Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Im więcej, tym lepiej (?), czyli o trójizbowych parlamentach

Parlament ma dwie izby. To stwierdzenie jest prawidłowe w odniesieniu do większości systemów, w tym również i polskiego. W Warszawie zbiera się Sejm i Senat, w Berlinie Bundestag i Bundesrat, w Waszyngtonie Senat i Izba Reprezentantów, w Londynie Izba Lordów i Izba Gmin. Oczywiście, na politycznej mapie świata dostrzec można też całkiem sporo jednoizbowych parlamentów. Wymieńmy na przykład Łotwę, Danię, Finlandię, Turcję, czy Nową Zelandię. Nigdzie nie znajdziemy natomiast systemu, w którym mielibyśmy do czynienia z trzema izbami. W przeszłości takie sytuacje miały jednak miejsce nadzwyczaj często...

A na pierwszy przykład takiego systemu, zwanego trikameralnym, natrafimy niezwykle łatwo. W zasadzie wystarczy sięgnąć do standardowego podręcznika historii. Zazwyczaj nie dostrzegamy nawet istnienia trzech izb kiedykolwiek w historii Polski, lecz kilkaset lat temu, za I Rzeczpospolitej, taka sytuacja naprawdę miała nad Wisłą miejsce. Mowa oczywiście o sejmie walnym, głównym organie ustawodawczym Polski i Litwy na przestrzeni XVI, XVII i XVIII wieku. Pierwszą częścią składową owego sejmu była izba poselska, w której zasiadali przedstawiciele szlachty z całego kraju. Druga nosiła miano senatu i była przeznaczona dla arcybiskupów, biskupów katolickich, wojewodów, kasztelanów oraz najważniejszych urzędników państwowych. W praktyce zasiadali w niej więc przedstawiciele najznamienitszych rodów Rzeczpospolitej. 

No i wreszcie trzecia izba. Któż mógł w niej zasiąść? Szlachta i magnaci nie, bo swoje zgromadzenia już mieli. Mieszczanie i chłopstwo też nie, gdyż do sejmowania w szlacheckiej Polsce z całą pewnością by ich nie dopuszczono. A duchowni mieli swoją reprezentację w senacie. No więc? Otóż trzecią izbą, trzecim stanem sejmującym był monarcha. Oczywiście król nie miał w sejmie zbyt dużych uprawnień - do jego obowiązków należały formalności związane z redagowaniem i publikacją ustaw. Niemniej tworzył swoją własną izbę sejmową.

Polish Sejm under the reign of Sigismund III Vasa
Wspólne obrady trzech izb sejmu walnego. W centrum, na podwyższeniu król, po jego obu stronach siedzący senatorowie, u dołu i w tle stojący posłowie.
Teraz przenieśmy się do Francji, mniej więcej w tym samym okresie. Tam funkcjonowały Stany Generalne. W przeciwieństwie do systemu polskiego, ich uprawnienia w stosunku do władcy były liche. Zdarzały się okresy po kilkadziesiąt lat, w których w ogóle ich nie zwoływano, a po 1614 r. ich działalność została całkowicie wymazana z polityki (powróciły dopiero przy okazji Rewolucji Francuskiej). Formalnie Stany Generalne składały się z trzech części - izby duchownych, izby szlachty i izby stanu trzeciego, czyli całej reszty. Ich trójizbowość jest jednak często podważana, choćby ze względu na fakt, iż często obradowały razem, a nie oddzielnie.

Estatesgeneral
Obrady Stanów Generalnych w 1789 r.
Z trikameralizmem mieliśmy we Francji do czynienia także w okresie Wielkiej Rewolucji. A konkretnie za Konsulatu (lata 1799-1804). Nie chodzi o fakt, iż wówczas na czele państwa stało trzech konsulów, a o to, że ciało ustawodawcze składało się z trzech izb. Pierwsza i najwyższa - Sénat conservateur - stała na straży konstytucji, druga - Corps législatif - głosowała nad projektami ustaw, a trzecia - Tribunat - stanowiła ciało doradcze wobec izby drugiej. Podobny system funkcjonował we Francji jeszcze po upadku konsulatu, a więc w początkach I Cesarstwa. Wówczas izby posiadały już jednak marginalne znaczenie. Bądź co bądź, wielkim panem i władcą był wtedy Napoleon Bonaparte.

Berthon - Napoléon Ier reçoit au Palais Royal de Berlin, les députés du Sénat français, le 19 novembre 1806
Napoleon Bonaparte w towarzystwie członków Sénat conservateur w 1806 roku.
Interesujący przykład trikameralizmu obserwować było można kilkadziesiąt lat temu w Republice Południowej Afryki. W II połowie XX wieku trwał tam okres Apartheidu, czyli szeroko pojętej segregacji rasowej. Segregacja ta odbiła się również na systemie politycznym kraju. W 1983 r. wprowadzono bowiem na drodze referendum trzyizbowy parlament. Pierwsza izba, zarezerwowana dla białych, składała się z 178 reprezentantów. W drugiej zasiadało 85 czarnych i kolorowych. Trzecia była przeznaczona dla 45 osób pochodzenia hinduskiego. Nie trudno zgadnąć, że pierwsza z izb była najbardziej wpływowa, a pozostałe dwie miały znaczenie marginalne. Paradoksalnie system ten zdobył sobie wielu przeciwników również w gronach zwolenników Apartheidu. Uważali oni bowiem, że czarnym nie powinno przysługiwać prawo do uczestniczenia we władzy.

Trikameralizm funkcjonował w przeszłości również w innych państwach, między innymi w Boliwii. Nie okazał się jednak systemem na tyle skutecznym, by zagościć na arenie politycznej na dłużej.

sobota, 16 maja 2015

O Polaku, który chciał przesiedlić naród do Oceanii

Z historiografii zbyt wiele się na jego temat nie dowiemy. Na rynku nie znajdziemy pozycji dotyczących wyłącznie jego i jego pomysłów, a i w w tych ogólniejszych poświęcono mu maksymalnie kilkanaście stron. Jest to jednak postać interesująca, charakteryzująca się niezwykłymi ideami, którym oddawała się w całości. Mowa o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, z pochodzenia Kurlandczyku, z sumienia Polaku.

II połowa XIX wieku, jak pamiętamy, była okresem nasilających się represji wobec Polaków, żyjących na obszarze zaborów. Wielu marzycieli poszukiwało sposobu na odrodzenie się ich państwa. Gdy niepowodzeniem kończyły się kolejne powstania na ziemiach polskich, zaczęto poszukiwać rozwiązania również za granicą. Chciano stworzyć namiastkę ojczyzny na obcej ziemi, najlepiej na innym kontynencie. Jeden z pomysłów na realizację tego zamierzenia przedstawił właśnie Wereszczyński.

Karte Neuguinea
Nowa Gwinea. Na wschód od wyspy widoczna jest Nowa Brytania, dalej (poza mapą) leży Nowa Irlandia.
Nasz idealista streścił swoje zamierzenia w Liście otwartym względem założenia osady polskiej niezależnej w Oceanii, który wydano w 1875 r. w Krakowie. Wereszczyński stwierdził na podstawie długich lektur przeróżnych książek o tematyce podróżniczej, że dogodne warunki do stworzenia Nowej Polski panują w Oceanii, przynajmniej w ówczesnych realiach politycznych. W owe rejony zaczęli się bowiem zapuszczać podróżnicy rosyjscy, tacy jak Mikołaj Mikłucho-Makłaj, co zwiastowałoby rychłą ekspansję wpływów państwa carów w tym regionie. Oczywiście nie leżało to w interesie europejskich mocarstw - Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec. Z ochotą mieliby więc poprzeć założenie na jednej z wysp polskiej kolonii, czy raczej polskiego państwa. Troszkę naiwne, ale każdy pomysł jest dobry, czyż nie?

Według Wereszczyńskiego w grę wchodziły Nowa Gwinea, Nowa Brytania i Nowa Irlandia. Wszystkie trzy leżą w pobliżu siebie, na północ, północny-wschód od Australii. Dlaczego akurat te? Dużą rolę podczas wyboru mogły odegrać liczne opisy bogactwa natury, piękna krajobrazu i przychylności tubylców, zamieszczone w pozycjach, którymi - jak wyżej wspomniano - zaczytywał się nasz marzyciel.

Na początek do Oceanii miało wyruszyć 500-1000 Polaków, najlepiej patriotów, katolików, z zaborów pruskiego i rosyjskiego. Mieliby oni założyć osadę i podłożyć podwaliny pod dalszy rozwój polskiego osadnictwa w tym regionie. W perspektywie dobrze by było, gdyby do Oceanii udało się przenieść cały naród.

Wereszczyński omawia również kwestię składu etnicznego projektowanego państwa. Dopuszcza możliwość istnienia, niewielkich co prawda, ale jednak, społeczności Czechów, Słowaków, Łużyczan, Irlandczyków, Belgów i Szwedów. Co do pierwszych trzech, motywy takiej decyzji są łatwe do ustalenia - nieposiadający własnego państwa Słowianie, żyjący w pobliżu ziem polskich, a więc w sprzyjających warunkach mogłoby szybko dojść do ich asymilacji. Irlandczycy mogli uzyskać "wstęp" do Nowej Polski zapewne dzięki temu, że są katolikami, a wówczas również nie dysponowali niepodległością. Belgowie jako katolicy - w ich przypadku pewną rolę mogła odgrywać po prostu sympatia autora. To oni przecież nie tak dawno, bo w 1830 roku sami osiągnęli niepodległość!

Do Nowej Polski wstęp miałby być całkowicie zakazany dla Niemców i Rosjan - aby pozbawić ich rządy ingerowania w wewnętrzne sprawy państwa. Pokazuje to, że Wereszczyński dokładnie przemyślał swój plan i miał pewną dozę wyczucia politycznego. Bądź co bądź, zarówno w przeszłości, jak i przyszłości, oba mocarstwa - i Niemcy, i Rosja - wielokrotnie korzystały z istnienia większych skupisk ich przedstawicieli za granicą.

Karol Estreicher by Krieger no frame
Karol Estreicher
Można wiele mówić o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, ale trzeba zwrócić także uwagę na fakt, że był w pełni oddany sprawie. Przez kilka lat bezustannie zabiegał o poparcie. Starał się wyłożyć swoje poglądy w prasie, lecz ta zazwyczaj nie drukowała jego tekstów. Wygłaszał przemówienia w różnych polskich ośrodkach, lecz przeważnie kończyły się one klęską wśród krzyków mnóstwa przeciwników. Próbował przekonać co bardziej szanowane postacie polskiej myśli narodowej, lecz ci po prostu nie zwracali na niego uwagi. Był nawet zdecydowany na poświęcenie większości swojego majątku wraz ze sporą prywatną biblioteką. I to bez skutku.

Wereszczyński zainteresował swoją osobą zaledwie nielicznych. Poparł go między innymi Karol Estreicher, twórca Bibliografii polskiej. Udało się przekonać również kilka postaci, przebywających na emigracji w Stanach Zjednoczonych, takich jak dr Henryk Korwin-Kałlusowski. Ci jednak wprowadzili do projektu Piotra Aleksandra ogromne zmiany. Stwierdzili na przykład, że lepszym miejscem pod kolonizację będzie... Kalifornia. Koniec końców plany Wereszczyńskiego nie powiodły się więc. Wielki marzyciel zmarł w 1879 r.

Projekt Piotra Aleksandra Wereszczyńskiego nie miał w zasadzie najmniejszych szans na realizację. Jego istnienie należy jednak docenić. Był to przejaw polskiego patriotyzmu i stał się elementem narodowego dorobku, narodowej dyskusji. Takie inicjatywy jak ta, mimo że nie przynoszące rzeczywistych rezultatów, pozwalały Polakom rozwijać swoje przekonania, również o tematyce patriotycznej, umożliwiały przetrwanie i rozwój polskiej świadomości narodowej.

niedziela, 3 maja 2015

4 największe klęski Zachodu z ludnością rdzenną

Kolonizacja Afryki i Azji przez Europejczyków w XIX wieku stała się niezaprzeczalnym faktem, tak jak ekspansja Stanów Zjednoczonych w kierunku zachodnim. Wydawałoby się, że przybysze ze Starego Kontynentu, posiadający znacznie większe doświadczenie i możliwości militarne, których wojsko znajdowało się na wyższym stopniu rozwoju, powinni odnosić ciągłe sukcesy w walkach z ludnością rdzenną. Jednak podczas ich kampanii wielokrotnie dochodziło do spektakularnych porażek, na które składało się wiele czynników. Jakie są największe z nich? O których kolonizatorzy nie zapomnieli na długo?

4. Masakra Fettermana
Po zakończeniu wojny secesyjnej Amerykanie nie mieli dużo czasu na odpoczynek. Niemal natychmiast na zachodzie wybuchły liczne wojny z Indianami. Jedną z nich była tzw. Wojna Czerwonej Chmury, od imienia indiańskiego wodza z plemienia Dakotów. Wojna ta sprowokowana została przez przybycie amerykańskich poszukiwaczy złota na obszary łowieckie Indian. W początkowej fazie walk, rdzenni mieszkańcy tych ziem skupili swoje działania w rejonie Fortu Kearny. 21 grudnia 1866 wciągnęli w zasadzkę niewielki, liczący ok. 80 żołnierzy oddział pod dowództwem kapitana Williama Fettermana. Mieli ogromną przewagę nad swoimi przeciwnikami - było ich przeszło 2 000. W rezultacie amerykańskie "siły" zostały rozgromione, z życiem nie uszedł ani jeden wojak. A straty Indian wyniosły mniej więcej kilkunastu ludzi. Wydarzenie to jest odtąd znane jako masakra Fettermana, jedna z niewielu bitew w historii USA, z której żywy nie powrócił żaden amerykański żołnierz. Wojna trwała jeszcze kilkanaście miesięcy i - mimo porażek Czerwonej Chmury - zakończyła się sukcesem Indian.

Fetterman massacre II
3. Bitwa pod Isandlwana
W 1879 roku wybuchła pomiędzy Brytyjczykami a Zulusami wojna w południowo-wschodniej Afryce. Siły brytyjskie pod wodzą lorda Chelmsforda, liczące 4 000 żołnierzy, szybko wkroczyły na obszary kontrolowane przez afrykański lud i zmierzały w kierunku jego stolicy - Ulundi. Brytyjczycy rozbili obóz u stóp szczytu Isandlwana, nie zdając sobie sprawy, że zmierza już w ich kierunku przeszło 20-tysięczna armia Zulusów. Ponadto, Chlmsford zignorował zagrożenie ze strony przeciwnika. Uznał, że bez kłopotu poradzi sobie z siłami prymitywnego ludu, nawet jeśli będzie dysponował kilkukrotnie mniejszymi siłami. Dlatego nie trudził się nawet budową umocnień wokół obozu.

Jeszcze większy błąd Chelmsford popełnił, gdy podzielił swoje siły na dwie części i sam stanął na czele liczącego 2 500 żołnierzy oddziału, który wyruszył w pogoni za Zulusami, odciągającymi go jedynie od swoich głównych sił. W obozie pozostał niecały tysiąc sprawnych żołnierzy. Sprawiło to, że bitwa 22 stycznia zakończyła się całkowitą klęską sił brytyjskich. Wydarzenie to skłoniło Brytyjczyków do reorganizacji swojej armii, co pozwoliło im jeszcze w lipcu tego samego roku zwyciężyć walecznych Zulusów.

Isandhlwana
2. Bitwa pod Aduą
Kolejną wielką porażką kolonizatorów jest bitwa pod Aduą, rozegrana 1 marca 1896 r. pomiędzy siłami Włoch i Cesarstwa Etiopii. Trzeba przyznać, że Rzym wybrał sobie trudnego przeciwnika, znacznie potężniejszego od Indian, czy Zulusów. Etiopczycy posiadali bowiem ogromną armię (w wojnie wzięło udział po ich stronie przeszło 100 000 żołnierzy), a także dysponowali artylerią. Dlatego też starcie z nimi 17-tysięcznej armii Oreste Baratieriego zakończyło się dla Włocha kompletną porażką, a Etiopia pozostała - jako jedna z niewielu w Afryce - niepodległym państwem.

Adoua 1
1. Little Bighorn
Poprzednie trzy zaprezentowane starcia, mimo znacznych różnic w charakterze walki, jej lokalizacji, czy możliwościach ich stron, łączyła jedna cecha - we wszystkich strona Europejczyków tudzież Amerykanów dysponowała siłami wielokrotnie mniejszymi od ludności rdzennej. Porażka często wynikała właśnie z faktu, że Indian, Zulusów, czy Etiopczyków było po prostu więcej. Zupełnie inne oblicze prezentuje natomiast jedna z najsłynniejszych bitew w dziejach Stanów Zjednoczonych, a mianowicie starcie pod Little Bighorn.  Siły amerykańskie liczące przeszło 600 ludzi poniosły bowiem sromotną klęskę z Indianami, których czynnie zaangażowanych w walki było około 1 000, a więc niewiele więcej. 

Najbardziej kojarzony z tą wielką porażką jest podpułkownik George A. Custer. Należy jednak podkreślić, że duże znaczenie poza nadmierną ambicją i przeświadczeniem o swojej sile tego oficera, miał niefortunny podział sił amerykańskich na wiele mniejszych oddziałów, które podczas 25 czerwca 1876 roku nie potrafiły nawiązać kontaktu między sobą i - w rezultacie - dostosować własnych działań do potrzeby chwili.
Edgar Samuel Paxson - Custer's Last Stand

sobota, 25 kwietnia 2015

Tragiczna ekspedycja w Australii

W sierpniu 1860 roku z Melbourne wyruszyła ekspedycja dowodzona przez Roberta Burke'a (na zdjęciu po lewej) i Williama Willsa (po prawej). Ich celem było przebycie całej Australii od wybrzeża południowego do Zatoki Karpentaria na północy. Wówczas nikt jeszcze nie spodziewał się, jak tragiczna okaże się ta wyprawa dla grupy niedoświadczonych odkrywców i jak duży wkład w tą tragedię będzie miał zwykły zbieg okoliczności.

Tracks of McKinlay and Party Across Australia 0042, R. O'Hara BurkeTracks of McKinlay and Party Across Australia 0050, William John Wills  
Wszystko zaczęło się w lipcu 1859 roku, kiedy to rząd Australii Południowej wyznaczył nagrodę dla pierwszej osoby, która przebędzie drogę z południa na północ. Na pierwszych ochotników nie trzeba było długo czekać. Wszak dla zwycięzcy przygotowano 2 000 funtów, czyli prawie milion dzisiejszych złotych.

Wyprawa Burke'a układała się początkowo bardzo dobrze. Wprawdzie dotarłszy do Menindee musiał zwolnić część towarzyszy ze względu na spory pomiędzy nimi, lecz eksploratorzy posuwali się w dobrym tempie na północ. Wtedy jednak Burke dowiedział się o konkurencyjnej wyprawie, podążającej z Adelaide w kierunku miasta Darwin, a dowodzonej przez Johna Stuarta. W tym momencie rozpoczynał się więc wyścig, a Burke i Wills nie mogli być pewni sukcesu. Uznali więc, że podzielą grupę na kilka oddziałów, z których pierwszy, złożony z dziewięciu osób, pospieszy razem z nimi w kierunku Cooper Creek. Jak się później okazało, pośpiech ten był dla badaczy zgubny.

Nicholas Chevalier - Memorandum of the Start of the Exploring Expedition, 1860
Ekspedycja wyrusza na północ.
W Cooper Creek dowódcy wyprawy pozostawili w obozie Williama Brahe'a wraz z kilkoma innymi towarzyszami i większością zapasów, a sami wyruszyli w kierunku Zatoki Karpentaria z Charlesem Grayem i Johnem Kingiem. Problem w tym, że ekspedycja była dopiero w połowie swej drogi, a do wybrzeża zostało jej kilkaset kilometrów.

Gdy odkrywcy osiągnęli swój cel i dotarli do wybrzeży Zatoki Carpentaria nie było jednak triumfalnych gestów, nie było kąpieli w morskiej wodzie i obserwacji czystego nieba. Na przeszkodzie stanęły im bowiem gęste lasy namorzynowe, niemożliwe wręcz do przebycia dla zmęczonego kilkumiesięczną wędrówką podróżnika. Czterej panowie rozpoczęli więc odwrót w kierunku Cooper Creek.

Tam czekało na nich rozczarowanie. Obóz był już opuszczony. Jak się później okazało, przekonany o śmierci swoich przełożonych Brahe, zarządził odwrót zaledwie dziewięć godzin przed przybyciem Willsa i Burke'a! Co gorsza, nieświadomi bliskości towarzysza wyprawy, obaj zarządzili podróż w kierunku Adelaide, oddalonej o ok. 250 kilometrów. Po drodze zgubili się na pustyni. Tymczasem do Cooper Creek przybył człowiek Drahe'a, który miał się przekonać, czy przypadkiem dowódcy nie wrócili. Zastał pusty obóz, więc założył, że nie, podczas gdy Burke tkwił zagubiony zaledwie kilkanaście mil dalej.
George Lambert - Burke and Wills on the Way to Mount Hopeless, 1907
Burke i Wills na drodze w kierunku Adelaide.
Ostatecznie z czwórki wędrowców przeżył tylko King, otoczony opieką przez Aborygenów i odnaleziony po kilku miesiącach przez jedną z kilku ekspedycji poszukiwawczych. Wyścig o 2 000 funtów wygrał natomiast Stuart, który dotarł do Darwin siedem miesięcy po kapitulacji Burke'a i Willsa w lasach namorzynowych Zatoki Karpentaria.