Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 marca 2017

Jak powstały wąwozy?

W Sandomierzu na niewielkim wzgórzu wznosi się piękny kościół pod wezwaniem Nawrócenia św. Pawła Apostoła. Ze względu na swoje walory architektoniczne i historyczne, świątynia ta sama w sobie mogłaby stanowić warty odwiedzenia zabytek. Na swoje nieszczęście, tuż obok niej znajduje się coś znacznie bardziej atrakcyjnego z punktu widzenia przeciętnego turysty. Któż z nas, będąc w Sandomierzu, nie odwiedziłby bowiem najpiękniejszego polskiego wąwozu, Wąwozu Królowej Jadwigi? A każda wizyta w miejscu takim, jak to, powinna skłaniać do poszukiwania odpowiedzi na pytanie - jak powstało to magiczne, zaciszne, oderwane od życia miasta miejsce?
Wąwóz Królowej Jadwigi w Sandomierzu.
Powstanie tak okazałych wąwozów wymaga istnienia specyficznego rodzaju podłoża. Skały budujące dany obszar nie mogą być pod żadnym pozorem nazbyt twarde, odporne na działanie wody. Jak na warunki polskie właściwościami takimi mogą pochwalić się występujące przede wszystkim na wschodzie kraju lessy. Skały te powstały z nanoszonych przez wiatr pyłów i są na tyle kruche i luźne, że bylibyśmy w stanie własnoręcznie odłupać sobie ich fragmenty. Nic więc dziwnego, że również i woda stanowi dla nich trudnego przeciwnika.

Za każdym razem, gdy zaczyna padać deszcz, a na obszarze lessowym występują jakiekolwiek pochyłości terenu, woda zaczyna rzeźbić skałę, po której spływa. Im bardziej obfite są opady, tym intensywniejsza jest erozja. Na samym początku tego procesu tworzą się w podłożu płytkie i wąskie rynienki. Z czasem przekształcają się one w coraz większe formy, aż osiągają rozmiary okazałego wąwozu. Im zaś wąwóz jest szerszy, tym więcej wody z okolicznych obszarów jest on w stanie zebrać i tym szybciej przebiegać będzie jego powiększanie.
Loess landscape china
Krajobraz lessowy w Chinach. W Polsce co prawda less nie objawia się w tak spektakularny
sposób, nie oznacza to jednak, że podłoży lessowych u nas nie obserwujemy ;).
Bardzo często zdarza się jednak, że ilość i intensywność opadów, a także ukształtowanie podłoża nie pozwalają na szybkie wykształcenie się wąwozów. W takich sytuacjach z pomocą wodzie przyszedł człowiek. Obszary lessowe są bowiem jednymi z najżyźniejszych na świecie. Nic więc dziwnego, że ludzie już kilkaset lat temu zagospodarowali je na swoje pola. Z każdym wyciętym drzewem, które rosło na lessach, podłoże stawało się jednak mniej wytrzymałe na działanie wody. Pozbawione gęstej roślinności leśnej, zatrzymujących wodę mchów i usztywniających korzeni, przestało opierać się kolejnym atakom wartko płynącej deszczówki.

Nie koniec jednak na tym. Wykorzystując rolniczo dany obszar człowiek popełniał na przestrzeni wielu dziesięcioleci poważny błąd. Swoją ziemię uprawiał i dzielił prostopadle do stoku. Było to bardzo nieodpowiedzialne, gdyż w ten sposób własnoręcznie tworzył niewielkie rynienki i kanaliki, którymi woda mogła spływać w dół stoku. Wprawdzie w intencji rolnika nie miały się one przerodzić w formy, które za jakiś czas uniemożliwią mu zbieranie plonów, ale nie wszystko zawsze idzie po naszej myśli, czyż nie?
Suloszowa krajobraz 4
Pola tworzone prostopadle do stoków należą do częstych widoków w polskim krajobrazie.
Dochodzimy w ten sposób do trzeciego kardynalnego błędu człowieka. A jest nim tworzenie nieutwardzonych dróg na obszarach lessowych. O ile na polach rośnie jeszcze trochę zbóż, trawy albo ziemniaków, to na tego typu drogach nie ma absolutnie nic. Można powiedzieć, że podaliśmy deszczówce na tacy idealny obszar, na którym w pełni może rozwinąć swe niszczycielskie zdolności. Efekt jest aż nazbyt dostrzegalny. Gdy następnym razem będziecie podążać drogą otoczoną z obu stron wysokimi skarpami, zwróćcie uwagę na fakt, iż to nie ten szlak został wytyczony po dnie wąwozu. To wąwóz utworzył się na linii wcześniej wytyczonego szlaku. I wyobraźcie sobie, że jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej droga, po której idziecie, znajdowała się kilka metrów nad Waszymi głowami.

Jakkolwiek człowiek znacząco wmieszał się w powstanie wąwozów, to tą jego formę działalności nie musimy uznać za jednoznacznie negatywną. Bądź co bądź, dzięki temu mamy do czynienia z naprawdę pięknymi formami rzeźby terenu, zaś same wąwozy nie niosą większych strat okolicznej przyrodzie czy mieszkańcom obszaru, na którym występują. Jedynymi, którym powstanie wąwozu może wyrządzić szkodę, są rolnicy. Ale muszą oni pamiętać, że gdyby prowadzili odpowiedzialny zarząd nad własnymi polami, wąwóz mógłby nigdy nie powstać. ;)

środa, 22 lutego 2017

Cztery wesela i pogrzeb Kazimierza Wielkiego

Kazimierz Wielki to postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. O tym królu uczyliśmy się już od czasów podstawówki i znamy go przede wszystkim jako wielkiego bohatera polskiego średniowiecza. Z wielkimi bohaterami często jednak dzieje się tak, że również i na ich sumieniach ciążą niezbyt chlubne czyny. Bolesław Chrobry miał wielką smykałkę do robienia sobie wrogów gdziekolwiek się tylko dało (o czym pisałem w artykule Kryzys Mieszka czy Bolesława?), Jan III Sobieski swego czasu walczył zaś u boku Szwedów. Kazimierz Wielki wiódł natomiast nadzwyczaj bogate życie małżeńskie. A jakby tego było mało, kilkukrotnie dawał o sobie znać po własnej śmierci.

Kazimierz III Wielki
Kazimierz Wielki według Jana Matejki.
Wesele numer 1: Aldona Anna
Kazimierz Wielki był dziedzicem odradzającego się właśnie państwa polskiego. A jak przystało na szanującego się władcę, potrzebna mu była małżonka, która wraz z ręką dałaby mu możliwość zawarcia korzystnego sojuszu. Dlatego też już w 1325 roku, gdy sam zainteresowany miał piętnaście lat, odbył się ślub z Aldoną Anną, księżniczką litewską. Wszystkim tym, których dziwi wiek pana młodego, przypomnijmy, że nie było to znaczącym odstępstwem od standardów średniowiecznych, zaś sama Aldona w chwili zamążpójścia miała jeszcze mniej, bo jakieś trzynaście lat.

Żaden ze współczesnych historyków nie jest oczywiście w stanie stwierdzić, cóż się działo w głowach Kazimierza Wielkiego i jego żony podczas ich trwającego czternaście lat małżeństwa, ani tym bardziej orzec, w jakim stopniu byli z tego związku usatysfakcjonowani. Można jednak przypuszczać, że nie wiodło im się źle, gdyż rychło doczekali się dwóch pięknych córeczek, które później wyrosły na jeszcze piękniejsze damy i wyszły za jeszcze bardziej znamienitych władców.

Na całe to szczęście cieniem kryje się tylko jedno wydarzenie, które możemy chyba uznać za przykrego zwiastuna dalszych przeżyć miłosnych polskiego władcy. Otóż w 1330 roku, gdy młody królewicz przebywał jako gość na dworze węgierskim, miał wejść w specyficzny kontakt z niejaką Klarą Zach, córką lokalnego możnowładcy. Według niektórych przekazów kontakt ten miał być umotywowany pragnieniami obu stron, według innych - tylko jednej. Bez względu na to, czy był to tylko romans, czy gwałt, zakończył się on tragicznie. Ojciec Klary dokonał w afekcie nieudanego zamachu na życie węgierskiej rodziny królewskiej, królową Elżbietę - siostrę Kazimierza - pozbawił kilku palców, sam zaś został poćwiartowany. Pozostaje nam tylko zadać sobie pytanie, cóż sobie pomyślała Aldona Anna, gdy w końcu dowiedziała się o wybrykach swego męża?

Wesele numer 2: Adelajda Heska
Aldona Anna zmarła w 1339 roku, a Kazimierz Wielki zaczął poszukiwać kolejnej żony. Chodziło tym razem już o coś więcej niż tylko uzyskanie przyjaznych stosunków z innym państwem. Król zbliżał się już do trzydziestki i - mimo dość udanego małżeństwa - nadal nie miał męskiego potomka. Wybór padł tym razem na Adelajdę, córkę landgrafa Hesji. Małżeństwo odbyło się w roku 1341. Na uwagę zasługuje wiek obu małżonków - Kazimierz miał już 31 lat, zaś Adelajda była młodziutką, trzynastoletnią dziewczyną. Wydaje się jednak, że to nie różnice wiekowe zaważyły na losie tego związku.

Innocent VI par Andrea di Bonaiuto 1365
Papież Innocenty VI.
Mijały lata, a Adelajda nadal nie wydała na świat żadnego potomka - czy to chłopca, czy dziewczynki. Kazimierz Wielki zaczął zapewne podejrzewać, iż jego małżonka nie będzie w stanie zapewnić ciągłości dynastii. Dlatego też posunął się do czynu niespotykanego w polskiej historii. Poprosił papieża o unieważnienie małżeństwa. Urzędujący wówczas Innocenty VI nawet nie chciał jednak słyszeć o takim rozwiązaniu. To jednak polskiemu królowi nie przeszkodziło.

Wesele numer 3: Krystyna Rokiczana
To najbardziej szalony krok w całej karierze Kazimierza. W 1356 roku ożenił się po raz trzeci. Nie zważał na żadne przeciwności. Nie miało dla niego znaczenia, że Adelajda Heska nadal żyła, a papież nie zezwolił na ich rozwód. Nie miało znaczenia, że Krystyna Rokiczana była tylko mieszczką, co oznaczało, że jej dzieci - bez względu na to, czy się urodzą - nie będą mogły po Kazimierzu dziedziczyć. Cóż więc kierowało polskim władcą? Czyżby na starość dosięgła go wielka, prawdziwa miłość? Tak wielka miłość, że byłby w stanie poświęcić dla niej przyszłość własnego państwa?

Nawet jeśli tak było to musiało to być ulotne uczucie. Krystyna Rokiczana nie pozostawała długo w królewskich łaskach i niebawem po ślubie również i ten związek poszedł w niepamięć. Według niektórych przekazów, Kazimierz miał dać kosza swojej żonie, gdy ta spaliła drewnianą chatę położoną w pobliżu jej dworku, zasłaniającą jej widok na Wawel i Wisłę. Jan Długosz w swojej relacji idzie jeszcze dalej. Według niego król na krótko po uroczystym weselu odkrył, że jego wybranka nie jest tak idealna, jakby się wydawało - a mianowicie jest łysa i ma świerzb.

Wesele numer 4: Jadwiga żagańska
Gdy Kazimierz wyszedł w 1365 roku za Jadwigę żagańską, nadal żyły jeszcze i Adelajda Heska, i Krystyna Rokiczana. Był więc nasz król bardzo blisko skompletowania prawdziwego haremu. I kto wie, co by się stało, gdyby nie jego rychła śmierć - w 1370 roku. Na krótko przed nią odniósł jednak swój pierwszy małżeński sukces. W 1368 roku papież uznał wreszcie jego ślub z Adelajdą za nieważny. Z podwójnego bigamisty stał się więc po prostu bigamistą. ;)


Ludwik Wegierski.jpg
Ludwik Węgierski według Matejki.

Pogrzeb
Małżeństwo z Jadwigą żagańską mimo podeszłego wieku Kazimierza przyniosło pewne sukcesy. W ciągu pięciu lat urodziła ona aż trójkę dzieci. Niestety, cała trójka była dziewczynkami. A to oznaczało, że dynastia Piastów zakończy się na Kazimierzu. By zapobiec większym perturbacjom, polski król już wcześniej zabezpieczył swoją sukcesję. Po jego śmierci władcą miał zostać król węgierski i jego siostrzeniec, Ludwik Andegaweński. Gdy jednak Kazimierza zabrakło, polscy możni panowie stwierdzili, że obcy władca nie jest do końca tym, kogo chcieli by widzieć na polskim tronie.

7 listopada, gdy Ludwik przybył do Krakowa w ledwie dwa dni po śmierci Kazimierza, ten był już pochowany. Wobec węgierskiego władcy był to poważny afront. Uczestnictwo w pogrzebie było bowiem dla niego okazją do pojawienia się przed przyszłymi poddanymi jako sukcesor Kazimierza, zdobycia legitymacji swojej władzy. Znalazł więc sposób na przechytrzenie krakowskich możnych. 17 listopada koronował się na króla Polski, zaś dwa dni później urządził egzekwia, czyli powtórny pogrzeb - tym razem bez udziału samego zainteresowanego.

Jak więc widzicie, Kazimierz Wielki wiódł bogate życie, zaś jego odzwierciedleniem był wydarzenia, które miały miejsce po jego śmierci. Zanim jednak zmienicie poglądy o ostatnim Piaście na polskim tronie, przypomnijcie sobie inne jego zasługi dla naszego kraju. Nie ulega wątpliwości, że Kazimierzowi nie wiodło się zbyt dobrze tylko w życiu małżeńskim. Cała reszta - umocnienie gospodarki, ustabilizowanie władzy, zapewnienie dobrych stosunków z sąsiadami, budowa grodów obronnych i liczne reformy - przemawiają wyraźnie na jego korzyść.

sobota, 7 maja 2016

O tym, jak Sobieski zdradził Polskę

Jan Tricius - Portrait of John III Sobieski (ca. 1680) - Google Art Project
Jan III Sobieski według Jana Triciusa.
Pisałem niedawno o najgorszych władcach Polski. Stanąłem wówczas w obronie jednych z najmniej lubianych postaci w historii naszego kraju. Tym razem posunę się jednak jeszcze troszkę dalej. Bo zdyskredytuję tego, którego wszyscy uważamy za wzór. No, może słowo "zdyskredytuję" jest tutaj lekkim nadużyciem, ale gdyby Jan III Sobieski miał okazję ten tekst przeczytać, to z pewnością nie byłby zadowolony. Tylko jakiego haka miałbym znaleźć na jednego z najświetniejszych bohaterów w historii Polski, na którego panowanie przypada ostatni okres świetności Rzeczpospolitej? Jak się okazuje, nie trzeba długo szukać.
_
Jest bowiem w historii Polski taki moment, w którym współczynnik zachowań nieobywatelskich sięgnął chyba swego szczytu. Jest moment, w którym prawie cały naród poddał się innemu narodowi... prawie bez walki. Potop szwedzki. Gdy w 1655 roku armia króla Karola X Gustawa przemierzała Pomorze, polskie pospolite ruszenie zgromadziło się pod Ujściem. Polscy szlachcice nie kwapili się jednak do wojaczki. Gdy tylko Szwedzi podeszli pod ich obóz, stwierdzili, że lepiej zawrzeć porozumienie. Koszty porozumienia okazały się nadzwyczaj srogie, gdyż w praktyce oddawało ono cały kraj pod zarząd najeźdźcy ze Skandynawii. A wśród szlachty polskiej zgromadzonej pod Ujściem znajdował się i Jan III Sobieski.
Anonymous Triumph of Charles X Gustavus
Tryumf Karola X Gustawa nad Rzeczpospolitą, obraz anonimowego autora z połowy XVII wieku.
Młody jeszcze wówczas magnat został wcielony do armii szwedzkiej i przez kilka miesięcy służył jej z oddaniem. Wielu historyków niepotrafiących wyobrazić sobie, że jeden z najświetniejszych władców Polski mógł w swej młodości dopuścić się zdrady, usprawiedliwiało go dość kolokwialnym stwierdzeniem: "Przecież wszyscy przechodzili wtedy na stronę szwedzką". Dwa proste argumenty przeczą jednak z całą mocą temu stwierdzeniu. Po pierwsze, nie wszyscy przechodzili na stronę szwedzką. Był sobie na przykład niejaki Jan Sobiepan Zamoyski, który nigdy nie porzucił króla Jana Kazimierza i przez cały okres potopu wiernie walczył w obozie obrońców niepodległości państwa polskiego. Odbiło się to później zresztą negatywnie na losach samego Sobieskiego. Po zakończeniu szwedzkiego najazdu Sobieski i Zamoyski zaczęli się bowiem starać o rękę dwórki królowej Ludwiki Marii, słynnej Marysieńki. Rywalizację tę wygrał właśnie Zamoyski, gdyż - w przeciwieństwie do Sobieskiego - w czasie potopu pozostał wierny dworowi. Sobieski musiał zaś odłożyć ślub z Marysieńką aż do śmierci swego konkurenta. ;)

No i wreszcie drugi argument. Sobieski - o dziwo! - pozostał w obozie szwedzkim wyjątkowo długo, bo do marca 1656 roku. W czasie, gdy Sobieski pozostawał w armii najeźdźcy, zdążyła się już zawiązać antyszwedzka konfederacja tyszowiecka. Do Polski zdążył już powrócić z wygnania król Jan Kazimierz. Większość szlachty zdążyła już powrócić pod rozkazy swego prawowitego władcy. A Sobieski pozostawał wierny Karolowi X Gustawowi. Można powiedzieć, że do swego króla powrócił wraz z ostatnim dzwonkiem.

Zrobiło się trochę gorzko, prawda? Osłódźmy więc atmosferę. Trzeba bowiem zaznaczyć, że pobyt u boku Szwedów nie poszedł Sobieskiemu na marne. Miał wówczas okazję zetknąć się z jedną z najlepiej zorganizowanych armii na kontynencie europejskim. Poznał nieznane mu dotąd techniki walki i przyjrzał się z bliska sprzętowi, o którym przeciętny mieszkaniec Rzeczpospolitej mógł tylko pomarzyć. Trudno nie zgodzić się z tezą, że jego późniejsze sukcesy na polach bitewnych mogły być źródłem właśnie tego, niezbyt pomyślnego okresu. Świadczy to tylko o tym, że historia rzeczywiście lubi się dobrze bawić. ;)
Lemke Skirmish with Polish Tatars
Utarczka Karola X Gustawa z Tatarami polskimi w bitwie pod Warszawą, 29 lipca 1656 r., obraz
autorstwa Johana Filipa Lemke z 1684 roku.
Na koniec odpowiedzieć trzeba na dość istotne pytanie. Jaki miałem cel w dyskredytowaniu Jana III Sobieskiego? Bo przecież nie była to jakaś moja prywatna złość na postać, której - notabene - jestem fanem. Otóż artykuł ten miał pokazać, że nawet najwięksi bohaterowie w swojej przeszłości mogli popełniać różne błędy. I to właśnie nauka z tych błędów płynąca czyniła z nich później bohaterów. I to właśnie te błędy i umiejętność wyciągnięcia z nich wniosków czyniła z nich wielkie postacie. A tym wszystkim, którzy w tych słowach doszukują się aluzji do tematów bardziej aktualnych, mam do powiedzenia tylko jedno. Słusznie. ;)

Zobacz też:
1.  To nie Kolumb odkrył Amerykę
2. Jak powstał Przełom Dunajca? 
3. Tragiczna wyprawa w Australii

wtorek, 19 kwietnia 2016

Co nowego w Opolu?

Porobiło się ostatnio tych pięknych, multimedialnych, interaktywnych muzeów, które przyciągają rzesze turystów, oddziałując na wszystkie zmysły, zaskakując subtelnością i finezyjnym wykorzystaniem nowych możliwości, jakie daje nam rozwój technologii. Pisałem już między innymi o Muzeum Śląskim w Katowicach. Na ponowne odwiedziny (tym razem z aparatem fotograficznym, a nie komórką) i opisanie na blogu oczekują Fabryka Schindlera w Krakowie i Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach. A w międzyczasie jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne, takie jak Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, które otworzy swe podwoje jeszcze w tym roku. Proces ten nie ominął oczywiście i Opola, ale nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że na znacznie mniejszą skalę. Niestety dłuży się budowa z dawna oczekiwanego Muzeum Polskiej Piosenki, ale modernizacji doczekały się inne opolskie atrakcje. I o tych modernizacjach dzisiaj.
Widok z Górki na starówkę. Na pierwszym planie, po prawej Muzeum Śląska Opolskiego.
Dalej ratusz, w tle Wieża Piastowska.

Muzeum Śląska Opolskiego
Najważniejsze i najbardziej medialne z opolskich muzeów przeszło modernizację już jakiś czas temu, bo w 2008 roku. Do starej, zabytkowej kamienicy dobudowano wówczas zupełnie nowy segment, zaskakujący nieco swą architekturą. Jednocześnie przeprowadzono gruntowną reorganizację wszystkiego, co było wewnątrz tej starszej siedziby. Dawniej muzeum wprost pachniało PRL-em, z białymi, nagimi ścianami i tymi charakterystycznymi gablotami z drewna i szkła. Teraz jest w nim znacznie bardziej przytulnie i klimatycznie.
Nowe skrzydło muzeum.
Zwiedzanie - zgodnie ze słowami wiecznie uśmiechniętej pani stojącej na swym posterunku przy drzwiach głównych - rozpocząć należy od piwnicy. Sufit piwnicy jest częściowo przeszklony, więc dostaje się tam sporo światła słonecznego, a my mamy okazję dokładnie przyjrzeć się zgromadzonym tam eksponatom z dziedziny archeologii. Znajdziemy tu wszystko, co mądrale z Uniwersytetu Opolskiego (i nie tylko) wykopały z ziemi w ciągu ostatniego półwiecza, w tym starą biżuterię, ceramikę i broń. A obok każdej przeszklonej gabloty czekać będzie mały ekranik dotykowy, z którego będziemy mogli wyczytać co nieco o dawnych czasach. Wszystkie maluchy, które na słowa "kultura pucharów lejkowatych" reagują bez entuzjazmu stwierdzeniem "Aaaa... Fajnie.", mogą sobie w tym czasie poukładać na wspomnianych ekranikach puzzle lub pograć w całkiem ciekawe gierki.
Wystawa archeologiczna.
Interaktywne elementy wystawy archeologicznej.
Gdy już nasycimy nasze oczy widokiem starych pucharków, możemy się przenieść nieco wyżej, gdzie czekać na nas będą stylowo urządzona galeria malarstwa polskiego, wystawa prezentująca tajniki słynnej porcelany tułowickiej, a także mały pokoik o nazwie "Stara Apteka", w którym poznamy obowiązkowe wyposażenie XIX-wiecznej apteki.
Wystawa poświęcona porcelanie tułowickiej.
Na pierwszym piętrze - poza wystawami czasowymi - mieści się natomiast wystawa główna, przedstawiająca historię miasta Opola - począwszy od założenia miasta, aż do dnia dzisiejszego. W przyciemnionych salach, oświetlonych specjalnymi żarówkami nadającymi lekką poświatę, znajdziemy mnóstwo interesujących eksponatów i będziemy mieli okazję przyjrzeć się z bliska dziejom nie tylko Opola, ale także przeciętnego średniowiecznego miasta. Najważniejszym punktem wystawy jest natomiast ogromna makieta Opola sprzed kilkuset lat, umieszczona w najdalej na zachód wysuniętym pokoju. Gdy tylko znajdziemy się w jej pobliżu, z głośników wydobywa się aksamitny głos lektora, a ruchoma lampka u góry zaczyna wyprawiać prawdziwe cuda, wskazując w odpowiednim momencie te części miasta, o których lektor opowiada.
Część wystawy historycznej.
Makieta przedstawiająca średniowieczne Opole.
Na sam koniec odwiedzin przejść należy na piętro drugie, gdzie znajdziemy wystawę poświęconą etnografii regionu opolskiego, zwracającej szczególną uwagę na dwoistość kultur w rejonie Opola - tej rodzimej, śląskiej, i tej przybyłej ze wschodu wraz z przesiedleńcami po II wojnie światowej. Przy okazji możemy tu też zagrać w kilka nieco bardziej już wymagających gier, wyświetlających się na kolejnych dotykowych ekranach.
Wystawa etnograficzna. I znów dotykowe ekraniki.
Wieża Piastowska
Jeżeli oglądaliście Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki dwa lub trzy lata temu, to pewnie zwróciliście uwagę na to, że górująca zazwyczaj nad amfiteatrem Wieża Piastowska była tym razem przesłonięta przez rusztowania. Było to oczywiście wynikiem remontu, po którym ponownie udostępniono wieżę dla turystów, lecz tym razem już w zupełnie innej formie. Na sam szczyt wchodzi się teraz aż pół godziny i nie jest to wynikiem dużej liczby stopni do pokonania, a... obecnością przewodnika i licznych atrakcji multimedialnych. Podczas wędrówki poznamy więc na przykład dawnych władców Opola, będziemy uczestniczyć w wielkiej bitwie, by wreszcie zobaczyć panoramę, jaka rozciągała się z wieży przed stu laty.
Schody wiodące na Wieżę Piastowską.
Muszę Was jednak przestrzec, byście nie spodziewali się przed wspinaczką zobaczenia znacznej ilości ciekawych eksponatów. Nie spodziewajcie się zobaczyć nawet dwóch. Ale jeden - już tak. Na jednym z półpięter postawiono bowiem interesującą skrzynię z czterema wystającymi z niej metalowymi kijami. Jak informuje przewodnik, waga każdego z kijów jest równa wadze jednego z typów broni używanej w średniowieczu. Gdy więc pociągniemy za odpowiedni kij, dowiemy się jak poradzilibyśmy sobie w starciu z mieczem, włócznią albo łukiem.
Przesławna skrzynia.
No i nie można zapomnieć o wspaniałym widoku, rozciągającym się ze szczytu. Zobaczymy stąd całe centrum i obrzeża Opola, a przy sprzyjających warunkach dużo, dużo więcej. Jeśli widoczność będzie dobra, to spoglądając na południe powinniśmy bez problemu ujrzeć Kopę Biskupią i Pradziada. Wieżę Piastowską najlepiej odwiedzić podczas trwania festiwalu. Chętnych do wejścia na górę wbrew pozorom nie ma wówczas zbyt wielu, a jeśli dobrze pójdzie, to będziemy mogli posłuchać sobie prób do wieczornych koncertów. ;)
Panorama z Wieży Piastowskiej.
Amfiteatr podczas festiwalu z Wieży Piastowskiej.
Taras na szczycie wieży.
Muzeum Uniwersytetu Opolskiego
Uniwersytet Opolski dorobił się w zeszłym roku prawdziwego muzeum! Znajduje się ono w głównym budynku uczelni na Placu Kopernika. To tam, gdzie znajdują się pomniczki polskich muzyków, o których pisałem w poście Opole Festiwalowe. Pamiętacie je? Muzeum nie jest jakieś bardzo wielkie. Składa się ledwie z pięciu pokoi, ale przeciętnego turystę może zainteresować kilkoma elementami. Na jednej ze ścian wywieszono na przykład zdjęcia osób z tytułem honoris causa uniwersytetu. A w jednej z gablot czekają na nas prawdziwe skamieniałości znalezione przez studentów w Krasiejowie!
Na pierwszym piętrze tego skrzydła mieści się muzeum. Jedną z jego części jest biała kaplica, widoczna
po lewej.
Muzeum Uniwersytetu Opolskiego od środka.
Nowe muzea, nowe budynki
To dobra okazja, by wspomnieć o pewnej modzie, która zapanowała w Opolu kilka lat temu. Otóż opolskie instytucje coraz częściej fundują sobie nowe siedziby, które zachwycają konceptem architektonicznym. Należy do nich Miejska Biblioteka Publiczna, której nowy budynek ma częściowo przeszkloną elewację ozdobioną tekstami wierszy w różnych językach. Opolska Filharmonia dorobiła się natomiast pięknej fasady, która przypomina kształtem fortepian. Mam nadzieję, że nie jest to tylko mój wymysł, a przemyślany pomysł architektów. No i ostatni opolski nabytek, przebudowany Teatr Lalki i Aktora, na którego fasadę składa się teraz mnóstwo małych trójkącików.
Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu
Nowe siedziby: Miejskiej Biblioteki Publicznej...
Oppeln-Philharmonie
... Filharmonii Opolskiej...
Opole Oppeln Teatr Lalki Puppet Theatre
... i Teatru Lalki i Aktora.
I jak, podoba się Wam to nowe Opole? Czy w Waszych miejscowościach również przebudowuje się w ten sposób placówki naukowe i kulturowe? :)

Zobacz też:
1.  Salto Angel: Wodospad do nieba
2. Puławy. W cieniu wielkiego przemysłu
3. Na skałę Rudolfa

sobota, 9 kwietnia 2016

Bronimy najgorszych władców Polski

Zauważyliście może moją dwutygodniową (z okładem) nieobecność. Wszystkich zaniepokojonych uspokajam jednak, że żadnego rodzaju wypalenie zawodowe nie miało jak na razie miejsca i mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie. W ciągu ostatnich kilkunastu dni miałem okazję trochę poudzielać się historycznie i skłonić moje komórki nerwowe do nieco większego niż zazwyczaj wysiłku. Dlatego też na tapetę weźmiemy sobie dzisiaj zagadnienie stricte historyczne. A mianowicie, najgorsi władcy Polski. A właściwie, najgorsi władcy Polski według powszechnej opinii. Bo tak naprawdę zazwyczaj oceniamy ich z punktu widzenia epok, w których żyli, i wydarzeń, które podczas ich rządów miały miejsce. Wielu z nich jest tak naprawdę ofiarami swych poprzedników, poddanych, a czasem też następców. Spróbujmy więc obronić ich przed dziejową niesprawiedliwością! :)

1. Stanisław August Poniatowski
Jak na doświadczonych badaczy historii przystało, zaczniemy od końca. Czyli od przesławnego króla Stasia, do którego zasług zwykło nam się zaliczać rozbiory i utratę przez Polskę niepodległości. Oczywiście myślenie takie nie jest do końca prawidłowe. Głównym inicjatorem rozbiorów był bowiem nie on, a trzy mocarstwa z naszym krajem sąsiadujące - Rosja, Prusy i Austria. Rzeczpospolita popadła zaś w zależność od swych sąsiadów na kilkadziesiąt lat nim Poniatowski wstąpił na tron, bo w czasie, gdy polski tron zajęty był przez Sasów - Augusta II Mocnego i Augusta III. Można mieć wprawdzie sporo wątpliwości co do polityki króla Stasia w ostatnich latach jego rządów, lecz nie można zapominać, że przez prawie cały okres swego panowania był wielkim reformatorem, dążącym do odzyskania przez Polskę dawnej świetności. Założył Szkołę Rycerską, Mennicę Warszawską, Teatr Narodowy w Warszawie, był jednym z inicjatorów wydawania propagującego zmiany pisma "Monitor"... I tak dalej, i tak dalej.
Lesseur - Portret Stanisława Augusta z klepsydrą
Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego autorstwa Wincentego de Lesseur.
2. Mieszko II Lambert
Nad Mieszkiem II miałem już się okazję zastanawiać jakiś czas temu. Niemniej warto przypomnieć jego tragiczną historię. Tron objął w 1025 roku po śmierci swego ojca, Bolesława Chrobrego. Odziedziczył niestety po nim konflikty praktycznie z wszystkimi sąsiadami ówczesnej Polski. A na dodatek popadł w konflikt ze swoimi braćmi. Doprowadziło to do cesarsko-ruskiego najazdu na jego państwo, okresowego pozbawienia go tronu i początku długiego kryzysu na ziemiach polskich. A przecież Mieszko II nie zrobił nic, co w sposób drastyczny odbiegałoby od poczynań jego ojca!
Mieszko II by Aleksander Lesser
Portret Mieszka II Lamberta autorstwa Aleksandra Lessera.
3. Władysław Herman
Panowanie Władysława Hermana było już znacznie dłuższe od Mieszka II. Piast ten nigdy nie przyjął wprawdzie tytułu królewskiego, ale na tronie książęcym przesiedział 23 lata - począwszy od roku 1079, a skończywszy na 1102. Gdy siadał na nim po raz pierwszy wydawał się być jednak bardziej zaskoczony niż usatysfakcjonowany. Przez pół swego życia był bowiem przekonany, iż zaszczyty takie nigdy nie staną się jego udziałem. Władzę w kraju umacniał tak naprawdę jego brat - Bolesław Szczodry - a jego schedę mieli objąć jego synowie.  I - co dziwne - Władysław Herman nie wykazywał żadnych chęci na obalenie brata. Zaszył się w swej siedzibie w Płocku, nie knuł, nie spiskował, po prostu "cieszył się życiem". Aż dziwne jak na Piasta, prawda? ;) Niespodziewanie jednak został siłą wtłoczony do wielkiej polityki. Bolesław został obalony i wygnany z kraju, a jego następcą uczyniono właśnie Władysława. Ten jednak nie zmienił swoich zapatrywań i praktycznie rzecz biorąc pozwolił na podejmowanie najważniejszych decyzji możnowładcy palatynowi Sieciechowi, podczas gdy sam ograniczył swój udział w sprawowaniu władzy do roli figuranta. Nie zjednał sobie tym oczywiście sympatii ani swych poddanych, ani swej rodziny, ani oceniających go prawie tysiąc lat później historyków.
Władysław I Herman by Aleksander Lesser
Portret Władysława Hermana autorstwa Aleksandra Lessera.
4. Konrad Mazowiecki
To imię okryło się złą sławą z jednego bardzo prostego powodu. To przecież ten książę sprowadził do Polski Krzyżaków! Jego niemalże 50-letnia kariera polityczna została tak łatwo przyćmiona przez jeden brzemienny w skutki błąd. Musimy jednak przy jego ocenie zwrócić uwagę na realia epoki. Konrad Mazowiecki był jednym z całego mnóstwa książątek władających niewielkimi państewkami na obszarze ziem ich wielkich przodków. Książątka te toczyły ze sobą liczne wojny i na okrągło kombinowały jakby tu zawładnąć dobrami swoich braci i kuzynów. Konrad miał o tyle utrudnione zadanie, że jego posiadłości - a więc Mazowsze i Kujawy - graniczyły od północy z ziemiami pogańskich Prusów i Jaćwingów, którzy nękali swych sąsiadów licznymi łupieżczymi wyprawami. To właśnie z ich powodu w 1226 roku Konrad sprowadził do Polski członków Zakonu Krzyżackiego, którzy mieli zmienić tę sytuację. Jak się okazało, zmienili. Niestety, na gorsze.
Konrad I Mazowiecki
Konrad Mazowiecki według Jana Matejki.
5. Jan I Olbracht
"Za króla Olbrachta wyginęła szlachta". Na pewno spotkaliście już się z tym ponadczasowym przysłowiem, lecz zapewne nie wiecie skąd się wzięło. Jak się okazuje, szlachta nie miała zbyt dużo czasu na "wyginięcie", bo Jan I Olbracht rządził Polską tylko dziewięć lat - od 1492 do 1501 roku. Czym podpadł aż tak bardzo swym poddanym w tak krótkim czasie? Według dość popularnych teorii tym, że zorganizował w roku 1497 wyprawę na Mołdawię, w której wzięło udział 40 tysięcy polskich szlachciców, a która zakończyła się kompletną klęską. Tyle że zginęło wówczas niewiele ponad 5 tysięcy polskich żołnierzy, a więc nawet nie 1/8 spośród tych, którzy wyruszyli. Wydaje się więc, że przysłowie nie odnosi się zbytnio do wyprawy mołdawskiej, a raczej do najazdów tatarskich, które po niej nastąpiły. Oczywiście nie spowodowały i one wymarcia stanu szlacheckiego, ale powiedzenie się przyjęło.
Aleksander Lesser, Jan Albert
Jan Olbracht autorstwa Aleksandra Lessera.
6. Henryk Walezy
Henryk Walezy okrył się szczególnie złą sławą choć przebywał na tronie polskim zaledwie przez kilka miesięcy. Jego głównym problemem była jednak nieznajomość polskich realiów i kompletny brak zainteresowania sprawami polskimi. Nie jest to oczywiście zbyt dobra metoda obrony, ale zawsze jakaś ;). Bądź co bądź, to nie wina Henryka Walezego, że właśnie w okresie jego panowania w Polsce ważyły się losy jego panowania we Francji. A panowanie w swej ojczyźnie stawiał on zdecydowanie na pierwszym planie. I nic w tym dziwnego, że jak tylko zmarł jego brat, król Francji Karol IX, podjął decyzję o natychmiastowej ucieczce nad Sekwanę.
Grottger Escape of Henry of Valois
Ucieczka Henryka Walezego z Polski, obraz autorstwa Artura Grottgera.
7. Michał Korybut Wiśniowiecki
I w tym miejscu muszę przyznać, że nie wiem co powiedzieć. Bo jedyną możliwością usprawiedliwienia krótkich rządów Michała Korybuta Wiśniowieckiego jest to, że królem w ogóle zostać nie powinien. Szlachta wybrała go przez wzgląd na jego małe zaplecze polityczne, a także dziedzictwo jego wielkiego ojca, Jaremy Wiśniowieckiego, który wsławił się między innymi podczas powstania Chmielnickiego na Ukrainie. Michał Korybut Wiśniowiecki był wprawdzie człowiekiem wykształconym, ale jego rządy były nadzwyczaj nieudolne. Nie mógł on sobie poradzić z silną opozycją wymierzoną przeciwko niemu, a podczas najazdu tureckiego nie podjął środków wystarczających do konstruktywnej obrony ojczyzny. Słuszne wydają się być słowa wybitnego historyka Władysława Konopczyńskiego, który stwierdził, że Michał Korybut "mówił ośmiu językami, ale w żadnym z nich nie miał nic ciekawego do powiedzenia".
Michał Korybut Wiśniowiecki
Michał Korybut Wiśniowiecki według Jana Matejki.
Przebrnęliśmy w ten sposób przez żywota siedmiu niezbyt lubianych przez potomnych władców Polski. Czy dodalibyście kogoś do powyższej listy? Czy zgadzacie się z moją argumentacją? A może znaleźliście sposób na wybronienie Michała Korybuta Wiśniowieckiego? :) Czekam na wasze komentarze. ;)



Zobacz też:
1. Opowieść o Dymitrze, który wcale nie był Dymitrem
2. Najdziwniejsze artykuły Wikipedii 
3. Najdziwniejsze pomysły I wojny światowej

poniedziałek, 21 marca 2016

Krzemionki Opatowskie. Niczym w wehikule czasu

Podziemne trasy turystyczne to jak na polskie realia atrakcja dość powszechna. A na pewno, jeśli się mieszka w szeroko pojętej Polsce południowej. Sudety, Tatry i Jura Krakowsko-Częstochowska oferują dostęp do wielu jaskiń, na Śląsku i pod Krakowem można odwiedzić liczne kopalnie, w okolicach Wałbrzycha - pohitlerowskie sztolnie, zaś w niektórych miastach, takich jak Kłodzko, Sandomierz, czy Chełm - stare piwnice o wielu zakamarkach. Wydawałoby się, że w tej kwestii nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Na Kielecczyźnie kryje się jednak pewne miejsce, które nie dość że jest pod ziemią, to jeszcze jest oryginalne. Mowa oczywiście o Krzemionkach Opatowskich.
Korytarze w Krzemionkach Opatowskich.
Przed wieloma tysiącami lat, gdy obszar dzisiejszej Polski zamieszkiwany był przez wiele różnego rodzaju plemion, grupujących się w rozmaite kultury, okolice obecnych wsi Sudół i Magonie były już wykorzystywane górniczo. W miejscu tym wydobywano niezwykle rzadki krzemień pasiasty. Na przestrzeni wielu stuleci utworzono tam całe mnóstwo niewielkich kopalni. Później kopalnie te podupadły, zostały zdeformowane, zasypane, zarośnięte roślinnością i zapomniane przez potomków dawnych górników. Na nowo odkryto je dopiero w 1922 roku. Prowadzone od tego czasu badania wykazały obecność w tym miejscu niemalże 3000 szybów górniczych. Kwestią czasu pozostawało zbudowanie na tej bazie interesującej atrakcji turystycznej.

I rzeczywiście taka powstała. Co prawda nie jest ona jeszcze jakoś strasznie popularna, ale ściągnięcie do Krzemionek Opatowskich większej liczby turystów jest tylko kwestią czasu. Tym bardziej, że istnieje dosyć spore prawdopodobieństwo, iż zostaną one w ciągu najbliższych lat wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. A jeżeli już zostaną wpisane, to będę niezmiernie szczęśliwy, że udało mi się je zobaczyć nim najadą je hordy turystów z całego świata. ;)
Krzemionki 20150519 6496
Krzemionki Opatowskie.
Zaraz po podjechaniu na parking w Krzemionkach rzuca nam się w oczy całkiem spory, niedawno wzniesiony budynek. Oprócz biur mieści się w nim także muzeum, a w nim liczne - nierzadko interaktywne - ekspozycje, przedstawiające historię regionu. Wystrój wnętrz we wspaniały sposób łączy historię z teraźniejszością, a czytając wyświetlane na licznych ekranach dotykowych ciekawostki można naprawdę zapomnieć o upływającym czasie.
Budynki biurowo-muzealne w Krzemionkach Opatowskich.
Wnętrze muzeum.
Jeśli podczas przeglądania muzealnych ekspozycji nie zapomnimy o czasie na tyle, by nie zamienić się w skamielinę, możemy ruszać dalej, tym razem już z przewodnikiem. Początkowo mamy do przejścia kilkaset metrów typowo leśnej ścieżki, na której raczej nie spotkamy żadnych jaskiniowców. Ale już niebawem sytuacja ta ulegnie zmianie. A to dlatego, że wejdziemy na obszar pokryty licznymi zagłębieniami w ziemi, przypominającymi nieco lejki. A zagłębienia te to nic innego, jak pozostałości po dawnych, prymitywnych kopalniach.

Pierwsza część trasy turystycznej wiedzie po powierzchni ziemi. A właściwie to nad powierzchnią ziemi, bo miast łazić po piaszczystym gruncie mamy okazję przejść się specjalnym pomostem. Na obu jego końcach zlokalizowano niewielkie, drewniany chatki, w których zaprezentowano na przykładzie makiet i modeli pracę górnika sprzed kilku tysięcy lat.
Makiety górników sprzed tysięcy lat w jednej z chatek.
Gdy już przywitamy się z kilkoma przedstawicielami Polski prehistorycznej czeka nas wyprawa pod ziemię. Po wąziutkich schodkach schodzimy na poziom 5-6 metrów pod powierzchnię ziemi. Tak, to naprawdę nie jest głęboko. Ale tak na chłopski rozum, przed trzema tysiącami lat ludzie nie mieli czasu, chęci ani możliwości kopania do poziomu kilkuset metrów, nieprawdaż?

Początkowo ścieżka wije się wąziutkimi, krętymi, klaustrofobicznymi korytarzykami, ale już po kilkudziesięciu metrach wchodzimy do strefy niewielkich wprawdzie, lecz całkiem estetycznych komór. Idziemy ścieżką wykutą w skale, a komory owe rozpoczynają się gdzieś na poziomie naszego pasa. Musimy w tym miejscu uważać, by gdzieś nieopatrznie nie zboczyć z trasy, by nie trafić na jakiś ślepy zaułek. Jednocześnie spoglądając w prawo lub w lewo natrafimy na figurki kopiących górników. Podziemna trasa liczy ok. 500 metrów długości, a po jej przebyciu wychodzimy ponownie na powierzchnię, po czym rozpocząć możemy spokojny marsz w kierunku punktu wyjścia, czyli budynku muzealnego.
Początek ścieżki podziemnej.
Ścieżka podziemna nieco dalej.
I jeszcze nieco dalej... ;)
Makieta przedstawiająca górnika sprzed wieków.
Krzemionki Opatowskie to z całą pewnością jedna z moich ulubionych atrakcji turystycznych na Kielecczyźnie. Może dlatego, że jest tam tak cicho i spokojnie? Że nie ma zbyt wielu turystów? Może. A czy Wy słyszeliście już o Krzemionkach? A może kiedyś odwiedziliście to piękne miejsce? :)

Zobacz też:
1.  Moszna. Podopolski Disneyland
2. Co nowego w Opolu?
3. Salto Angel: Wodospad do Nieba

wtorek, 9 lutego 2016

Gwiazdy na Ziemi, czyli o energii przyszłości

2/3 energii elektrycznej, którą produkujemy, pochodzi z elektrowni cieplnych. Do wytworzenia prądu wykorzystuje się tam węgiel, ropę naftową i jej pochodne, lub gaz ziemny. Sęk w tym, że surowce te mogą się w bardzo szybkim tempie wyczerpać. Dlatego też od wielu lat poszukuje się sposobów na wytworzenie energii w bardziej ekologiczny sposób. Jednym z takich sposobów miały być elektrownie jądrowe, lecz jako obiekty ekologiczne zawiodły ze względu na radioaktywne odpady i ryzyko wystąpienia brzemiennych w skutki awarii. Elektrownie wodne, wiatrowe i słoneczne nie sprawiają wprawdzie takich problemów, lecz ich budowa jest niezwykle kosztowna i... wymaga zagospodarowania dużych przestrzeni. Dlatego też naukowcy zaczęli poszukiwać kolejnych źródeł energii, które mogłyby zaspokoić potrzeby całej ludzkości. Tą z nich, która w chwili obecnej wydaje nam się najbardziej bliską do opatentowania, jest energia pochodząca z reakcji termojądrowej. W ostatnich dniach stała się ona nadzwyczaj popularna ze względu na osiągnięcia niemieckich specjalistów.
Activity Continues On the Sun
Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, czym jest ta reakcja termojądrowa.  Polega ona - w dużym skrócie - na połączeniu jąder dwóch atomów, prowadzące do powstania innego, cięższego jądra atomowego. Na rysunku poniżej widzimy schemat przykładowej syntezy termojądrowej. U góry mamy dwa atomy wodoru, reprezentujące dwie różne odmiany (izotopy) tego pierwiastka. Jeden z nich ma po jednym ładunku dodatnim (protonie) i neutralnym (neutronie) i nazywany jest deuterem. Drugi to tryt, składający się z jednego protonu i dwóch neutronów. Gdy dojdzie do połączenia obu jąder, powstanie nowe jądro atomowe, w którym - podobnie jak w trycie - znajdą się dwa neutrony. Jednocześnie jednak zaobserwujemy podwójną liczbę protonów. A to będzie oznaczać, że nie będziemy mieć już do czynienia z wodorem, a z helem. Jednocześnie jeden "zbędny" neutron zostanie odrzucony, a przy okazji wytworzona zostanie tak cenna dla nas energia. Sprytne, prawda?

D-t-fusion
Schemat reakcji termojądrowej. Na szaro zaznaczono neutrony, zaś na pomarańczowo - protony.
Zaprezentowana powyżej reakcja wydaje się być niezwykle prosta do przeprowadzenia. Ale oczywiście to tylko pozory. Zauważcie, że oba jądra atomowe zawierają przynajmniej po jednym protonie o ładunku dodatnim i ani jednym elektronie o ładunku ujemnym. Oznacza to, że oba jądra atomowe mają ładunek dodatni. A - jak wieści jedno z najważniejszych praw fizyki - dwa ładunki o takim samym znaku (ujemnym lub dodatnim) zawsze będą się odpychać od siebie. I bez względu na to, po jakie jądra atomowe byśmy nie sięgnęli i cokolwiek byśmy nie robili, zawsze będą miały one ładunek dodatni. I zawsze będą się od siebie odpychać. No więc jak - do jasnej kolendry - doprowadzić mamy do ich połączenia?!

Oddziaływania międzycząstkowe
Schemat obrazujący odpychanie lub przyciąganie się obiektów w zależności od wartości
ładunku elektrycznego.
Metoda jest następująca. Aby jądra atomowe zaczęły się łączyć, muszą osiągnąć zawrotną wprost prędkość, dzięki której siła odpychania się obu obiektów zostanie zniwelowana. A prędkość przemieszczania się atomów rośnie wraz ze wzrostem temperatury. Wniosek: trzeba je podgrzać. Temperatury umożliwiające syntezę jąder atomowych panują na przykład... na Słońcu! Zresztą gwiazdy, a więc również i Słońce, w ten właśnie sposób wytwarzają energię. To między innymi dzięki takim reakcjom, jak synteza termojądrowa, każdego ranka budzą nas przyjemnie grzejące promienie słoneczne. Aby więc doprowadzić do reakcji termojądrowej trzeba uzyskać temperaturę zbliżoną do tej, jaka panuje w Słońcu, a więc jakieś - bagatela - 15 milionów stopni Celsjusza.
Amazing Hi-Def CME (full disk) - Flickr - NASA Goddard Photo and Video
Aktywność słoneczna jest w dużej mierze związana z reakcjami termojądrowymi.
Zaraz. Że co?! Jak my niby mamy doprowadzić cokolwiek do temperatury 15 milionów stopni Celsjusza? Nawet gdyby udało nam się coś do tego stopnia podgrzać, to nie mielibyśmy nawet cienia szansy utrzymania tej całej materii w czymkolwiek, bo nawet najbardziej wytrzymały materiał w ułamku sekundy stopiłby się! Ale i na to udało nam się znaleźć rozwiązanie. Bo po co mamy utrzymywać rozgrzaną plazmę w jakieś formie, naczyniu, czy zbiorniku, skoro możemy sięgnąć po coś znacznie bardziej irracjonalnego? Możemy przecież "uwięzić" plazmę w polu magnetycznym, na które nawet najwyższe temperatury nie będą mieć wielkiego wpływu!

I tą technologię właśnie wykorzystują naukowcy z niemieckiego Instytutu Fizyki Plazmowej im. Maxa Plancka w Greifswaldzie. Skonstruowali oni urządzenie nazwane stellaratorem, które umożliwia przeprowadzenie reakcji termojądrowej. Oficjalna nazwa maszyny znajdującej się u naszych zachodnich sąsiadów to Wendelstein 7-X, a przy jego budowie - jak już wielokrotnie podkreślały liczne portale - zaangażowaniem wykazały się liczne polskie firmy. Poniższe zdjęcia przedstawiają samo urządzenie, zaś schematy obrazują sposób jego funkcjonowania.
Wendelstein7-X Torushall-2011
Wendelstein 7-X z zewnątrz...
Interior of W7-X stellarator
... i od środka.
W7X-Spulen Plasma blau gelb
Schemat działania Wendelsteina 7-X. Na źółto oznaczono plazmę.
3 lutego 2016 poczyniono pierwszy krok na drodze urzeczywistnienia marzeń o pozyskiwaniu energii z syntezy termojądrowej. Wendelstein 7-X został po raz pierwszy uruchomiony. Na ćwierć sekundy udało się rozgrzać niewielką ilość plazmy do temperatury zawrotnych 80 milionów stopni Celsjusza. W planach na najbliższe lata jest uruchomienie maszyny na pół godziny. Zaznaczyć jednak należy, że Wendelstein 7-X nie jest w stanie naprodukować zbyt dużych ilości energii, a jego głównym przeznaczeniem są cele naukowe i rozwój technologii w tej dziedzinie. Dopiero badania przeprowadzone na tego typu modelach pozwolą na opracowanie technik znacznie bardziej efektywnych.

Cały świat czeka na urzeczywistnienie marzeń naukowców z Greifswaldu, jak również innych ośrodków badawczych na całym świecie. A jaki jest Wasz stosunek do prowadzonych badań? Czy uważacie, że korzystanie z energii termojądrowej będzie kiedykolwiek możliwe? :)

Zobacz też:
1.  Czy objawi nam się planeta numer 9?
2. Chrząszcz imieniem Chewbacca
3. Co jest nie tak z atmosferą, czyli o wahaniach temperatury