Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lutego 2017

Witajcie w świecie siedmiu kontynentów

W ostatnich dziesięcioleciach uczeni zapadli na jakąś dziwną formę megalomanii. Nie pierwszy raz słyszymy już bowiem, że czegoś jest więcej. Ni stąd ni zowąd rośnie nam liczba pierwiastków (o czym więcej dowiecie się w artykule Gdy odkrywamy nowe pierwiastki). Nagle próbuje się nas przekonać, że planet w Układzie Słonecznym jest więcej, niż wcześniej sądziliśmy. Teraz okazuje się, że będziemy musieli zrewidować nasze poglądy na temat liczby kontynentów. Do ich grona dołączyła bowiem Zelandia.
ISS-42 New Zealand in Sunglint, large resolution
Zdjęcie Nowej Zelandii wykonane w przestrzeni kosmicznej.
Niektórzy z Was mogą być zaskoczeni faktem, że w tytule widnieje cyfra "siedem". W szkole uczyli nas przecież, że właśnie tyle mamy kontynentów! A skoro w szkole uczyli nas źle, to na liczniku powinna się teraz pojawić piękna "ósemka". Musimy jednak pamiętać, że to co zawsze mieliśmy, mamy i mieć będziemy za dwa kontynenty - Europę i Azję - z geologicznego punktu widzenia jest jednym kontynentem - Eurazją, a podział został wprowadzony do użytku ze względu na rozbieżności w rozwoju kulturowym i historycznym obu regionów. Idąc tym tropem komplet niedawno obowiązujących kontynentów możemy zamknąć w zbiorze: Eurazja, Ameryka Południowa, Ameryka Północna, Afryka, Australia i Antarktyda.
.
Co zatem decyduje o tym, że jakiś kontynent możemy nazwać kontynentem? Według najprostszej definicji jest to płat ziemi otoczony ze wszystkich stron wodą. Najprostsze definicje zazwyczaj składają się jednak w trzech czwartych z niedopowiedzeń - i tak też jest w tym przypadku. Po pierwsze, kontynent nie musi być ze wszystkich stron otoczony wodą, by być kontynentem. Może on posiadać niezbyt znaczące połączenie z innym kontynentem - tak jak jest to w przypadku Afryki i Azji oraz Ameryki Północnej i Ameryki Południowej.
 .
Po drugie, nie każdy ląd otoczony wodą musi być kontynentem. Brytania to przecież wyspa, a mimo to zalicza się ją do kontynentu, jakim jest Eurazja. Dzieje się tak, ponieważ w geologii za formalną granicę kontynentu uważany jest stok kontynentalny, a więc miejsce, w którym płytki szelf kontynentalny gwałtowanie spada w kierunku głębin oceanicznych. Wyspy Brytyjskie leżą w całości w obrębie szelfu i gdybyśmy obniżyli nieznacznie poziom wody w światowych oceanach, to uzyskałyby one lądowe połączenie z resztą Europy. Dlatego musimy przyjąć, że Brytyjczycy - czy tego chcą, czy nie - mieszkają w Europie.
 .
O ile moglibyśmy się spodziewać wyschnięcia kanału La Manche, o tyle na pewno nigdy nie stanie się tak z Kanałem Mozambicki, który oddziela Madagaskar od Afryki, a którego głębokość dochodzi do 3 kilometrów! Nikt jednak nie ma wątpliwości, że Madagaskar sam w sobie nie stanowi osobnego kontynentu. A to dlatego, że wyspa ta jest zdecydowanie za mała by ją kontynentem nazwać. Dla tego typu przypadków ukuto tytuł mikrokontynent. Takim właśnie mikrokontynentem była też niegdyś Nowa Zelandia. Ale już nie jest.
Elevation.jpg
Mapa świata, na której jasnoniebieskim kolorem oznaczono szelfy
kontynentalne. Jak widzicie, w ich obrębie znajduje się między innymi
Wielka Brytania, a także Nowa Gwinea (względem Australii).
W wyniku przeprowadzonych w ostatnich latach badań udało się ustalić, że Nowa Zelandia wcale nie stanowi malutkiego kompleksu dwóch wysp zagubionych gdzieś na południowym Pacyfiku. Sama Nowa Zelandia wydaje się być jedynie częścią znacznie większego obszaru rozciągającego się aż do położonej daleko na północy Nowej Kaledonii. Aż 94% tego obszaru znajduje się pod wodą, lecz głębokości są tam na tyle małe, że możemy mówić o istnieniu tam swego rodzaju rozległego szelfu kontynentalnego. Co ważniejsze, szelf ten nie jest trwale połączony z Australią. Pomiędzy ojczyzną kangurów a najbardziej do niego zbliżoną, północno-zachodnią częścią interesującego nas obszaru, istnieje bowiem wyróżniający się w ukształtowaniu terenu przesmyk, który moglibyśmy porównać do "zatopionej Cieśniny Gibraltarskiej".

Zealandia topography
Mapa Zelandii, na której jasnoniebieskim kolorem
oznaczono płytki ocean. W lewym, górnym rogu
mapy widoczne jest niepełne połączenie z
szelfem australijskim.
Zelandia - bo tak naukowcy nazwali nowy kontynent - ma też wystarczającą powierzchnię, by uznać ją za niezależny kontynent. Liczy aż 4,9 milionów kilometrów kwadratowych. To wprawdzie znacznie mniej niż najmniejszy jak dotąd kontynent - Australia, lecz z drugiej strony kilka razy więcej niż wszystkie znane nam mikrokontynenty. O odrębności Zelandii świadczy też jej zróżnicowana budowa geologiczna.
 .
Nie istnieje co prawda żadna instytucja uprawniona do tego, by narzucić siódmy kontynent całemu naukowemu światu. Za formalne przyjęcie tego dogmatu do terminologii naukowej można jednak uznać artykuł opublikowany kilka dni temu w czasopiśmie Amerykańskiego Towarzystwa Geologicznego. Stanowi on swego rodzaju manifest, zbierający doświadczenie badawcze minionych 20 lat i podsumowujący je w jednym prostym wyrażeniu: "Mamy siódmy kontynent".

Co sądzicie o najnowszym odkryciu przesławnych amerykańskich naukowców? Czy uważacie, że Zelandia jako kontynent ma rację bytu? :)

sobota, 13 czerwca 2015

7 najlepiej zapalonych zniczy olimpijski po 1990

Podczas igrzysk wszystko kręci się w zasadzie wokół znicza olimpijskiego. Najważniejszymi momentami wydają się być jego zapalenie i jego zgaśnięcie. To on, świecąc nieustannie przez przeszło dwa tygodnie, wyznacza czas trwania wielkiej, sportowej imprezy. A sposób jego zapalenia już tradycyjnie jest niezwykły. Kolejni organizatorzy prześcigają się w wymyślaniu coraz bardziej oryginalnych rozwiązań. Czasem im to wychodzi, czasem nie. Dziś zaprezentuję Wam moją listę siedmiu najlepiej zapalonych zniczy z ostatnich 25 lat, zarówno z igrzysk letnich, zimowych, jak i... europejskich. Będzie bardzo subiektywnie, ale czasami i tak trzeba :).

7. Ateny
Ateny, czyli miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Po przeszło stu latach nowożytne igrzyska wróciły do swojej kolebki, do stolicy Grecji. Ceremonia otwarcia była wówczas nietypowa z wielu względów. Na przykład, reprezentacja Grecji zaprezentowała się widzom aż dwa razy - na początku - z urzędu, jako Grecy, i na końcu - jako organizator. Interesujący był także moment zapalenia znicza olimpijskiego. Dokonał tego żeglarz Nikolaos Kaklamanakis, a zniczem był wielki, obracający się w pionie stelaż. Wydarzeniu towarzyszyła piękna gra świateł i wspaniała oprawa muzyczna.


6. Soczi
Ceremonia otwarcia w Soczi była wielkim pokazem siły. Wpisywała się w to również ceremonia zapalenia znicza olimpijskiego. Desygnowani do tego zadania była łyżwiarka Irina Rodnina i  były hokeista Władisław Trietjak, pojawili się co prawda na stadionie, lecz zaraz potem z niego wybiegli w towarzystwie aplauzu artystów, którzy zaprezentowali się wcześniej na arenie. Znicz zlokalizowano bowiem w odległości kilkuset metrów od stadionu, w centrum olimpijskiego kompleksu.
Olympic Flame (5) (14645637275)
5. Lillehammer
W 1994 roku, w norweskim Lillehammer znicz zlokalizowano na wysokiej wieży, po której wspinał się ogień. Od dołu zapalił ją norweski książę, Haakon. Sam moment zapalenia znicza został jednak przyćmiony przez sposób jego dotarcia na stadion. A stadionem była wówczas skocznia narciarska. Organizatorzy w doskonały sposób wykorzystali specyficzną lokalizację. Znicz przekazali skoczkowi narciarskiemu, Steinowi Grubenowi. Z tym, że Norweg znajdował się wówczas na rozbiegu...
4. Sydney
W australijskim Sydney znicz został podpalony przez lekkoatletkę Cathy Freeman. A zrobiła to w sposób doprawdy niesamowity. Stanęła na środku płytkiego baseniku i... podpaliła wodę! A konkretnie, obręcz w tej wodzie ukrytą, która niebawem zaczęła się wyłaniać z odmętów. Za pomocą pewnego mechanizmu znicz ten powędrował ku górze stadionu, gdzie przybrał swój ostateczny kształt.


 

Olympic Flame 2000 (Summer Olympics)
3. Vancouver
Vancouver postawiono dwa lata wcześniej wysoką poprzeczkę. Ceremonia otwarcia igrzysk w Pekinie była po prostu olśniewająca. Kanadyjscy organizatorzy zrobili co mogli, jednak gala w Vancouver nie robiła już aż takiego wrażenia. Był jednak jeden element, w którym Kanadyjczycy zdeklasowali Chińczyków. I było to zapalenie znicza olimpijskiego. To w Vancouver właśnie, znicz po raz pierwszy był inny. Nie zapalono go poprzez strzał z łuku, spacer w przestworzach, czy skok ze skoczni narciarskiej. Nie. Postawiono na wrażenie artystyczne i symbolikę. A skutek jest fenomenalny. Znicz składał się z czterech elementów i podpaliło go aż czterech ludzi - łyżwiarka Catriona Le May Doan, narciarka Nancy Green, koszykarz Steve Nash i hokeista Wayne Gretzky.

Olympic Torch, Vancouver 2010 (4369924010)
2. Baku
Niespodzianka? Na drugim miejscu w moim zestawieniu świeża ceremonia otwarcia Igrzysk Europejskich w Baku, która miała miejsce dosłownie wczoraj. Znicz zapalono w niezwykle nastrojowej atmosferze, przy wspaniałej oprawie muzycznej i graficznej. A zniczem tym okazał się być ogromny gong. Efekt był przepiękny.
1. Londyn
Co do pierwszego miejsca nie miałem trudnego wyboru. Nie jestem w stanie znaleźć żadnego punktu w historii igrzysk olimpijskich, który tak by mnie poruszył. Znicz z Londynu zdeklasował jak dla mnie wszystkie inne w historii olimpiady. Jego konstrukcja została doskonale przemyślana. Składał się bowiem z 204 łusek osadzonych na wysokich kijach. Każda z tych łusek została przyprowadzona na stadion przez jedną ekipę narodową. Zapalenia znicza dokonało siedmiu młodych, wschodzących sportowców nominowanych przez siedmiu byłych atletów, których kariera już się skończyła. A na sam koniec łuski powędrowały do góry, zbliżyły się do siebie i zapłonęły jednym, wielkim płomieniem. A wszystko w towarzystwie wspaniałej, nastrojowej muzyki. Tak więc londyński znicz wygrał u mnie praktycznie we wszystkich kategoriach: symbolika, pomysł, wartość artystyczna... Nic dodać, nic ująć...


Flame going out (4)
Na koniec zaserwuję Wam jeszcze jeden materiał z londyńskiego otwarcia, za pomocą którego organizatorzy olimpiady z 2012 roku po raz kolejny podbili moje serce. A mianowicie, Hey Jude w wykonaniu Paula McCartneya i kilkudziesięciu tysięcy widzów zgromadzonych na stadionie. Pamiętacie to jeszcze?

A jakie momenty z igrzysk Wam zapadły najbardziej w pamięci? I jak wyglądałoby wasze zestawienie olimpijskich zniczy? :)

Zobacz też:
1. Poznajcie nowe dyscypliny olimpijskie

sobota, 25 kwietnia 2015

Tragiczna ekspedycja w Australii

W sierpniu 1860 roku z Melbourne wyruszyła ekspedycja dowodzona przez Roberta Burke'a (na zdjęciu po lewej) i Williama Willsa (po prawej). Ich celem było przebycie całej Australii od wybrzeża południowego do Zatoki Karpentaria na północy. Wówczas nikt jeszcze nie spodziewał się, jak tragiczna okaże się ta wyprawa dla grupy niedoświadczonych odkrywców i jak duży wkład w tą tragedię będzie miał zwykły zbieg okoliczności.

Tracks of McKinlay and Party Across Australia 0042, R. O'Hara BurkeTracks of McKinlay and Party Across Australia 0050, William John Wills  
Wszystko zaczęło się w lipcu 1859 roku, kiedy to rząd Australii Południowej wyznaczył nagrodę dla pierwszej osoby, która przebędzie drogę z południa na północ. Na pierwszych ochotników nie trzeba było długo czekać. Wszak dla zwycięzcy przygotowano 2 000 funtów, czyli prawie milion dzisiejszych złotych.

Wyprawa Burke'a układała się początkowo bardzo dobrze. Wprawdzie dotarłszy do Menindee musiał zwolnić część towarzyszy ze względu na spory pomiędzy nimi, lecz eksploratorzy posuwali się w dobrym tempie na północ. Wtedy jednak Burke dowiedział się o konkurencyjnej wyprawie, podążającej z Adelaide w kierunku miasta Darwin, a dowodzonej przez Johna Stuarta. W tym momencie rozpoczynał się więc wyścig, a Burke i Wills nie mogli być pewni sukcesu. Uznali więc, że podzielą grupę na kilka oddziałów, z których pierwszy, złożony z dziewięciu osób, pospieszy razem z nimi w kierunku Cooper Creek. Jak się później okazało, pośpiech ten był dla badaczy zgubny.

Nicholas Chevalier - Memorandum of the Start of the Exploring Expedition, 1860
Ekspedycja wyrusza na północ.
W Cooper Creek dowódcy wyprawy pozostawili w obozie Williama Brahe'a wraz z kilkoma innymi towarzyszami i większością zapasów, a sami wyruszyli w kierunku Zatoki Karpentaria z Charlesem Grayem i Johnem Kingiem. Problem w tym, że ekspedycja była dopiero w połowie swej drogi, a do wybrzeża zostało jej kilkaset kilometrów.

Gdy odkrywcy osiągnęli swój cel i dotarli do wybrzeży Zatoki Carpentaria nie było jednak triumfalnych gestów, nie było kąpieli w morskiej wodzie i obserwacji czystego nieba. Na przeszkodzie stanęły im bowiem gęste lasy namorzynowe, niemożliwe wręcz do przebycia dla zmęczonego kilkumiesięczną wędrówką podróżnika. Czterej panowie rozpoczęli więc odwrót w kierunku Cooper Creek.

Tam czekało na nich rozczarowanie. Obóz był już opuszczony. Jak się później okazało, przekonany o śmierci swoich przełożonych Brahe, zarządził odwrót zaledwie dziewięć godzin przed przybyciem Willsa i Burke'a! Co gorsza, nieświadomi bliskości towarzysza wyprawy, obaj zarządzili podróż w kierunku Adelaide, oddalonej o ok. 250 kilometrów. Po drodze zgubili się na pustyni. Tymczasem do Cooper Creek przybył człowiek Drahe'a, który miał się przekonać, czy przypadkiem dowódcy nie wrócili. Zastał pusty obóz, więc założył, że nie, podczas gdy Burke tkwił zagubiony zaledwie kilkanaście mil dalej.
George Lambert - Burke and Wills on the Way to Mount Hopeless, 1907
Burke i Wills na drodze w kierunku Adelaide.
Ostatecznie z czwórki wędrowców przeżył tylko King, otoczony opieką przez Aborygenów i odnaleziony po kilku miesiącach przez jedną z kilku ekspedycji poszukiwawczych. Wyścig o 2 000 funtów wygrał natomiast Stuart, który dotarł do Darwin siedem miesięcy po kapitulacji Burke'a i Willsa w lasach namorzynowych Zatoki Karpentaria.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Kilka słów o futbolu

Futbol to bez wątpienia najpopularniejsza dyscyplina sportu na świecie. Problem w tym, że różnych rodzajów futbolu znamy wiele. Mamy piłkę nożną z europejskich boisk, wersje amerykańskie, kanadyjskie, australijskie, a nawet irlandzkie, wreszcie rugby union i rugby league. Czasem naprawdę trudno jest się w tym wszystkim połapać. Jakie są różnice pomiędzy poszczególnymi rodzajami futbolu? I jak to się, u licha, stało, że spośród tych wszystkich odmian sportu nazywanego z angielskiego FOOTballem, tylko w jednej piłce nożnej (amer. soccerze), gra się tak naprawdę nogą?

Zacznijmy więc od początku. Pewnie każdy z was zna zasady gry w piłkę nożną. Jak przeczytacie wyżej, wydaje się być ona jedyną odmianą futbolu, która na tą nazwę zasługuje. Okazuje się jednak, iż to właśnie zakaz używania rąk w tej grze jest pewnym zboczeniem, a nie odwrotnie. Jeszcze 150 lat temu w piłce nożnej, tak jak w każdej innej odmianie futbolu używano bowiem rąk powszechnie. Dopiero u końca XIX wieku przepisy te zmieniono. Zaskakujące, czyż nie?


Bezpośrednio z piłki nożnej, gdzieś w połowie XIX wieku narodziło się rugby union. Różnice pomiędzy jednym i drugim sportem widać gołym okiem: 15 zawodników na boisku, bramki w kształcie litery H, owalna piłka, którą możemy bez obaw trzymać w rękach. Poza tym, najważniejsza w tej grze nie jest bramka - za "gola" otrzymuje się 2-3 punkty, a za przyłożenie piłki do ziemi na polu punktowym przeciwnika (czyli leżącej najdalej w głębi części połowy przeciwnika) aż 5 punktów. Warto też dodać, że dozwolone jest powalanie zawodnika trzymającego piłkę, który w takiej sytuacji musi natychmiast tejże piłki się pozbyć.


Z rugby union pod koniec XIX wieku wyłonił się natomiast rugby league. Powodem tego podziału był... spór o przyznanie graczom czasu wolnego od pracy.  Szybko jednak w wyniku ewolucji przepisów obie odmiany rugby zaczęły się różnicować. Dziś obserwujemy więc drobne różnice w punktacji. Na boisku przebywa 13, a nie 15 graczy. Każda drużyna ma także sześć prób na zdobycie punktów, a drużyna przeciwna zdobywa piłkę dopiero po powodzeniu jednej z tych prób lub niewykorzystaniu wszystkich. Przepis ten zapożyczono z futbolu amerykańskiego, o czym za chwilkę.


Z rugby wyłonił się także futbol amerykański. W grze uczestniczy jeszcze mniej, bo tylko 11 członków. Bramka ma kształt trudny do opisania jednym słowem,  a wbicie do niej piłki - podobnie jak w rugby - da nam mniej punktów, niż przyłożenie na polu punktowym przeciwnika. Każda drużyna posiada jednak cztery próby - takie jak w rugby league - przy czym celem jest zdobycie 10 jardów z połowy przeciwnika. Jeśli nam się to uda otrzymujemy kolejne cztery próby na zdobycie kolejnych 10 jardów - i tak aż do zdobycia punktu lub niepowodzenia we wszystkich próbach.

Futbol kanadyjski jest odmianą bardzo zbliżoną do amerykańskiej. Jedne z niewielu różnic to liczba zawodników - 12 zamiast 11, długość boiska - 150 zamiast 120 jardów i liczba prób dla każdej drużyny - 3 zamiast 4. Interesującą odmianą jest natomiast futbol australijski, będący połączeniem futbolu amerykańskiego, rugby, piłki nożnej i gier aborygeńskich. Boisko jest owalne, bramka to cztery słupy, a w każdej drużynie gra 18 zawodników. Piłkę można podać poprzez odbicie - nie można jej więc rzucić. Jeśli natomiast złapiemy w powietrzu piłkę, która przeleciała minimum 15 metrów (zdaniem sędziego), otrzymamy coś na kształt rzutu wolnego. Próbę takiego złapania piłki w locie widzimy na poniższym zdjęciu.



Jeszcze dziwniejszy jest futbol irlandzki - połączenie nie tylko różnych odmian piłki nożnej, ale też - na przykład - koszykówki! Bramka jest taka, jak w piłce nożnej, ale za przerzucenie okrągłej piłki nad poprzeczką też otrzymujemy punktu. Piłkę możemy podać poprzez odbicie ręką bądź kopnięcie. Po czterech krokach musimy natomiast wykonać kozioł - ale tylko jeden!


O różnych rodzajach futbolu można mówić jeszcze wiele. Z pewnością jednak natłok informacji nie rozjaśni naszego pojęcia na temat innych jego rodzajów. ;)