, szybko okrzyknięty jednym z najtrudniejszych w historii cyklu. Już w przyszłym roku natomiast, w Andorze trzy dni spędzą kolarze startujący w jeszcze bardziej prestiżowym Tour de France.
Pas de la case
Pas de la Casa, przełęcz na granicy z Francją.
Andora okazuje się więc być całkiem interesującym skrawkiem ziemi... No dobra, skraweczkiem. Czy udało mi się Was zaciekawić niektórymi elementami z nią związanymi? Czy coś Was zaskoczyło? A może o czymś wiedzieliście już od dawna? ;)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dolina Kobylańska pod Krakowem

Wielkie atrakcje Krakowa są u nas dość rozpoznawalne. Któż nie słyszałby bowiem o Wawelu, Kościele Mariackim, Sukiennicach, Kopcu Kościuszki, kopalni soli w Wieliczce, czy wreszcie Jaskini Łokietka i Ojcowskim Parku Narodowym? Zdziwienie budzi jednak fakt, że w pobliżu tych słynnych miejsc znajduje się jeszcze jedno, równie urocze i równie wartościowe, co pozostałe, niezbyt znane jednak nawet na arenie polskiej. Mowa o Parku Krajobrazowym Dolinki Krakowskie, który przyciąga co roku pokaźne liczby miłośników górskich wspinaczek i łaknących odpoczynku od zgiełku miasta mieszkańców Krakowa. Poza tym jednak nie zjawia się tu zbyt wielu turystów. Na szczęście.
Dolina Kobylańska.
By dostać się w najprostszy możliwy sposób do Doliny Kobylańskiej należy udać się (niespodzianka!) do miejscowości Kobylany. Warto przy tym zabezpieczyć się w mapę lub dobrą nawigację, gdyż po zjechaniu z drogi krajowej numer 94 czeka nas jeszcze kilkunastokilometrowy, kręty szlak z licznymi zakrętami, a znaki informacyjne tym razem niezbyt nam pomogą. Warto również zaznaczyć, że w samej miejscowości nie wystarano się jeszcze o przyzwoity parking, co również utrudnia życie turystom.

W tym miejscu nie można się jednak zrażać brakami w infrastrukturze turystycznej i z optymizmem wyruszyć na północ, gdzie po kilkunastu minutach spacerku od centrum Kobylan ukażą nam się pierwsze skałki. Na początkowym etapie są one o tyle interesujące, że komponują się w dość ciekawy sposób z lokalną zabudową, nierzadko stanowiąc ogrodzenia niektórych gospodarstw.
Skały u wejścia do Doliny.
Już niebawem po przeprawieniu się przez niewielki strumyk znajdziemy się w zasadniczej części doliny. Z obu stron wyrastają tutaj wysokie skały, na które z całą pewnością wspinać się będą akurat jacyś wspinacze. Warto przespacerować się żółtym szlakiem wiodącym w kierunku Będkowic aż do momentu, gdy ostatnie skały znikną nam z oczu, a nawet dalej, gdyż prędzej czy później i tak pojawią się kolejne.
Jeden z odleglejszych fragmentów doliny.
Jedna z najwyższych skał otaczających dolinę.
Dolina Kobylańska z wyższego pułapu.
Na jednym z wyższych okazów zlokalizowany jest jeszcze jeden punkt, który z całą pewnością należałoby zobaczyć. W skale wykuta jest tam niewielka kapliczka poświęcona Matce Boskiej, ufundowana w 1914 roku. Jako że znajduje się ona na wysokości kilkudziesięciu metrów powyżej dna doliny, prowadzą do niej wysokie, dość strome schody. Z góry roztacza się wspaniały widok na całą dolinę, który - jeśli tylko trafimy na odpowiedni moment - zostanie urozmaicony przez kwitnące bzy.
Schody prowadzące do kaplicy od dołu...
... i od góry.
Dolina Kobylańska z okolic kaplicy.
Dolina Kobylańska - podobnie jak inne dolinki w okolicy - jest także doskonałym miejscem do obserwacji przyrody. Nietrudno wypatrzyć tu różnego rodzaju motyle i inne owady, a jeśli będziemy mieć odrobinę szczęścia, cierpliwości i uporu z całą pewnością uda nam się zrobić zdjęcie jakiejś żabie lub ptakowi.
Motyl w Dolinie Kobylańskiej.
I jeszcze jeden przedstawiciel miejscowej fauny.
Wizyta w Dolinie Kobylańskiej jest z całą pewnością dobrze spędzonym czasem. W przeciwieństwie do dawno już "zdeptanej" przez turystów Dolinie Prądnika w Ojcowie, tutaj rzeczywiście można poczuć inny klimat, odległy od tak - bądź co bądź - bliskiej aglomeracji Krakowa.

niedziela, 28 czerwca 2015

Jak powstał Przełom Dunajca?

Kiedy byłem dzieckiem i znalazłem się razu pewnego w Pieninach, w mojej głowie zaświtało pytanie. Jak powstał Przełom Dunajca? Pierwsze wyobrażenie na ten temat było dosyć proste i niezbyt realistyczne. Oto całkiem spora rzeka nagle miałaby zacząć płynąć i nagle natrafić na przeszkodę w postaci gór. Wody zbierało się coraz więcej i więcej, aż jej napór stał się tak duży, że przerwała się ona przez górskie szczyty i popłynęła dalej. Cóż, trudno to zaliczyć nawet do fantastyki naukowej. A co będzie z kolei czymś więcej niż owa fantastyka? Jaka jest prawda o powstaniu Przełomu Dunajca?

Przełom Dunajca a12
Na początek należy zaznaczyć, że wyróżniamy wiele rodzajów przełomów. Mądrzy naukowcy, którym z całą pewnością się nudzi, zapewne i w tej chwili wymyślają nowe typy, z tych istniejących wydzielają podtypy, a nad zasadnością innych typów solidnie się zastanawiają. Podręcznikowych gatunków przełomów, takich o niezaprzeczalnym charakterze, jest jednak tylko (i aż!) cztery. Pierwszy - odziedziczony - oznacza, że rzeka płynie przez dolinę ukształtowaną już wcześniej, na przykład przez lodowiec. Drugi - przelewowy - powstaje poprzez przełamanie przez napierającą wodę wału ją spiętrzającego. Trzeci - regresyjny - to przełom powstały poprzez stopniowe cofanie się źródła rzeki (co nazwiemy erozją wsteczną).

W tym momencie interesuje nas typ czwarty, niezbyt przyjemny ze względu na trudną nazwę. Jest to przełom atecedentny. I jego opis można już bez obaw zaprezentować na przykładzie Dunajca. Wyobraźcie sobie sytuację sprzed kilkudziesięciu milionów lat. W później kredzie i na początku trzeciorzędu w miejscu dzisiejszych Pienin nie było jeszcze strzelistych szczytów górskich. Ale była rzeka. Był już wtedy Dunajec lub jego protoplasta.

Przełom Pieniński a1
I wtedy, na początku trzeciorzędu, rozpoczęły się w tym miejscu procesy górotwórcze. Innymi słowy, zaczęły powstawać góry, stopniowo podnosiła się w tym miejscu wysokość nad poziomem morza. Wypiętrzanie to przebiegało jednak bardzo wolno. Na tyle wolno, że rzeka nadążała z erozją, z wcinaniem się w to, co się podniosło. To tak jakby podnosił się cały obszar, tylko nie dolina rzeki, gdzie woda zdzierała kolejne warstwy ziemi i skał.

A to jeszcze nie były ostatnie ruchy górotwórcze w tym regionie. Ta zasadnicza faza nadeszła dopiero na przełomie paleogenu i neogenu, a więc kilkadziesiąt milionów lat po wspomnianych wyżej procesach. Rzeka miała więc naprawdę bardzo dużo czasu na przeciwdziałanie wypiętrzaniu się gór, przynajmniej na jej terytorium...

Powstanie Przełomu Dunajca było więc zjawiskiem długotrwałym, jak i bardzo interesującym. Ważne jest w zasadzie jednak tylko jedno - że dzięki tym milionom lat procesów rzeźbotwórczych, dziś możemy podziwiać takie cudy natury, jak właśnie pieniński przełom.

sobota, 27 czerwca 2015

Na Skałę Rudolfa

Tym razem udamy się do regionu zwanego Czeską Szwajcarią. Podobieństwo do tytułu Saska Szwajcaria jest nieprzypadkowe. Obie krainy leżą bowiem w bezpośrednim pobliżu, przy czym pierwsza znajduje się w obrębie Czech, a druga - Niemiec. Jedną z największych perełek tego właśnie obszaru jest - moim zdaniem - ciąg trzech punktów widokowych, usytuowanych przy czerwonym szlaku z Jetrichovic do Vysokiej Lipy. Są to - kolejno - Marina Skala, Vileminina Stena oraz Rudolfuv Kamen.

Trasa rozpoczyna się - jak już wcześniej wspomniałem - w miejscowości Jetrichovice, około 15 kilometrów na wschód od Hrenska, największego miasta regionu. Początkowo wędrujemy bardzo przyjemną, szeroką, polną ścieżką. Jak na razie nie musimy się przemęczać - nachylenie szlaku z całą pewnością nie przekracza jeszcze 1%. Przed nami zobaczyć już można piękne, lecz zarazem męczące perspektywy. Kierujemy się bowiem w kierunku strzelistej góry. A z drzew na jej szczycie wyłania się wysoka skała z drewnianą konstrukcją na szczycie, czyli Marina Skala. Nieco po lewej widać też inne skały należące do tego zbiorowiska. Te są jednak znacznie mniej reprezentatywne.
Po prawej Marina Skala, po lewej Vileminina Vyhlidka. Widok z Jetrichovic.
Niebawem rozpoczynamy ciężką wspinaczkę pod górę. Wspinaczka ta odbywa się na obszarze jednego przejrzystego, słabo zalesionego zbocza. Oznacza to więc, iż jeszcze zanim rozpoczniemy podejście, widzimy już pierwszy cel naszej wędrówki. Z drugiej jednak strony, gdy znajdziemy się na samej górze będziemy mogli zobaczyć wszystko to, co przeszliśmy dotychczas. Nie polecam w takim razie tego szlaku dla turystów z lękiem wysokości.
Podejście na Mariną Skalę.
Po dojściu na szczyt można zboczyć na chwilkę ze szlaku, by wspiąć się na Mariną Skalę. Wiodą do niej schodki i drabinki - po części wstawione, a po części wykute w skale. Po pokonaniu ostatniego stopnia ujrzymy czekającą już na nas drewnianą altanę. Trzeba się trochę zastanowić zanim uzyska się odpowiedź na drobne pytanie. Jak na tym maleńkim czubku udało się w ogóle cokolwiek postawić? Dokonał tego książę Ferdynand Bonawentura Kinsky w 1856 roku. A właściwie dokonali tego ci wszyscy, którym arystokrata to zlecił. Altana nie uchroniła się przed pożarami. Po raz ostatni spłonęła w 2005 r. Czesi rzecz jasna natychmiast ją odbudowali.
Schody na Mariną Skalę.
Z Marinej Skaly rozciąga się wspaniały widok na Czeską Szwajcarię i fragmenty Szwajcarii Saskiej. Jeśli rzucimy okiem na północ, zobaczymy dwa kolejne cele naszej wędrówki. A jeśli rzucimy okiem na południowy zachód, nasze oczy natrafią na tej wędrówki początek, czyli Jetrichovice. Jedyne, czego nie zobaczymy, to szlak, którym tu dotarliśmy...
Widok z Marinej Skaly. Na pierwszym planie Vyleminina Stena. W tle Rudolfov Kamen.
Teraz wędrujemy dalej szlakiem czerwonym. Tym razem będzie on już w miarę płaski, niekiedy opadając ostro w dół, a niekiedy wzbijając się ostro w górę. Najciekawszym elementem na tym etapie będą coraz częściej pojawiające się monumentalne skały, a także głębokie przepaście. Musimy szczególnie uważać, gdyż szlak robi się momentami bardzo wąski, a zabezpieczenia w tej okolicy są niestety liche. Bardzo liche.
Rozwidlenie w kierunku Vilemininej Steny.
Po kilkudziesięciu minutach docieramy do kolejnego rozwidlenia. Jeśli skręcimy nieco w lewo będziemy mieli okazję podziwiać ten sam krajobraz, co na Marinej Skale, choć z nieco innej perspektywy. Znajdziemy się bowiem na Vilemininej Stenie. Ten punkt widokowy różni się znacząco od poprzedniego. Nie musimy się na niego wspinać. W zasadzie schodzimy nawet nieco w dół. W pewnym momencie wyłaniamy się po prostu z lasu i odnajdujemy się na otwartej przestrzeni. Całkiem sporej. Ogrodzonej nawet barierkami! Plus dla Czechów...
Widok z Vilemininej Steny.
Wracamy teraz do rozwidlenia, a następnie kontynuujemy naszą wędrówkę na północ. Szlak wydaje się teraz wariować. Nie dość, że jest jeszcze węższy, niż poprzednio, to wiedzie niemalże bez przerwy to w górę, to w dół. Po kilkudziesięciu minutach takich wzlotów i upadków sytuacja wreszcie się stabilizuje. Wiąże się to jednak ze stopniowym zanikiem pięknych skał i dominacją lasu w krajobrazie. Czeka nas więcej całkiem długa, monotonna wędrówka po leśnych ścieżkach. W międzyczasie będziemy mieli okazję skręcić na szlak żółty, który jednak w krótszej perspektywie nie zaprowadzi nas nigdzie indziej, tylko do jeszcze gęstszego lasu.
Szlak niebawem po opuszczeniu Vilemininej Steny.
Widoki rozciągające się ze szlaku.
Krajobraz leśny na etapie późniejszym.
Wreszcie jednak ta monotonia zostanie nam wynagrodzona. Docieramy bowiem do ostatniego z trzech punktów widokowych - Rudolfovego Kamena. Widać go już z daleka - i rzeczywiście wygląda jak powiększony sto razy kamień! Oczywiście można wejść na sam jego szczyt. Pomogą nam w tym łańcuchy, prymitywne drabinki i haki. Na szlaku, jak i na wierzchołku skały brakuje jednak zabezpieczeń. Przybywa tam całe mnóstwo rodzin z małymi dziećmi, a na górze nie ma ani jednej barierki. Nie jest więc nazbyt bezpiecznie. Widoki jednak są piękne. Oczywiście dostrzeżemy stąd Mariną Skalę, wyraźnie wyróżniającą się na tle krajobrazu.
Rudolfov Kamen.
Widok z Rudolfovego Kamena.
Droga powrotna wiedzie najpierw czerwonym szlakiem w kierunku Vysokiej Lipy, a następnie zielonym do Jetrichovic. Szlak staje się szeroki i łagodnie opada w kierunku górskiej doliny. Towarzyszyć nam dalej będzie Marina Skala, a przy dobrej porze roku i pogodzie może uda nam się nazbierać trochę jagód.
Skały pojawiające się na szlaku do Jetrichovic.
I jeszcze raz Marina Skala od dołu.

czwartek, 25 czerwca 2015

Dach Opolszczyzny, czyli na Biskupią Kopę

Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Mieszkacie w Opolu. Pewnego pięknego poranka wpada Wam do głowy pomysł, by wyruszyć gdzieś w góry. Nie chcecie jechać zbyt daleko, żeby mieć więcej czasu na wędrówkę, a mniej na siedzenie w samochodzie. I tu pojawia się problem. Możliwości bowiem macie aż... dwie. Pierwsza opcja to Ślęża - 90 minut drogi i spacer wśród tłumów Wrocławian. Opcja druga to położona w Górach Opawskich Biskupia Kopa, największy szczyt Opolszczyzny i piąty co do wysokości spośród wzniesień wspomnianego wyżej pasma. Miejsce to jest świetnym celem z uwagi na pewien fakt - nie da się tam popaść w rutynę!

Na Kopę Biskupią wspiąć się można bowiem od wielu stron, zarówno z Polski, jak i Czech. Jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę opisać trasy wiodącej ze Zlatych Hor, którą przespacerować się okazji jeszcze nie miałem. Niemniej z chęcią zaprezentuję Wam te szlaki, które rozpoczynają się w Jarnołtówku, czy Pokrzywnej. A trochę ich jest.

Najpopularniejszy, bo i najłatwiejszy szlak wiedzie spod ośrodka "Ziemowit". Znajdujący się tam parking jest położony kilkadziesiąt metrów powyżej Jarnołtówka, więc część trasy mamy już na samym wstępie z głowy. Droga jest szeroka i wiedzie północno-wschodnim zboczem Biskupiej Kopy. Po plus minus godzinie wędrówki szlak staje się znacznie bardziej stromy i prowadzi po kamieniach aż do schroniska, zlokalizowanego na wysokości ok. 775 metrów, a więc przeszło 100 metrów poniżej szczytu. Drogę tą można łatwo obejść, skręcając przed stromizną w lewo. Okaże się to dobrym wyborem, ale nie ze względu na fakt, iż trasa ta jest znacznie mniej wymagająca. Otóż mniej więcej w połowie trasy napotkamy na całkiem spory obszar, na którym drzew brakuje. I stamtąd rozciąga się całkiem piękny - jak na te okolice - widok na południową Opolszczyznę.
Szlak wiodący na Biskupią Kopę od Jarnołtówka.
Szlak na Biskupią Kopę - obejście stromego szlaku, wiodącego do schroniska.

Jak wyżej.
Tym, którzy nie lubią zbytnio leniuchować, zalecam natomiast szlak czerwony, wiodący z centrum Jarnołtówka. Początkowo biegnie on asfaltową drogą w kierunku parkingu znanego nam z opcji numer 1. Później jednak skręca w las. Na trasie tej nie możemy spodziewać się pięknych pejzaży. Z całą pewnością natrafimy jednak na strome, wymagające podejścia. Ścieżka jest tutaj wąska i staje się bardziej pozioma niż pionowa dopiero na krótko przed schroniskiem.
Schronisko pod Biskupią Kopą.
Drewniany wojownik, którego napotkać możemy w pobliżu schroniska.
Na Biskupią Kopę można też wleźć od strony Pokrzywnej, miejscowości położonej na wschód od Jarnołtówka. Szlak jest w tym przypadku długi i bardzo zróżnicowany. Czasem wiedzie ostro w górę, innym razem prowadzi nawet w dół. Po drodze wielokrotnie jesteśmy zmuszani do zmiany kierunku wędrówki. Z tego szlaku mamy możliwość dojścia do schroniska, lecz najszybciej będzie dostać się na Biskupią Kopę wąską i bardzo stromą ścieżką na jej południowym zboczu.

Wiemy już jak dostać się na szczyt Biskupiej Kopy. Teraz więc dowiedzmy się, co ciekawego możemy na nim zobaczyć. Znajduje się tam wieża widokowa. Budowla ma interesujący, niestandardowy wygląd. Oczywiście, możemy na nią wejść. Z jej szczytu rozciąga się wspaniały widok na Opolszczyznę i Jeseniki. Przy dobrej pogodzie mamy okazję zobaczyć najwyższą górę regionu - Pradziad, z charakterystyczną szpicą na szczycie. Warto także zwrócić uwagę na charakterystyczną rzeźbę terenu Gór Opawskich. Pomiędzy równiną a wysokimi na prawie tysiąc metrów szczytami nie ma żadnego stanu pośredniego, jakichś deformacji występujących na przedpolu gór. W rezultacie góry te wyrastają jakoby z niczego. Interesujące...
Wieża widokowa na Biskupiej Kopie.
Schody wiodące na szczyt wieży.
Widok z wieży - Zlate Hory i pasmo Jesioniki.
Kopa Biskupia to dla mieszkańców Opolszczyzny doskonałe miejsce na krótki, jednodniowy wypad. A turystów z innych regionów Polski serdecznie zachęcam do zatrzymania się na jeden dzień w Jarnołtówku. :)

Zobacz też:
1. Moszna. Podopolski Disneyland

czwartek, 11 czerwca 2015

Dzień w Jeseniku

Jesenik to jedna z czeskich perełek, miasto o dużej wartości turystycznej, uzdrowiskowej i artystycznej. Miasto, do którego zawsze warto się wybrać, bez względu na pogodę i porę roku. Miasto, w którym na pewno nie będziemy się nudzić.
Uzdrowisko od północnego-zachodu.
Największą - ale czy najpiękniejszą? - atrakcją Jesenika są Lázně, czyli umieszczone na zboczu jednej z gór otaczających miasto, uzdrowisko. Wiedzie do niego kręta, stroma droga, usiana ze wszystkich stron... parkingami. To my wybieramy, gdzie się zatrzymamy. Ja preferuję spacer z w miarę niskiego punktu, by móc podziwiać piękne widoki, jakie rozciągają się po drodze do uzdrowiska. Jeśli trafimy na dobrą pogodę, dostrzeżemy stąd odległe Czerwonogórskie Sedlo (Červenohorské sedlo), bazę turystyczną dla dłuższych wycieczek górskich.

Historia uzdrowiska sięga lat 20. XIX wieku i postaci Vincenza Priessnitza. Ten pochodzący ze Śląska medyk opracował metodę hydroterapii, czyli wodolecznictwa. Dzięki dobrym rezultatom w leczeniu chorych udało mu się założyć w Jeseniku dom kuracyjny, który w kolejnych latach stopniowo powiększał. Sanatorium nie przestało się rozbudowywać nawet po jego śmierci i dziś jest prawdziwym kompleksem różnego rodzaju parków i budynków. A jego centralną częścią jest Hotel Priessnitz, wielki, pięciokondygnacyjny, długi na kilkaset metrów kolos, którego w sprzyjających warunków zobaczymy jak na dłoni z niemalże każdego punktu w Jeseniku.

Najciekawsze - jak dla mnie - są jednak parki uzdrowiska. Są one wprost usiane wszelkiego rodzaju pomniczkami, źródełkami, skałkami. W miejscach najbardziej reprezentatywnych ustawiono dodatkowo piękne skalne monumenty, wśród których wytyczono ścieżki. I jeszcze jedno - widoki! Gdzie byśmy nie stanęli, zobaczymy przepiękną panoramę Jesenika i otaczających go gór. Wrażenia artystyczne doprawdy sięgają zenitu!
Jesenik z południowego skraju uzdrowiska.
Skalny monument w uzdrowisku.
Nie jest to rzecz jasna wszystko, co ma nam do zaoferowania Jesenik. W okolicy miasteczka zlokalizowane są dwie jaskinie. Takie jaskinie, których cale mnóstwo jest w Czechach, a których w Polsce niestety brakuje. Jaskinie pokroju Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie i Jaskini Raj w Chęcinach.

Pierwsza z nich, na północnym krańcu miasta, nosi nazwę Jaskini na Špičáku (czyt. Szpiczaku). Jest bardzo krótka, lecz jednocześnie niezwykle piękna. Wspaniałe nacieki, stalagmity, stalaktyty, stalagnaty wydają się wystawać ze wszystkich stron, zachwycając swoją urodą. Jaskinia ta była użytkowana już wiele wieków temu, między innymi jako schronienie podczas najazdów nieprzyjaciół. Ciekawostką jest fakt, iż ludzie musieli się wówczas przedzierać wąziutkimi, niziutkimi korytarzami, które w ciągu ostatnich lat zostały znacznie poszerzone, przez co wszelkie malunki, napisy etc., które nasi przodkowie nam zostawili, umieszczone są wysoko nad naszymi głowami. Warto jeszcze wspomnieć, że sprzed jaskini rozciąga się wspaniały widok na Jesenik i jego okolice, równie piękny - o ile nie piękniejszy - od tego, który oglądać mieliśmy okazję spod Priessnitza.
Jaskinia na Szpiczaku, jedna z odnóg korytarzy.
Korytarze w Jaskini na Szpiczaku.
Widok sprzed Jaskini na Szpiczaku.
Druga z jaskiń nie jest już tak wyeksponowana na świat. Ukrywa się na zalesionej przełęczy na południowym-zachodzie Jesenika i nosi nazwę Jaskini na Pomezi. Jest znacznie dłuższa od swojej siostry, a także znacznie bardziej urozmaicona. O ile na Špičáku spacerowaliśmy wyłącznie w poziomie, to tutaj będziemy musieli się nieźle powspinać po schodach. Nasz wysiłek jest jednak wynagrodzony przez wspaniałe formy naciekowe, których w jaskini jest po prostu zatrzęsienie.
Formacje naciekowe w Jaskini na Pomezi.

U wejścia do jaskini.
Atrakcja dodatkowa - nietoperz.
Wycieczka do Jesenika to naprawdę dobrze spędzone godziny, cokolwiek byśmy tam nie robili. Pamiętajcie, że jaskinie to nie wszytko, co czeskie miasto ma nam do zaoferowania. Są też tam rozmaite szlaki turystyczne o różnych profilach, wieże widokowe, wodospady, schroniska, formacje skalne, o których być może w przyszłości jeszcze napiszę :). Jak Wam się podoba Jesenik? Znacie jakieś inne czeskie miasta o podobnym charakterze?
     

niedziela, 3 maja 2015

Śnieżne Kotły: natura robi swoje

Śnieżne Kotły to bez wątpienia największa atrakcja Szklarskiej Poręby. Trudno się temu dziwić. Znad krawędzi kotłów rozciąga się niezapomniany widok na całą okolicę, a same zagłębienia prezentują się doprawdy nieziemsko. To miejsce po prostu trzeba zobaczyć, a gdy się już zobaczy - nazwać prawdziwym cudem natury.
Wielki Śnieżny Kocioł od wschodu
Jednym z największych wyzwań przed wyprawą na Śnieżne Kotły jest wybór szlaku, którym się tam dostaniemy. Te wielkie formy polodowcowe leżą bowiem na styku mnóstwa tras, wiodących - praktycznie rzecz biorąc - z każdej strony. Tak więc możemy tam przywędrować z czeskiego Harrahova, z okolicy Wodospadu Kamieńczyka, z centrum Szklarskiej Poręby, czy wreszcie z Karpacza. Ja rekomenduję tą drugą opcję, przy czym niezbyt wytrawni wędrowcy mogą przebyć połowę drogi za pomocą kolejki linowej na Szrenicę.

Trasa wiodąca od Wodospadu Kamieńczyka jest wyjątkowo stroma, a przy tym wybrukowana. Może to sprawić turyście wiele kłopotów, choć odczuje je dopiero w drodze powrotnej. Podczas marszu stopniowo wynurzamy się z lasu, a naszym oczom ukazują się piękne widoki. Od momentu gdy dotrzemy do schroniska na Hali Szrenickiej, będziemy mieć już stale na oku wierzchołek Szrenicy. Na wierzchołku owym zlokalizowano kolejne schronisko, co czyni z niego znakomity punkt orientacyjny.
Droga na Szrenicę, schronisko na Hali Szrenickiej
Po przybyciu na Szrenicę kierujemy się dalej na wschód, by niebawem minąć piękne ostańce skalne - Trzy Świnki i Twarożnik, powstałe w wyniku działania wiatru i grawitacji, zbudowane z twardych granitów. Na szczególną uwagę zasługuje Twarożnik, z którego rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na Szrenicę.
Twarożnik, w tle Szrenica
Wędrówka trwa dalej szeroką, niezbyt stromą drogą, wiodącą szczytem grzbietu górskiego. Po lewej stronie momentami naszym oczom ukazuje się Szklarska Poręba, po prawej - rozproszone zabudowania w czeskich dolinkach. Po kilkudziesięciu minutach od momentu opuszczenia Szrenicy docieramy do rozdroża. Możemy w tym miejscu na jakiś czas zboczyć z wyznaczonej sobie drogi, by przyjrzeć się źródłom Łaby. Warto jednak zaznaczyć, iż miejsce to nie robi takiego wrażenia, jak inne obiekty tego typu - ot, okrągła studnia, z której wypływa woda.

Kontynuując swoją wędrówkę, docieramy do Łabskiego Szczytu. Na ten wierzchołek nie możemy jednak wejść - jest to surowo zabronione - więc obchodzimy go półkolem od południa. Dostrzec stąd już można budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej, położonej nad krawędzią Śnieżnych Kotłów. Teraz pozostaje nam pokonanie już tylko jednego obniżenia terenu, po czym zawędrujemy do celu naszej wyprawy.
Łabski Szczyt i stacja przekaźnikowa nad Śnieżnymi Kotłami
Z licznych punktów widokowych mamy okazję podziwiać tylko Wielki Kocioł Śnieżny. Ten mniejszy jest bowiem przesłonięty przez tzw. Grzędę. Naszym oczom ukazuje się ogromny dół z licznymi jeziorkami na dnie. Ten imponujący cud natury powstał w czasie ostatniego zlodowacenia, a więc mniej więcej 50 tys. lat temu. Jest on świadectwem istnienia w tym miejscu przed wieloma laty niewielkiego lodowca górskiego.
Wielki Śnieżny Kocioł
Po nacieszeniu naszych oczu malowniczym widokiem stajemy przed możliwością wyboru. Możemy wrócić do punktu wyjścia tą samą drogą, którą przybyliśmy na Śnieżne Kotły. Możemy również znacząco obniżyć pułap i dotrzeć żółtym szlakiem do Hali pod Łabskim Szczytem, a następnie zielonym - ponownie do Śnieżnych Kotłów, tylko tym razem od dołu. Jest to jednak wyprawa czasochłonna, co wymusiłoby na nas nadmierny pośpiech. Tak więc lepiej jest odłożyć sobie ten punkt programu na inny dzień i "zaatakować" go od innej strony, na przykład od centrum Szklarskiej Poręby.

Droga powrotna będzie już znacznie łatwiejsza, choć nasze kolana i łydki mogą dokuczać po ostrym zejściu w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. W połowie drogi możemy się też zatrzymać na ciepły posiłek w szrenickim schronisku.