Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

Najdziwniejsze pomysły I wojny światowej

W 1914 roku rozgorzał na dobre jeden z największych konfliktów zbrojnych w dziejach, I wojna światowa, na zachodzie zwana częściej Wielką Wojną. Na cztery lata z okładem europejskie i światowe mocarstwa pogrążyły się w bezskutecznej i - w dużej mierze - bezsensownej walce na wszystkich możliwych do zorganizowania frontach. Już w pierwszych miesiącach wojny walki przerodziły się w coś, co nazywamy wojną okopową. Innymi słowy, miliony żołnierzy na długi czas utknęło w rozbudowanych do granic możliwości systemach umocnień, których zdobycie było praktycznie niemożliwe. Raz po raz jednej ze stron udało się zdobyć odrobinę terenu, lecz straty w ludziach z tym związane były ogromne. Obie strony konfliktu - ententa z Francją, Wielką Brytanią i Rosją na czele, oraz państwa centralne, tworzone przez Niemcy, Austro-Węgry, Bułgarię i Turcję - starały się więc pokonać, zmylić lub zaskoczyć przeciwnika na wszelkie możliwe sposoby. Czasem ich pomysły, choć wzięte z kosmosu, spisywały się naprawdę wspaniale. Często bywało jednak i tak, że takie kreatywne idee nadawały się tylko do bajek z gatunku science-fiction. Przyjrzyjmy się najciekawszym spośród owych pomysłów.

1. Wieża Eiffla również walczy.
Wieża Eiffla była w okresie I wojny światowej najwyższym budynkiem na świecie, a status ten miała utrzymać jeszcze na wiele lat po zakończeniu konfliktu. Francuzi nie mogli nie wykorzystać posiadania w swej stolicy takiego skarbu. Jak się okazało, konstrukcja była niezwykle przydatna w prowadzeniu działań zbrojnych. Na jej szczycie umieszczono centrum radiotelegraficzne, które zapewniało siłom francuskim kontakt z oddziałami w różnych częściach kraju. Nie to było jednak najważniejsze. Zlokalizowany na wieży ogromny odbiornik radiowy podczas wielkich ofensyw Niemiec (a właściwie II Rzeszy) emitował niezwykle silne sygnały o określonej częstotliwości, zagłuszając tym samym skutecznie wszelkie informacje, jakie niemieckie dowództwo chciało przekazać drogą radiową swoim oddziałom na froncie. W ten sposób udało się na przykład zapobiec francuskiej klęsce w bitwie nad Marną, we wrześniu 1914 roku.
Rezultat: Sukces
Tour Eiffel 3b40739
Wieża Eiffla w roku 1889.
2. Taksówkarze na froncie.
We wrześniu 1914 roku trwała niemiecka ofensywa w kierunku Paryża. Siły II Rzeszy nieubłaganie zbliżały się do stolicy Francji, a oddziały francuskie, znajdujące się wówczas na kilkadziesiąt kilometrów od miasta, były zbyt małe na efektywną obronę. Ze względu na nieuchronnie zbliżające się wielkie starcie z armią niemiecką, główni dowódcy sił francuskich, Joseph Joffre oraz Joseph Gallieni, zdecydowali się na krok wprost niezwykły. W jak najszybszym czasie zmobilizowali około sześciuset paryskich taksówek. Większość spośród ich właścicieli oddała je dobrowolnie w przypływie patriotyzmu, pozostałe zostały po prostu skonfiskowane. Przy pomocy owych taksówek, 7 września przetransportowano na front kilka tysięcy gotowych do boju żołnierzy. Według specjalistów zabieg ten mógł przeważyć o sukcesie Francuzów nad Marną.
Rezultat: Sukces
Taxi Renault G7 Paris FRA 001
Taksówki uczestniczące w walce w 1914 roku nazwane zostały mianem "Taxis de la Marne". Ich producentem
była firma Renault.
3. Im wyżej, tym lepiej.
I wojna światowa kojarzy się zazwyczaj z okopami, błotem i mnóstwem drutu kolczastego rozrzuconego po równinach i wyżynach północno-wschodniej Francji. Zapominamy tymczasem, że wojna toczyła się także na innych frontach, z których jednym z najbardziej spektakularnych był front włoski, a konkretnie - alpejski. Walki trwały również w najwyższych partiach gór, co wiązać się musiało z przeróżnymi trudnościami. Aby zapewnić sobie panowanie nad określonym obszarem należało po pierwsze zdobyć szczyt nad nim górujący, a po drugie wtoczyć na niego amunicję i uzbrojenie. Dzięki temu można było ostrzeliwać nieprzyjaciół w całej okolicy, gdyż kule tak czy siak polecą w dół, ale w przeciwnym kierunku - już niekoniecznie. Dlatego też nawet te najwyższe masywy stały się domem dla ogromnych wprost dział. Rekordem w tej materii było działo kalibru 149 mm, wciągnięte na szczyt Ortler przez Austriaków. Dla uświadomienia sobie trudności przedsięwzięcia należy podkreślić, że góra ta ma prawie 4000 metrów wysokości n.p.m., a działa tego typu ważą nierzadko po kilkadziesiąt ton!
Rezultat: Sukces
L'Ortler
Szczyt Ortler - wyższy o prawie 1,5 kilometra od polskich Rysów.
4. Superdziało
Jeżeli chodzi o artylerię, to Niemcy podczas I wojny światowej byli megalomanami. Niezwykłego uzbrojenia dostarczały im prężnie rozwijające się zakłady Kruppa. Już w pierwszych dniach wojny zadziwili Belgów użyciem monstrualnych dział, tak zwanych Grubych Bert (od imienia żony Kruppa), które w ciągu kilkunastu godzin potrafiły obrócić w proch ich potężne twierdze. Na tym się jednak nie skończyło. W ostatnich fazach wojny, latem 1918 roku, Niemcy użyli do ostrzelania Paryża prawdziwych superdział, określanych również mianem dział paryskich. "Potwory" te ważyły kilkaset ton, były obsługiwane przez kilkadziesiąt ludzi i wystrzeliwały raz na piętnaście minut ważące tonę pociski na odległość 120 kilometrów. Koniec końców działa owe okazały się bronią nie taką idealną. Celność znajdowała się na tak niskim poziomie, że spośród przeszło 300 pocisków wystrzelonych z superdział, mniej więcej połowa uderzyła w obręb, bądź co bądź nie takiego małego, Paryża. Ponadto, koszty utrzymania owych dział przekraczały wszelkie granice. Po jakiś 20 strzałach połowa mechanizmu była już bowiem tak sfatygowana, że nadawała się tylko do wymiany.
Rezultat: Niezbyt skuteczne
Parisgesch1
Paryskie superdziało transportowane było przy pomocy kolei.
5. Zbudujmy drugi Paryż!
Wraz z rozwojem technologicznym w czasie I wojny światowej pojawiło się zupełnie nowe zagrożenie - samoloty. Nowiuśki wynalazek został przez strony walczące wykorzystany na szereg możliwych sposobów, a wśród nich - poprzez organizowanie bombardowań. Naloty na najważniejsze miasta Europy, w tym również i Paryż, siały przerażenie wśród ich mieszkańców i powodowały mnóstwo strat materialnych. Myśliciele zaczęli więc szukać sposobów na oszukanie wroga. Jeden z nich był doprawdy niezwykle oryginalny. Francuzi postanowili bowiem... zbudować replikę swojej stolicy, przesuniętą nieco na północ od "oryginału"! Odtworzyli w niej wszystkie szczegóły, jakie tylko mogli, a przy okazji oświetlili całość mnóstwem lamp. Prawdziwy Paryż pozostawał tymczasem zakamuflowany przy pomocy organizowania zaciemnień. Wydawało się, że rezultaty będą wspaniałe, lecz niemieccy piloci dość szybko zauważyli fortel przeciwnika. Koniec końców, nawet najlepsza kopia nie jest lepsza od oryginału...
Rezultat: Klapa
Zeppelin-Paris
Bombardowania niemieckie spowodowały w Paryżu wiele szkód.
Na zdjęciu krater po uderzeniu bomby zrzuconej przez sterowiec, tzw. zeppelin.
6. Ptaki bombowe
Na koniec bodajże najbardziej kuriozalny ze wszystkich pomysłów, jakie tylko wojenni myśliciele mogli stworzyć. Nie dziwi zbytnio fakt, iż jego autorami są Brytyjczycy. Wszak to oni byli najbardziej zdeterminowani w urzeczywistnianiu nierzeczywistego, przy czym raz im się udawało, a innym razem nie. W tym przypadku musieli ponieść druzgocącą porażkę. Stwierdzili bowiem, że można by nauczyć kormorany nalotów na niemieckie pozycje. Ptaki miały otrzymywać ładunek wybuchowy, przenosić go o kilka kilometrów, a następnie detonować nad głowami przeciwnika. Na szczęście dla kormoranów, pomysł nie wypalił - dosłownie i w przenośni.
Rezultat: Klapa albo żart
Cormorant (Phalacrocorax carbo) (8210278077)
Kormoran - obiekt zainteresowania angielskich myślicieli.
Sześć najciekawszych pomysłów I wojny światowej za nami. Co o nich sądzicie? Które wzbudzają Wasz podziw, a które wręcz przeciwnie - śmiech? ;)

Zobacz też:
1. Stany Zjednoczone. Kraj, który lubi wprowadzać w błąd

wtorek, 14 lipca 2015

Ciut więcej niż 300

Historia nie zawsze jest taka, za jaką ją uważamy. Podczas odkrywania dziejów naszych przodków, a tym bardziej zamierzchłych przodków tych przodków, natrafiamy nierzadko na liczne przeszkody, które skutecznie modyfikują naszą wiedzę na dany temat. Figle płatają nam zbiorowa podświadomość, popkultura, tradycja, a nawet... źródła historyczne. W rezultacie istnieje wiele takich niewątpliwie ważnych momentów w historii ludzkości, o których nie możemy powiedzieć nic pewnego, i nawet najlepsi specjaliści są w stanie tylko i wyłącznie pozostać w sferze domysłów. Jednym z najciekawszych spośród wszystkich takich przypadków, jest znana zapewne wszystkim opowieść o 300 Spartanach walczących z Persami pod Termopilami. No właśnie... 300?
Jacques-Louis David 004 Thermopylae
Bitwa pod Termopilami w wyobrażeniach Jacques-Louis Davida
Podczas badań nad bitwą pod Termopilami historycy opierają się głównie na relacjach starożytnych dziejopisów. Wśród nich największe wzięcie mają trzy postacie: Herodot, Eforos oraz Diodor Sycylijski. Jest tylko jeden problem. Bitwa miała miejsce w 480 r. p.n.e. (to wiemy). Herodot miał wówczas cztery lata, do narodzin Eforosa pozostało lat 200, a życie Diodora przypada na okres późniejszy aż o cztery wieki. Oznacza to, że każdy z tych trzech historyków korzystał podczas wzmiankowania Termopil nie z własnego doświadczenia, a z relacji innych ludzi - nie wiemy jakich. A relacje te mogły być delikatnie mówiąc nieco zmodyfikowane...

Niemniej można z całą pewnością stwierdzić, że opowieść o 300 Spartanach to tylko połowa prawdy. Druga połowa pojawia się co prawda w twierdzeniach wymienionych wyżej historyków, lecz dzięki licznym zabiegom ludzie po prostu o niej zapomnieli. Ilu więc było obrońców Termopil?

Zacznijmy od tego, że Spartan rzeczywiście było plus minus 300. Zgodnie z dosyć prawdopodobnymi relacjami Herodota, nie byli jednak sami. Towarzyszyli im wojacy z Mantinei, Tegei, Koryntu, Arkadii, Myken, Beocji, Teb i całego mnóstwa innych greckich polis. Prawdziwa międzynarodowa koalicja... Ponadto, wszystkich tych ludzi wspierało jakieś tysiąc helotów, czyli spartańskich poddanych. Okazuje się więc, że żołnierzy pod Termopilami było jakieś siedem tysięcy.

Trochę lepiej, lecz i tak niewiele. Persów po drugiej stronie wąskiego przesmyku stanęło bowiem prawie pół miliona. To niezwykle dużo nawet jak na dzisiejsze standardy. Perski władca (Kserkses) dysponował jednak bardzo dużym potencjałem ludnościowym. Jego imperium rozciągało się wówczas na obszarze połowy znanego wtedy świata. W przełożeniu na dzisiejsze standardy, Persja obejmowałaby wszystko co pomiędzy Pakistanem na wschodzie a Libią i Bułgarią na zachodzie.

Battle of Thermopylae
Mapa bitwy.
 Bitwa trwała zgodnie z przekazami aż trzy dni. Grecy umiejętnie wykorzystali nietypowe ukształtowanie terenu, dzięki czemu udało im się bronić wyjątkowo długo. A broniliby się zapewne jeszcze dłużej, gdyby nie to, że część armii perskiej obeszła ich od tyłu. Leonidas, władca Sparty odesłał wówczas do domów wszystkich mieszkańców innych polis, a sam pozostał w przesmyku na czele ze swoimi 300 Spartanami... Wróć. Nie tylko ze swoimi 300 Spartanami, bo na pozostanie w obozie zdecydowało się też jakiś 700 Tespian i 400 Teban, a także część z przytarganych ze Sparty helotów. I znów wyobrażenie o 300 wojakach okazuje się być mylne.

Bitwa nie trwała już później zbyt długo, a wszystkich obrońców wybito... I znów błąd. Nie wybito wszystkich, gdyż Tebańczycy okazali się na tyle szlachetni, że się poddali wrogowi. Oni więc trafili do niewoli.

Jak więc widzimy, historia nie zawsze jest dokładnie taka, jak nam się wydaje. Warto czasem zagłębić się w niektóre tematy, by spojrzeć na świat nieco inaczej. :)

Zobacz też:
1. O tym, jak Sobieski zdradził Polskę

niedziela, 3 maja 2015

4 największe klęski Zachodu z ludnością rdzenną

Kolonizacja Afryki i Azji przez Europejczyków w XIX wieku stała się niezaprzeczalnym faktem, tak jak ekspansja Stanów Zjednoczonych w kierunku zachodnim. Wydawałoby się, że przybysze ze Starego Kontynentu, posiadający znacznie większe doświadczenie i możliwości militarne, których wojsko znajdowało się na wyższym stopniu rozwoju, powinni odnosić ciągłe sukcesy w walkach z ludnością rdzenną. Jednak podczas ich kampanii wielokrotnie dochodziło do spektakularnych porażek, na które składało się wiele czynników. Jakie są największe z nich? O których kolonizatorzy nie zapomnieli na długo?

4. Masakra Fettermana
Po zakończeniu wojny secesyjnej Amerykanie nie mieli dużo czasu na odpoczynek. Niemal natychmiast na zachodzie wybuchły liczne wojny z Indianami. Jedną z nich była tzw. Wojna Czerwonej Chmury, od imienia indiańskiego wodza z plemienia Dakotów. Wojna ta sprowokowana została przez przybycie amerykańskich poszukiwaczy złota na obszary łowieckie Indian. W początkowej fazie walk, rdzenni mieszkańcy tych ziem skupili swoje działania w rejonie Fortu Kearny. 21 grudnia 1866 wciągnęli w zasadzkę niewielki, liczący ok. 80 żołnierzy oddział pod dowództwem kapitana Williama Fettermana. Mieli ogromną przewagę nad swoimi przeciwnikami - było ich przeszło 2 000. W rezultacie amerykańskie "siły" zostały rozgromione, z życiem nie uszedł ani jeden wojak. A straty Indian wyniosły mniej więcej kilkunastu ludzi. Wydarzenie to jest odtąd znane jako masakra Fettermana, jedna z niewielu bitew w historii USA, z której żywy nie powrócił żaden amerykański żołnierz. Wojna trwała jeszcze kilkanaście miesięcy i - mimo porażek Czerwonej Chmury - zakończyła się sukcesem Indian.

Fetterman massacre II
3. Bitwa pod Isandlwana
W 1879 roku wybuchła pomiędzy Brytyjczykami a Zulusami wojna w południowo-wschodniej Afryce. Siły brytyjskie pod wodzą lorda Chelmsforda, liczące 4 000 żołnierzy, szybko wkroczyły na obszary kontrolowane przez afrykański lud i zmierzały w kierunku jego stolicy - Ulundi. Brytyjczycy rozbili obóz u stóp szczytu Isandlwana, nie zdając sobie sprawy, że zmierza już w ich kierunku przeszło 20-tysięczna armia Zulusów. Ponadto, Chlmsford zignorował zagrożenie ze strony przeciwnika. Uznał, że bez kłopotu poradzi sobie z siłami prymitywnego ludu, nawet jeśli będzie dysponował kilkukrotnie mniejszymi siłami. Dlatego nie trudził się nawet budową umocnień wokół obozu.

Jeszcze większy błąd Chelmsford popełnił, gdy podzielił swoje siły na dwie części i sam stanął na czele liczącego 2 500 żołnierzy oddziału, który wyruszył w pogoni za Zulusami, odciągającymi go jedynie od swoich głównych sił. W obozie pozostał niecały tysiąc sprawnych żołnierzy. Sprawiło to, że bitwa 22 stycznia zakończyła się całkowitą klęską sił brytyjskich. Wydarzenie to skłoniło Brytyjczyków do reorganizacji swojej armii, co pozwoliło im jeszcze w lipcu tego samego roku zwyciężyć walecznych Zulusów.

Isandhlwana
2. Bitwa pod Aduą
Kolejną wielką porażką kolonizatorów jest bitwa pod Aduą, rozegrana 1 marca 1896 r. pomiędzy siłami Włoch i Cesarstwa Etiopii. Trzeba przyznać, że Rzym wybrał sobie trudnego przeciwnika, znacznie potężniejszego od Indian, czy Zulusów. Etiopczycy posiadali bowiem ogromną armię (w wojnie wzięło udział po ich stronie przeszło 100 000 żołnierzy), a także dysponowali artylerią. Dlatego też starcie z nimi 17-tysięcznej armii Oreste Baratieriego zakończyło się dla Włocha kompletną porażką, a Etiopia pozostała - jako jedna z niewielu w Afryce - niepodległym państwem.

Adoua 1
1. Little Bighorn
Poprzednie trzy zaprezentowane starcia, mimo znacznych różnic w charakterze walki, jej lokalizacji, czy możliwościach ich stron, łączyła jedna cecha - we wszystkich strona Europejczyków tudzież Amerykanów dysponowała siłami wielokrotnie mniejszymi od ludności rdzennej. Porażka często wynikała właśnie z faktu, że Indian, Zulusów, czy Etiopczyków było po prostu więcej. Zupełnie inne oblicze prezentuje natomiast jedna z najsłynniejszych bitew w dziejach Stanów Zjednoczonych, a mianowicie starcie pod Little Bighorn.  Siły amerykańskie liczące przeszło 600 ludzi poniosły bowiem sromotną klęskę z Indianami, których czynnie zaangażowanych w walki było około 1 000, a więc niewiele więcej. 

Najbardziej kojarzony z tą wielką porażką jest podpułkownik George A. Custer. Należy jednak podkreślić, że duże znaczenie poza nadmierną ambicją i przeświadczeniem o swojej sile tego oficera, miał niefortunny podział sił amerykańskich na wiele mniejszych oddziałów, które podczas 25 czerwca 1876 roku nie potrafiły nawiązać kontaktu między sobą i - w rezultacie - dostosować własnych działań do potrzeby chwili.
Edgar Samuel Paxson - Custer's Last Stand

sobota, 11 kwietnia 2015

Falklandy: Czego chce Argentyna?

Spór o Falklandy to jeden z najbardziej charakterystycznych konfliktów międzynarodowych na przełomie XX i XXI wieku. Jest tym bardziej niezwykły ze względu na fakt, że jedną z jego stron jest państwo zachodnioeuropejskie, a więc Wielka Brytania, a drugą - oddalona o kilkanaście tysięcy kilometrów Argentyna. Szanse tej drugiej na niebudzące reperkusji zwycięstwo w tymże sporze jest naprawdę niewielkie. Aby odpowiedzieć dlaczego, przyjrzyjmy się z bliska Falklandom.

Black-browed-albatross-Colony

Niewielki archipelag, mający powierzchnię zbliżoną do województwa świętokrzyskiego, zamieszkany przez mniej więcej 3 000 ludzi. Mimo że znajduje się w pobliżu argentyńskiego wybrzeża, jego społeczność składa się głównie z potomków europejskich kolonizatorów. Nic dziwnego zatem, iż podczas referendum, jakie przeprowadzono w 2013 roku Falklandczycy uznali, że nie ciągnie ich do Argentyny. Ba! Przy ogromnej frekwencji (92%) głosy oddało 1517 mieszkańców archipelagu, z których 1513 na pytanie, czy życzy sobie zachowania aktualnego statusu politycznego wysp, odpowiedziało "Tak", 3 odpowiedziało "Nie", a 1 oddał głos nieważny. Co więcej, według ustaleń BBC trzy głosy negatywne oddali obywatele domagający się niepodległości, a nie przyłączenia do Argentyny. Tak więc punkt dla Wielkiej Brytanii.

Z jakiegoś powodu zaistniał spór o Falklandy. W 1982 roku wybuchła tam wojna, zakończona zwycięstwem Wielkiej Brytanii, a obecnie - choć nie wspomina się o tej kwestii tak otwarcie, jak niegdyś - czuć napięcie pomiędzy oboma zaangażowanymi w konflikt państwami. Czego w takim razie chce Argentyna? Jak się okazuje, jej działania mogą być uzasadnione. Po pierwsze, Falklandy dają Wielkiej Brytanii możliwość kontrolowania sytuacji na kontynencie południowoamerykańskim. W wielu bazach rozmieszczonych na wyspie stale przebywają żołnierze, okręty marynarki wojennej, samoloty bojowe. Argentyna ma więc prawo czuć się zagrożona.

Po drugie, Falklandy, do niedawna niezbyt rozwinięte gospodarczo z hodowlą owiec jako główną gałęzią gospodarki, obecnie wydają się być naprawdę dochodowe. Ma to związek ze sporymi złożami ropy naftowej i gazu ziemnego odkrytymi w pobliżu archipelagu, które - ze względu na aktualny stan posiadania - mogą paść łupem Wielkiej Brytanii. Staje się to kolejnym bodźcem do walki o przybrzeżny archipelag dla Argentyny.

Pokazuje to, że konflikt o Falklandy będzie bardzo trudny do rozwiązania i mimo wielu lat względnego spokoju w tym regionie, może znów się zaognić w przyszłości.