Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XX wiek. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

O tym, jak Czesi wyrzucali ludzi z okien

Defenestracja to termin historyczny, który na pozór wydaje się bardzo trudny do zapamiętania i brzmi nieco zbyt naukowo, by się nim zajmować. Prawda jest oczywiście inna. Nazwa ta została bowiem zapożyczona od łacińskiego "de fenestra" ("z okna") i oznacza ni mniej ni więcej, jak wyrzucenie z okna. Jest to dość wyszukany sposób na pokazanie swojemu rywalowi, że łatwo mu z nami nie będzie, a jako metoda walki nie był zbyt często wykorzystywany. Jest jednak w Europie pewien kraj, w którym defenestracja była stosowana tak często, że urosła do rangi swego rodzaju sportu narodowego. A krajem tym jest nasz sąsiad - Czechy.
Początki tradycji wyrzucania z okien sięgają w Czechach XV wieku, a konkretnie - roku 1419. Czechy znajdowały się wówczas w przededniu wielkiej zawieruchy, którą określano później mianem wojen husyckich. Husyci byli ukształtowanym kilka lat wcześniej odłamem chrześcijaństwa, którego twórcą był wielki reformator Jan Hus. Nietrudno zgadnąć, że katolicy z husytami nie za bardzo się lubili, a i papieżowi było trochę nie w smak, że w całkiem sporym kraju w środku Europy panoszy się herezja. Oliwy do ognia dolało podstępne aresztowanie i spalenie na stosie Jana Husa w 1415 roku. Od tego czasu nastroje w Czechach zaczęły się gwałtownie radykalizować, co nieuchronnie prowadziło do eskalacji konfliktu.

30 lipca 1419 roku ulicami Pragi przeszła husycka manifestacja pod przewodnictwem duchownego Jana Żeliwskiego. Jednym z punktów pochodu stał się ratusz Nowego Miasta. Tam doszło do małej różnicy zdań pomiędzy protestującymi a miejskimi radnymi. Mała różnica zdań niebawem przerodziła się w nieco większą różnicę zdań, a ta - w pokaźnych rozmiarów bójkę. Sytuację miał jeszcze zaostrzyć kamień rzucony z okna ratusza w kierunku Żeliwskiego. Tego było już za wiele i rozgniewany tłum wypchnął z okien siedmiu katolickich rajców. Jak się później okazało, było to dobrym pretekstem do wybuchu wojen husyckich, trwających niemalże nieprzerwanie przez kolejnych 17 lat.
New town City Hall Prague
Praski ratusz, w którym w roku 1419 dokonano pierwszej defenestracji.
Staroměstská radnice, pamětní deska - Jan Želivský
Praska tablica poświęcona Janowi Żeliwskiemu.
Na pozór cała ta sytuacja wydaje się śmieszna, ale pamiętajmy, że prawda nie była zbyt różowa. Pod oknami praskiego ratusza nie rosną żadne krzaki, a ubita ziemia, czy też kostka brukowa bywają twarde. Nietrudno więc się domyślić, że los katolickich rajców był policzony. Na kolejną defenestrację nie trzeba było jednak długo czekać. Już w 1483 roku proceder powtórzono, w zasadzie z podobnych pobudek, aczkolwiek w nieco odmienionej sytuacji społecznej. Praga była wówczas bowiem nękana głodem i zarazami.

Znacznie bardziej interesująco zrobiło się natomiast w roku 1618. Całe 199 lat po pierwszej defenestracji mieszkańcy Pragi ponownie uciekli się do swojego tradycyjnego procederu. W Czechach wyznaniem dominującym był już nie tyle husytyzm, co luteranizm. Sęk w tym, że krajem władali wówczas bardzo katoliccy Habsburgowie. A trzej kolejni królowie z tego rodu, rządzący w początkach XVII wieku, a więc Rudolf II, Maciej i Ferdynand Styryjski, byli niezwykle zagorzałymi obrońcami papiestwa. Nic więc dziwnego, że na przełomie kilkudziesięciu lat Czesi podejmowali liczne próby wpłynięcia na zdecydowanie nieprzychylną im politykę monarchów.

Czara goryczy przelała się w maju 1618 roku. Ferdynand Styryjski był królem Czech od niespełna roku, lecz swoimi metodami rządzenia już zdołał poważnie zajść za skórę protestantom. Do jego ciekawszych decyzji należało wprowadzenie cenzury i wykluczenie innowierców od sprawowania co ważniejszych funkcji państwowych. 23 maja, podczas trwania zjazdu czeskich protestantów, część obradujących wyprawiła się na Zamek Królewski na Hradczanach, by pogadać na poważnie z królewskimi przedstawicielami.

Również i tym razem na pogadance się nie skończyło i niebawem z okien zamku wyfrunęło trzech urzędników: namiestnicy Vilem Slavata i Jaroslav Borita Martinitz oraz sekretarz Philipp Fabricius. Ci mieli jednak więcej szczęścia niż ich poprzednicy i wylądowali na... górze kompostu. Nie odnieśli więc nawet bardziej poważnych obrażeń. Ich "cudowne" ocalenie zostało zaś szybciutko podchwycone przez stronnictwa katolickie. Niemniej ta defenestracja praska doprowadziła do wybuchu wojny trzydziestoletniej, jednego z najbardziej wyniszczających konfliktów w historii Europy.
Defenestration-prague-1618
Defenestracja praska z 1618 roku według Matthausa Meriana, szwajcarskiego rytownika żyjącego na
przełomie XVI i XVII wieku.
Karel Svoboda Defenestrace
Defenestracja praska według Karela Svobody, czeskiego malarza XIX-wiecznego.

Prague Castle defenestration site
Fragment zamku na Hradczanach, z którego wyrzucono królewskich urzędników.
Do jeszcze jednej praskiej defenestracji dojść miało 10 marca 1948 roku, a więc w czasach odległych od opisywanych nieco wyżej. Tym razem ofiarą upadku z wysokości okazał się być Jan Masaryk, premier Czechosłowacji. Polityk reprezentował w swoim kraju stronnictwo demokratyczne, zaś do przejęcia tam władzy przez komunistów doszło ledwie kilka tygodni przed tragicznym wydarzeniem. Oficjalne śledztwo wykazało samobójstwo, lecz jak dobrze wiemy, z samobójstwami w państwach komunistycznych bywało różnie. Dlatego też nie udało się ustalić jak dotąd wersji w stu procentach prawdziwej, a zagadka pozostanie zapewne nierozwiązana.
Jan Masaryk deska
Tablica poświęcona Janowi Masarykowi, zlokalizowana w Pradze. Napis głosi: "Nastanie prawda,
ale będzie to wymagało wysiłku".
Na koniec należy jeszcze podkreślić, że defenestracje praskie nie były jedynymi, jakie kiedykolwiek miały miejsce, choć trzeba przyznać, że to właśnie stolica Czech gościła je najczęściej. Urzędnicy i arystokraci wyrzucani byli z okien także we Florencji (1478), Portugalii (1640), czy wreszcie w Kolonii (1848).

Jak Wam się podobała ta multiepokowa historyjka? Czy uważacie, że defenestracja to dobry pomysł na wypowiadanie wojny? ;)

Zobacz też:
1. To nie Kolumb odkrył Amerykę
2. O tym, jak Sobieski zdradził Polskę
3. Jak zostać królem?

piątek, 9 października 2015

Najdziwniejsze pomysły I wojny światowej

W 1914 roku rozgorzał na dobre jeden z największych konfliktów zbrojnych w dziejach, I wojna światowa, na zachodzie zwana częściej Wielką Wojną. Na cztery lata z okładem europejskie i światowe mocarstwa pogrążyły się w bezskutecznej i - w dużej mierze - bezsensownej walce na wszystkich możliwych do zorganizowania frontach. Już w pierwszych miesiącach wojny walki przerodziły się w coś, co nazywamy wojną okopową. Innymi słowy, miliony żołnierzy na długi czas utknęło w rozbudowanych do granic możliwości systemach umocnień, których zdobycie było praktycznie niemożliwe. Raz po raz jednej ze stron udało się zdobyć odrobinę terenu, lecz straty w ludziach z tym związane były ogromne. Obie strony konfliktu - ententa z Francją, Wielką Brytanią i Rosją na czele, oraz państwa centralne, tworzone przez Niemcy, Austro-Węgry, Bułgarię i Turcję - starały się więc pokonać, zmylić lub zaskoczyć przeciwnika na wszelkie możliwe sposoby. Czasem ich pomysły, choć wzięte z kosmosu, spisywały się naprawdę wspaniale. Często bywało jednak i tak, że takie kreatywne idee nadawały się tylko do bajek z gatunku science-fiction. Przyjrzyjmy się najciekawszym spośród owych pomysłów.

1. Wieża Eiffla również walczy.
Wieża Eiffla była w okresie I wojny światowej najwyższym budynkiem na świecie, a status ten miała utrzymać jeszcze na wiele lat po zakończeniu konfliktu. Francuzi nie mogli nie wykorzystać posiadania w swej stolicy takiego skarbu. Jak się okazało, konstrukcja była niezwykle przydatna w prowadzeniu działań zbrojnych. Na jej szczycie umieszczono centrum radiotelegraficzne, które zapewniało siłom francuskim kontakt z oddziałami w różnych częściach kraju. Nie to było jednak najważniejsze. Zlokalizowany na wieży ogromny odbiornik radiowy podczas wielkich ofensyw Niemiec (a właściwie II Rzeszy) emitował niezwykle silne sygnały o określonej częstotliwości, zagłuszając tym samym skutecznie wszelkie informacje, jakie niemieckie dowództwo chciało przekazać drogą radiową swoim oddziałom na froncie. W ten sposób udało się na przykład zapobiec francuskiej klęsce w bitwie nad Marną, we wrześniu 1914 roku.
Rezultat: Sukces
Tour Eiffel 3b40739
Wieża Eiffla w roku 1889.
2. Taksówkarze na froncie.
We wrześniu 1914 roku trwała niemiecka ofensywa w kierunku Paryża. Siły II Rzeszy nieubłaganie zbliżały się do stolicy Francji, a oddziały francuskie, znajdujące się wówczas na kilkadziesiąt kilometrów od miasta, były zbyt małe na efektywną obronę. Ze względu na nieuchronnie zbliżające się wielkie starcie z armią niemiecką, główni dowódcy sił francuskich, Joseph Joffre oraz Joseph Gallieni, zdecydowali się na krok wprost niezwykły. W jak najszybszym czasie zmobilizowali około sześciuset paryskich taksówek. Większość spośród ich właścicieli oddała je dobrowolnie w przypływie patriotyzmu, pozostałe zostały po prostu skonfiskowane. Przy pomocy owych taksówek, 7 września przetransportowano na front kilka tysięcy gotowych do boju żołnierzy. Według specjalistów zabieg ten mógł przeważyć o sukcesie Francuzów nad Marną.
Rezultat: Sukces
Taxi Renault G7 Paris FRA 001
Taksówki uczestniczące w walce w 1914 roku nazwane zostały mianem "Taxis de la Marne". Ich producentem
była firma Renault.
3. Im wyżej, tym lepiej.
I wojna światowa kojarzy się zazwyczaj z okopami, błotem i mnóstwem drutu kolczastego rozrzuconego po równinach i wyżynach północno-wschodniej Francji. Zapominamy tymczasem, że wojna toczyła się także na innych frontach, z których jednym z najbardziej spektakularnych był front włoski, a konkretnie - alpejski. Walki trwały również w najwyższych partiach gór, co wiązać się musiało z przeróżnymi trudnościami. Aby zapewnić sobie panowanie nad określonym obszarem należało po pierwsze zdobyć szczyt nad nim górujący, a po drugie wtoczyć na niego amunicję i uzbrojenie. Dzięki temu można było ostrzeliwać nieprzyjaciół w całej okolicy, gdyż kule tak czy siak polecą w dół, ale w przeciwnym kierunku - już niekoniecznie. Dlatego też nawet te najwyższe masywy stały się domem dla ogromnych wprost dział. Rekordem w tej materii było działo kalibru 149 mm, wciągnięte na szczyt Ortler przez Austriaków. Dla uświadomienia sobie trudności przedsięwzięcia należy podkreślić, że góra ta ma prawie 4000 metrów wysokości n.p.m., a działa tego typu ważą nierzadko po kilkadziesiąt ton!
Rezultat: Sukces
L'Ortler
Szczyt Ortler - wyższy o prawie 1,5 kilometra od polskich Rysów.
4. Superdziało
Jeżeli chodzi o artylerię, to Niemcy podczas I wojny światowej byli megalomanami. Niezwykłego uzbrojenia dostarczały im prężnie rozwijające się zakłady Kruppa. Już w pierwszych dniach wojny zadziwili Belgów użyciem monstrualnych dział, tak zwanych Grubych Bert (od imienia żony Kruppa), które w ciągu kilkunastu godzin potrafiły obrócić w proch ich potężne twierdze. Na tym się jednak nie skończyło. W ostatnich fazach wojny, latem 1918 roku, Niemcy użyli do ostrzelania Paryża prawdziwych superdział, określanych również mianem dział paryskich. "Potwory" te ważyły kilkaset ton, były obsługiwane przez kilkadziesiąt ludzi i wystrzeliwały raz na piętnaście minut ważące tonę pociski na odległość 120 kilometrów. Koniec końców działa owe okazały się bronią nie taką idealną. Celność znajdowała się na tak niskim poziomie, że spośród przeszło 300 pocisków wystrzelonych z superdział, mniej więcej połowa uderzyła w obręb, bądź co bądź nie takiego małego, Paryża. Ponadto, koszty utrzymania owych dział przekraczały wszelkie granice. Po jakiś 20 strzałach połowa mechanizmu była już bowiem tak sfatygowana, że nadawała się tylko do wymiany.
Rezultat: Niezbyt skuteczne
Parisgesch1
Paryskie superdziało transportowane było przy pomocy kolei.
5. Zbudujmy drugi Paryż!
Wraz z rozwojem technologicznym w czasie I wojny światowej pojawiło się zupełnie nowe zagrożenie - samoloty. Nowiuśki wynalazek został przez strony walczące wykorzystany na szereg możliwych sposobów, a wśród nich - poprzez organizowanie bombardowań. Naloty na najważniejsze miasta Europy, w tym również i Paryż, siały przerażenie wśród ich mieszkańców i powodowały mnóstwo strat materialnych. Myśliciele zaczęli więc szukać sposobów na oszukanie wroga. Jeden z nich był doprawdy niezwykle oryginalny. Francuzi postanowili bowiem... zbudować replikę swojej stolicy, przesuniętą nieco na północ od "oryginału"! Odtworzyli w niej wszystkie szczegóły, jakie tylko mogli, a przy okazji oświetlili całość mnóstwem lamp. Prawdziwy Paryż pozostawał tymczasem zakamuflowany przy pomocy organizowania zaciemnień. Wydawało się, że rezultaty będą wspaniałe, lecz niemieccy piloci dość szybko zauważyli fortel przeciwnika. Koniec końców, nawet najlepsza kopia nie jest lepsza od oryginału...
Rezultat: Klapa
Zeppelin-Paris
Bombardowania niemieckie spowodowały w Paryżu wiele szkód.
Na zdjęciu krater po uderzeniu bomby zrzuconej przez sterowiec, tzw. zeppelin.
6. Ptaki bombowe
Na koniec bodajże najbardziej kuriozalny ze wszystkich pomysłów, jakie tylko wojenni myśliciele mogli stworzyć. Nie dziwi zbytnio fakt, iż jego autorami są Brytyjczycy. Wszak to oni byli najbardziej zdeterminowani w urzeczywistnianiu nierzeczywistego, przy czym raz im się udawało, a innym razem nie. W tym przypadku musieli ponieść druzgocącą porażkę. Stwierdzili bowiem, że można by nauczyć kormorany nalotów na niemieckie pozycje. Ptaki miały otrzymywać ładunek wybuchowy, przenosić go o kilka kilometrów, a następnie detonować nad głowami przeciwnika. Na szczęście dla kormoranów, pomysł nie wypalił - dosłownie i w przenośni.
Rezultat: Klapa albo żart
Cormorant (Phalacrocorax carbo) (8210278077)
Kormoran - obiekt zainteresowania angielskich myślicieli.
Sześć najciekawszych pomysłów I wojny światowej za nami. Co o nich sądzicie? Które wzbudzają Wasz podziw, a które wręcz przeciwnie - śmiech? ;)

Zobacz też:
1. Stany Zjednoczone. Kraj, który lubi wprowadzać w błąd

poniedziałek, 5 października 2015

8 rzeczy, których mogłeś nie wiedzieć o Konkursie Chopinowskim

Dawno mnie nie było. Musicie mi to wybaczyć. Udało mi się uporać z różnymi przeszkodami, które stały na przeszkodzie mojemu piśmiennictwu. Mam nadzieję, że takie nieobecności już się nie powtórzą. ;) Dobrą okazją na interesujący powrót jest odbywający się właśnie 17. Konkurs Chopinowski. To wielkie święto każdego melomana wystartowało 1 października i potrwa przez najbliższe kilka tygodni. Jak się jednak okazuje, nawet nie każdy meloman poznał wszystkie niuanse powiązane z konkursem. Przyjrzyjmy się więc im z bliska.

1. Kto wymyślił Konkurs Chopinowski?
Początki Konkursu Chopinowskiego sięgają dwudziestolecia międzywojennego. Polska niedawno odzyskała niepodległość, więc był to okres dobry dla propagowania polskiego dorobku kulturowego. Jednak nie o to chodziło dwóm pomysłodawcom zorganizowania imprezy - Aleksandrowi Michałowskiemu i Jerzemu Żurawlewowi. Panowie chcieli nie tyle promować polską sztukę, ile podjąć rozważanie na jej temat, szukać młodych talentów, które grałyby Chopina jak nikt inny na całym świecie. Mimo początkowych trudności, w 1927 r. udało się zorganizować pierwszą edycję widowiska pod patronatem ówczesnego prezydenta Polski, Ignacego Mościckiego.
2nd Chopin Competition jurors and laureates
Jurorzy i laureaci 2. Konkursu Chopinowskiego z 1932 roku.
2. Dlaczego odbywa się co 5 lat?
No właśnie. Dlaczego akurat 5 lat? Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Niektóre rzeczy są takie, jakimi są, bez istotnego powodu. W tym przypadku mogło chodzić o nadanie imprezie wyjątkowego statusu, podniesienie jej prestiżu. Należy też podkreślić, że w świecie muzyki klasycznej odstępy między poszczególnymi edycjami różnych konkursów są doprawdy zróżnicowane. Barceloński konkurs im. Marii Canals odbywa się co roku, podczas gdy Konkurs Bachowski w Lipsku co dwa lata, a konkurs im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie - w cyklach czteroletnich.
1937chopin comeptition
Konkurs Chopinowski w 1937 roku.
3. A jak to wyglądało w czasach Zimnej Wojny?
Obecnie do Warszawy co pięć lat przybywają młode talenty z całego świata, od Stanów Zjednoczonych po Japonię. Ale jak to było jeszcze trzydzieści lat temu, w czasach gdy Europę przedzielała na pół Żelazna Kurtyna? Wszakże takie incydenty, jak bojkot zawodów sportowych, były wówczas normą. Czemu więc artyści z Zachodu mieliby odwiedzać Polską Rzeczpospolitą Ludową? A nawet jeśli, czy decyzje sędziów nie byłyby stronnicze? Okazuje się, że pianiści z Japonii, Stanów Zjednoczonych, Francji, czy Włoch, nie tylko wielokrotnie uczestniczyli w konkursie, ale i zajmowali w nim wysokie pozycje! W 1955 roku tryumfował na przykład Maurizio Pollini z Włoch, a dziesięć lat później jego sukces powtórzył Amerykanin Garrick Ohlsson. Można? Można.

4. Co muszę zrobić, żeby móc uczestniczyć w konkursie?
Skoro jest konkurs, to ktoś może w nim uczestniczyć. A jeśli ktoś może w nim uczestniczyć, to muszą być nakreślone jakoweś ramy owego uczestnictwa. Co więc musisz zrobić, by wystąpić na deskach Filharmonii Narodowej - dajmy na to za pięć lat? Po pierwsze, musisz spełniać kryterium wieku, które to zazwyczaj wynosi od 16 do 30 lat. Po drugie, musisz umieć grać na fortepianie. Po trzecie, musisz przysłać komisji konkursowej zgłoszenie w wyznaczonym terminie. Na podstawie tego zgłoszenia zostanie później dobranych kilkaset osób uczestniczących w eliminacjach, a po ich rozegraniu - konkursowa 80-tka. Jak wszystko na tym świecie, również i tą drogę tą można obejść, choć w niezbyt łatwy sposób. Do konkursu kwalifikują się bowiem bezpośrednio laureaci dwóch pierwszych miejsc szeregu innych zawodów pianistycznych, takich jak Międzynarodowe Konkursy Pianistyczne w Brukseli, Tel Awiwie, czy Santanderze.
Chopin Intl Piano Competition 2005
Konkurs Chopinowski w 2005 roku.
5. Co mogę zagrać?
Załóżmy, że już zakwalifikowałeś się do stawki głównej Konkursu Chopinowskiego. Teraz czeka cię kilka trudnych rund, w których będziesz musiał zaprezentować się z jak najlepszej strony. Dobrze, gdyby liczba owych rund sięgnęła czterech, bo to oznaczać będzie, że zostałeś finalistą. Utworów, które zagrasz, nie możesz jednak wybierać według własnego widzimisię. Organizatorzy tworzą zestawy utworów, z których wybierają uczestnicy na poszczególnych etapach rozgrywki. I tak, w pierwszej rundzie zagrać należy dwie etiudy, do wyboru nokturn lub trzecią etiudę oraz jeden utwór z zestawu ballad, fantazji i scherz. W drugiej rundzie na uczestników czekają już walce i polonezy, a w trzeciej sonaty, preludia i mazurki. W wielkim finale dziesiątka najlepszych uczestników zaprezentuje natomiast cały koncert (jeden z dwóch, które Chopin napisał). W tym przypadku towarzyszyć im już będzie orkiestra.

6. A co jeśli wygram?
Na zwycięzców, jak to w każdym szanującym się konkursie, czekają prestiżowe nagrody. Tryumfator otrzymuje 30 000 euro, laureat 2. miejsca - 25 000, i tak dalej. Dodatkowe premie przewidziane są dla pianistów, którzy wykonali najlepszego poloneza, mazurka, koncert i sonatę. Choć to dość górnolotne stwierdzenie, nie pieniądze są jednak najważniejsze. Zwycięzca po wygranym konkursie odbywa bowiem zawsze międzynarodowe tournee, podczas którego ma okazję zwiedzić praktycznie pół świata i zagrać na najbardziej uznanych scenach globu. Tegoroczny tryumfator odwiedzi w ten sposób Wrocław, Katowice, Birmingham, Londyn, Paryż, Tokio, Szanghaj, Kanton, Amsterdam, a także - w ramach zaproszeń pozaregulaminowych - Mexico City, Busseto, Seul, Denver, Turyn, Sofię, Pragę i Vancouver. Jest więc o co walczyć, prawda?
International Chopin Piano Competition 2010 (02)
Laureatka 1. miejsca z 2010 r., Julianna Awdiejewa, podczas Gali Laureatów.
7. Jak głosuje jury?
W jury zasiada kilkanaście osób, z reguły wielkich nazwisk w świecie muzyki klasycznej. Ich głosowanie jest dość skomplikowane i obostrzone licznymi szczegółowymi przepisami. Dlatego też przywołam wyłącznie wersję poważnie uproszczoną. A mianowicie, w pierwszych trzech rundach jurorzy przyznają każdemu uczestnikowi punkty od 1 do 25, przy czym 1 to ocena najniższa, a 25 - najwyższa. Jednocześnie formułują również swoje zdanie na temat dopuszczenia uczestnika do kolejnej rundy poprzez wpisanie na karcie głosowania "TAK" lub "NIE". Po zakończeniu przesłuchań sekretarz sumuje wyniki dla każdego uczestnika, podaje je pozostałym jurorom, a ci decydują, kogo dopuścić do kolejnego etapu. Oznacza to, że nawet najlepszy wynik w którymś z dwóch głosowań, może w teorii nie dać promocji. W finale natomiast jurorzy tworzą listy rankingowe uczestników, oceniając ich od 1 do 10, przy czym oceny 10 może uzyskać ni mniej ni więcej jak jeden pianista. Na koniec sekretarz proponuje zwycięzcę. Jeśli 2/3 jurorów go poprze, to sprawa jest już załatwiona. Jeśli nie, organizuje się głosowanie dodatkowe.

8. Kto najczęściej wygrywa?
Jak łatwo policzyć, konkurs wygrywało jak dotąd 16 pianistów. Najwięcej spośród nich pochodziło z Polski i Związku Radzieckiego. Spośród Polaków tryumfowali Halina Czerny-Stefańska, Adam Harasiewicz, Krystian Zimerman oraz Rafał Blechacz; spośród reprezentantów ZSRR laureatami 1. miejsca zostali Lew Oborin, Jakow Zak, Bella Dawidowicz oraz Stanisław Bunin. Należy jednak zauważyć, że pięć lat temu konkurs wygrała Rosjanka, Julianna Awdiejewa.
Jakow Zak1937
Jakow Zak, laureat konkursu z 1937 roku.
Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić Wam najbardziej interesujące zagadnienia związane z Konkursem Chopinowskim. Przy okazji gorąco zachęcam do przyjrzenia się rywalizacji w bardziej praktyczny sposób. Transmisje trwać będą niemalże codziennie na kanałach telewizji publicznej ;).

czwartek, 2 lipca 2015

Legendy motoryzacji

Wiele można by wymienić samochodów, które stały się z różnych względów bardzo popularne i mimo mijających stuleci, większość z nas wciąż rozpozna je pośród tysięcy innych. Niektóre z nich zabłysnęły dzięki innowacyjności, inne dzięki wyglądowi i praktyczności, a jeszcze inne - dzięki niskiej cenie. Wszystkie są znane, cenione i lubiane... choć w wielu przypadkach nie przez ich posiadaczy. Przyjrzyjmy się im. Przyjrzyjmy się legendom motoryzacji.

Pierwsza produkcja masowa
27 września 1908 roku. Świat pogrążył się w belle epoque. W ciągu kilkudziesięciu lat względnego pokoju na szeroko pojętym Zachodzie powstają kolejne nowinki techniczne: samochody, samoloty, kino, radio, telegraf... Można by tak wymieniać bez końca. Wówczas na ulice Detroit wyjechał samochód, który zmienił oblicze świata. Ford Model T. Początkowo samochód nie prezentuje jeszcze wszystkich atutów, jakimi mógł się poszczycić w późniejszych latach. Produkcja trwała 12 godzin, a cena wynosiła 950 dolarów, czyli prawie 100 tysięcy dzisiejszych złotych. Niebawem czas produkcji zaczął spadać aż do 90 minut w latach 20., a cena osiągała już maksimum 400 dolarów. Jednocześnie gwałtownie rosła produkcja - z 18 tysięcy w latach 1909-10, do prawie 800 tysięcy w latach 1916-17.

Forda T można bez przeszkód nazwać pierwszym samochodem masowym, i to nie tylko dlatego, że jego sprzedaż rosła w tak zastraszającym tempie. Było to także pierwsze auto, do którego mogliśmy kupić części zamienne. Wcześniej konieczne było wytworzenie niezbędnych elementów na zamówienie, co - rzecz jasna - kosztowało całkiem sporo. Istotna była też względna łatwość prowadzenia... przynajmniej jak na ówczesne standardy. W Modelu T zastosowano między innymi trzy pedały - jeden do jazdy w przód, jeden do jazdy w tył i jeden w roli hamulca.

1926 Ford Model T T5 Tudor (12702996805)
Ford Model T z 1926 roku.
Nasz powszedni maluszek
Fiat 126p nie był genialnym samochodem. Szybko stał się jednak samochodem kultowym. Prostota jego wykonania i niewielkie rozmiary wpływały na niską cenę, a to - na dużą popularność, szczególnie w niezbyt bogatej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Popularny Maluch nie był oczywiście pomysłem tak do końca polskim...
Produkcję Fiata 126 rozpoczęły bowiem zakłady Fiata we Włoszech. Z tamtejszych fabryk samochodziki te wyjeżdżały w latach 1972-80. Nie można powiedzieć, żeby się jakoś szczególnie przyjęły. Polacy w rekordowym tempie nabyli jednak licencję od włoskiej firmy. Już w 1973 roku z fabryki w Bielsko-Białej na polskie ulice wyruszały kolejne Maluchy. A produkcja stale rosła... W 1986 roku osiągnęła rekordowe 200 tysięcy. Później wskaźnik ten trafił jednak na równię pochyłą, aż do zawieszenia produkcji w 2000 r. Dziś nieczęsto już mamy okazję spotkać Fiata 126p, choć jeszcze kilkanaście lat temu pojazdy te były bardzo powszechne. Czekać tylko aż ceny Malucha wzrosną do sum niebotycznych ze względu na jego unikalność i zabytkowość...

Fiat 126p Cabrio during „XXX lat motoryzacji PRL” exhibition at Bonarka City Center in Kraków 2
Fiat 126p w wersji Cabrio.
Zemsta Honeckera
Zemsta Honeckera, mydelniczka, Ford karton... Wymyślono całe mnóstwo nazw na samochód zwany Trabantem. Ma on wiele cech wspólnych z Maluchem. Oba zyskały największą popularność w państwach Bloku Komunistycznego. Oba były tanie. No i oba stanowiły przez dziesięciolecia obiekt mnóstwa żartów, mimo, iż posiadała je co druga rodzina. Trabanta zaczęto produkować jednak znacznie wcześniej, bo w 1957 roku. Produkcję wstrzymano już w 1991 r. - Niemcy nie czekali z likwidacją pamiątek z przeszłości. To zadziwiające, ale po niemieckich ulicach wciąż jeszcze jeździ około 30 000 mydelniczek.
A skąd nazwa? Ta oficjalna - Trabant - została wymyślona na cześć wystrzelonego właśnie w 1957 roku satelity Sputnik. Jak wszystko więc w Bloku Wschodnim, i nazwa niemieckiego samochodu była uczczeniem Związku Radzieckiego... A z czego jest Trabant zbudowany? Oczywiście nie z tektury. Z duroplastów, czyli pewnej odmiany tworzyw sztucznych... O wytrzymałości owego materiału świadczyć może chociażby fakt, że pomysł na jego użycie niezbyt się przyjął...

Trabant P50 front
Trabant P50.
Poznaliśmy więc kilka legend motoryzacji. A właściwie poznaliśmy ich historię, bo w naszej świadomości i podświadomości samochody te krążyły od lat. A Wy jaki samochód umieścilibyście jeszcze na tej liście?

środa, 1 lipca 2015

Generała Pattona młodzieńcze przygody

W świecie historii panuje ostatnio moda na Pattona. Nie tak dawno miała premiera książki Billa O'Reilly'ego i Martina Dugarda o złowieszczym tytule Zabić Pattona (w oryginale Killing Patton). W kolejnych czasopismach publikowano artykuły dotyczące amerykańskiego generała. Doszukując się przyczyn takiego stanu rzeczy, można wspomnieć choćby o tym, iż w tym roku przypada 130. rocznica urodzin Pattona i 70. rocznica jego śmierci. Ja również przyłączam się do owej mody, choć nie będę opisywać tego, co w przypadku ekscentrycznego generała jest najszerzej komentowane i rozpowszechnione. Chciałbym natomiast przybliżyć Wam młodość Pattona.

George Smith Patton - 1944
Generał Patton w 1943 roku.
Na początek przybliżymy sobie jednak sylwetkę generała. Otóż George Smith Patton Jr. był jednym z najwybitniejszych generałów II wojny światowej. Niestety, jednocześnie jednym z najbardziej niedocenionych - a to ze względu na swoją ponadprzeciętną charyzmę i kontrowersyjne wypowiedzi. Na początku wojny praktycznie w ogóle go nie eksploatowano, później trenował w Kalifornii. Gdy wreszcie znalazł się w Europie, a konkretnie we Włoszech, musiał walczyć o względy u zwierzchników z Bernardem Law Montgomery, którego szybko znienawidził. Później został generałem... atrapy obozu, która miała przekonać Niemców o planowanym ataku aliantów na Calais. Podczas inwazji na Normandię trwał bezczynnie z dala od frontu. Dopiero przy okazji ofensywy w Ardenach objął dowodzenie nad 3. Armią. I tym razem dowództwo go jednak powstrzymywało - był po prostu za szybki w stosunku do reszty wojska. No i chciał się tłuc z nadchodzącymi z drugiej strony wojskami radzieckimi. Uznawał Związek Radziecki za państwo, które w przyszłości przysporzy aliantom tyle samo kłopotów, co w czasie II wojny światowej III Rzesza.

Eisenhower, Patton, Bradley, Hodges cph.3c35308
Spotkanie dowódców z okresu II wojnych światowej w marcu 1945 r. Od lewej: Eisenhower, Patton,
Bradley, Hodges.
Trudno się jednak dziwić, że Patton nie zyskał sobie sympatii wśród dowódców. Słynął on bowiem z ekscentrycznego zachowania, często wplątywał się we wszelkiego rodzaju afery i był po prostu "nieprzyjemnym człowiekiem". We Włoszech, w 1943 r. podobno nawoływał żołnierzy do zabicia jeńców, a także spoliczkował chorego na nerwicę okopową. Gdy docierał do wielkich rzek wraz ze swoim wojskiem miał natomiast w zwyczaju oddawanie do nich moczu, wzorem wielkich dowódców z przeszłości (dosyć zamierzchłej). Nie świadczy to tylko o jego zachowaniu, lecz także o dosyć wysokim mniemaniu o samym sobie. Być może to wszystko sprawiło, iż zginął w niejasnych okolicznościach po wypadku samochodowym. Historycy od wielu już lat doszukują się w tym wydarzeniu zamierzonej ingerencji osób trzecich.

Przejdźmy już jednak do sedna. Patton urodził się w Kalifornii i tam też się wychował. Co ciekawe, w pierwszych latach nauki miał całkiem spore trudności z przyswojeniem sobie sztuki czytania i pisania. Dziś nazwalibyśmy to dysleksją. Było to tym bardziej problemowe, że Patton lubił czytać - w zasadzie tylko pozycje związane z historią i wojskowością, ale jednak. Ostatecznie wszelkim kłopotom udało się jednak przeciwdziałać i gdy w wieku 11 lat przyszły generał wkraczał w progi Szkoły Stephena Clarka dla chłopców, był już w stanie otrzymywać całkiem przyzwoite noty.

Patton od zawsze chciał zostać tylko i wyłącznie żołnierzem. Korespondowało to z jego zainteresowaniem historią i militariami. W wieku 17 lat wysłał podanie o wstęp na akademię West Point. Tam jednak kazano mu przejść przez egzamin wstępny. Pamiętając o swojej dysleksji przyszły generał z obawy o kiepski rezultat zrezygnował na razie z renomowanej uczelni i rozpoczął dalsze poszukiwania. Ostatecznie przyjęto go do Virginia Military Institute (Instytut Wojskowy Wirginii). Po roku nauki podszedł wreszcie do egzaminu na West Point, w którym osiągnął całkiem niezły wynik, co pozwoliło mu na wstąpienie w progi słynnej uczelni.

Patton at VMI 1907
Patton w 1907 roku.
Początki nie były jednak łatwe. Patton musiał powtarzać pierwszy rok ze względu na to, że nie zdał matematyki. Później poszło już jednak z górki, dzięki czemu jego kształcenie opóźniło się tylko o 12 miesięcy. W 1909 r. opuścił mury West Point z 46. wynikiem na 103 nowych absolwentów. Przeciętnie, ale mogło być gorzej.

Istotną rolę dla Pattona odgrywał sport. Przyszły generał uwielbiał jeździectwo od najmłodszych lat życia. Będąc studentem najpierw wstąpił do drużyny piłkarskiej, później trenował szermierkę i lekkoatletykę. Jako przyszły żołnierz musiał także - rzecz jasna - dobrze strzelać. To wszechstronne wykształcenie sportowe sprawiło, iż w 1912 r. Patton stał się członkiem reprezentacji Stanów Zjednoczonych na Igrzyska Olimpijskie w Sztokholmie. Konkurencją, którą miał się zająć był pięciobój nowoczesny.

Startowało 42 zawodników. W strzelectwie Patton był dopiero 21. Później poszło już lepiej. Siódmy w pływaniu, czwarty w szermierce, szósty w jeździectwie, trzeci w biegu. Ostatecznie zajął piątą lokatę, a wyprzedzili go wyłącznie reprezentanci gospodarzy. Jak to w zwyczaju Pattona, nie obyło się bez afery. Młody żołnierz stwierdził bowiem, że podczas feralnego strzelania jeden z jego naboi wszedł w pole tarczy, które już zostało odstrzelone. Sędziowie tymczasem uznali ten strzał za nietrafiony. Oczywiście nie było wtedy możliwości challengu, lecz można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż rację miał Patton. Bądź co bądź, wśród doświadczonych strzelców nieczęsto zdarzają się tak fatalne pudła. Co gorsza, gdyby strzał Pattona zostałby uznany, w całym turnieju zająłby pozycję medalową...

1912 fencing patton and mas latrie
George Patton walczy podczas Igrzysk Olimpijskich 2012 z reprezentantem Francji, De Mas Latrie.

Sztokholm był jednym z ostatnich przejawów młodości Pattona. Później zaczęła się już aktywna służba wojskowa na różnych frontach, szczególnie podczas dwóch wojen światowych.

środa, 24 czerwca 2015

Im więcej, tym lepiej (?), czyli o trójizbowych parlamentach

Parlament ma dwie izby. To stwierdzenie jest prawidłowe w odniesieniu do większości systemów, w tym również i polskiego. W Warszawie zbiera się Sejm i Senat, w Berlinie Bundestag i Bundesrat, w Waszyngtonie Senat i Izba Reprezentantów, w Londynie Izba Lordów i Izba Gmin. Oczywiście, na politycznej mapie świata dostrzec można też całkiem sporo jednoizbowych parlamentów. Wymieńmy na przykład Łotwę, Danię, Finlandię, Turcję, czy Nową Zelandię. Nigdzie nie znajdziemy natomiast systemu, w którym mielibyśmy do czynienia z trzema izbami. W przeszłości takie sytuacje miały jednak miejsce nadzwyczaj często...

A na pierwszy przykład takiego systemu, zwanego trikameralnym, natrafimy niezwykle łatwo. W zasadzie wystarczy sięgnąć do standardowego podręcznika historii. Zazwyczaj nie dostrzegamy nawet istnienia trzech izb kiedykolwiek w historii Polski, lecz kilkaset lat temu, za I Rzeczpospolitej, taka sytuacja naprawdę miała nad Wisłą miejsce. Mowa oczywiście o sejmie walnym, głównym organie ustawodawczym Polski i Litwy na przestrzeni XVI, XVII i XVIII wieku. Pierwszą częścią składową owego sejmu była izba poselska, w której zasiadali przedstawiciele szlachty z całego kraju. Druga nosiła miano senatu i była przeznaczona dla arcybiskupów, biskupów katolickich, wojewodów, kasztelanów oraz najważniejszych urzędników państwowych. W praktyce zasiadali w niej więc przedstawiciele najznamienitszych rodów Rzeczpospolitej. 

No i wreszcie trzecia izba. Któż mógł w niej zasiąść? Szlachta i magnaci nie, bo swoje zgromadzenia już mieli. Mieszczanie i chłopstwo też nie, gdyż do sejmowania w szlacheckiej Polsce z całą pewnością by ich nie dopuszczono. A duchowni mieli swoją reprezentację w senacie. No więc? Otóż trzecią izbą, trzecim stanem sejmującym był monarcha. Oczywiście król nie miał w sejmie zbyt dużych uprawnień - do jego obowiązków należały formalności związane z redagowaniem i publikacją ustaw. Niemniej tworzył swoją własną izbę sejmową.

Polish Sejm under the reign of Sigismund III Vasa
Wspólne obrady trzech izb sejmu walnego. W centrum, na podwyższeniu król, po jego obu stronach siedzący senatorowie, u dołu i w tle stojący posłowie.
Teraz przenieśmy się do Francji, mniej więcej w tym samym okresie. Tam funkcjonowały Stany Generalne. W przeciwieństwie do systemu polskiego, ich uprawnienia w stosunku do władcy były liche. Zdarzały się okresy po kilkadziesiąt lat, w których w ogóle ich nie zwoływano, a po 1614 r. ich działalność została całkowicie wymazana z polityki (powróciły dopiero przy okazji Rewolucji Francuskiej). Formalnie Stany Generalne składały się z trzech części - izby duchownych, izby szlachty i izby stanu trzeciego, czyli całej reszty. Ich trójizbowość jest jednak często podważana, choćby ze względu na fakt, iż często obradowały razem, a nie oddzielnie.

Estatesgeneral
Obrady Stanów Generalnych w 1789 r.
Z trikameralizmem mieliśmy we Francji do czynienia także w okresie Wielkiej Rewolucji. A konkretnie za Konsulatu (lata 1799-1804). Nie chodzi o fakt, iż wówczas na czele państwa stało trzech konsulów, a o to, że ciało ustawodawcze składało się z trzech izb. Pierwsza i najwyższa - Sénat conservateur - stała na straży konstytucji, druga - Corps législatif - głosowała nad projektami ustaw, a trzecia - Tribunat - stanowiła ciało doradcze wobec izby drugiej. Podobny system funkcjonował we Francji jeszcze po upadku konsulatu, a więc w początkach I Cesarstwa. Wówczas izby posiadały już jednak marginalne znaczenie. Bądź co bądź, wielkim panem i władcą był wtedy Napoleon Bonaparte.

Berthon - Napoléon Ier reçoit au Palais Royal de Berlin, les députés du Sénat français, le 19 novembre 1806
Napoleon Bonaparte w towarzystwie członków Sénat conservateur w 1806 roku.
Interesujący przykład trikameralizmu obserwować było można kilkadziesiąt lat temu w Republice Południowej Afryki. W II połowie XX wieku trwał tam okres Apartheidu, czyli szeroko pojętej segregacji rasowej. Segregacja ta odbiła się również na systemie politycznym kraju. W 1983 r. wprowadzono bowiem na drodze referendum trzyizbowy parlament. Pierwsza izba, zarezerwowana dla białych, składała się z 178 reprezentantów. W drugiej zasiadało 85 czarnych i kolorowych. Trzecia była przeznaczona dla 45 osób pochodzenia hinduskiego. Nie trudno zgadnąć, że pierwsza z izb była najbardziej wpływowa, a pozostałe dwie miały znaczenie marginalne. Paradoksalnie system ten zdobył sobie wielu przeciwników również w gronach zwolenników Apartheidu. Uważali oni bowiem, że czarnym nie powinno przysługiwać prawo do uczestniczenia we władzy.

Trikameralizm funkcjonował w przeszłości również w innych państwach, między innymi w Boliwii. Nie okazał się jednak systemem na tyle skutecznym, by zagościć na arenie politycznej na dłużej.

sobota, 14 marca 2015

Nagroda Nobla, czyli USA vs reszta świata

O Nagrodach Nobla słyszał chyba każdy. Na mocy swojego testamentu ustanowił je Alfred Nobel, szwedzki przedsiębiorca, który zdobył światową sławę dzięki swojemu wynalazkowi - dynamitowi. Od 1901 roku najwybitniejsi medycy, chemicy, fizycy oraz literaci, a także działacze na rzecz światowego pokoju, rokrocznie zostają dofinansowani pokaźną sumką (8 milionów koron szwedzkich, a więc około 3,5 miliona złotych polskich). Zapewne mało kto zastanawiał się jednak, dokąd trafiają te pieniądze. Bądź co bądź, każdy noblista reprezentuje jakieś państwo. Skąd pochodzą więc laureaci największej ilości nagród? Czy znaleźć ich możemy również w egzotycznych częściach świata?
AlfredNobel adjusted
Na początek musimy jednak coś ustalić. Załóżmy, że w naszych rozważaniach nie weźmiemy pod uwagę Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jako tej niechcianej przez samego twórcę fundacji, a jakoby "na siłę" wciśniętej do systemu przez ambitnych działaczy.

Gdy już mamy za sobą tę drobną formalność, możemy przejść do rzeczy, a mianowicie - cofnąć się do lat 30. XX wieku. Wtedy wydawało się jeszcze, iż to europejskie państwa zdominują kolejne ceremonie rozdania Nagród Nobla. Wśród kilkudziesięciu laureatów w każdej dziedzinie, blisko połowę stanowili bowiem przedstawiciele trzech potęg - Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Chyba tylko nagroda pokojowa charakteryzowała się większą różnorodnością narodowościową. Ale i tu możemy natrafić na postaci nie tyle z Niemiec, a z... Trzeciej Rzeszy! Przy czym postać ta - Carl von Ossietzky - była więźniem obozu koncentracyjnego i - jak można przewidzieć - nie miała szans na wycieczkę do Szwecji.

Jakże różne wydają się te statystyki w porównaniu do aktualnych! Ostatnie kilkadziesiąt lat należało pod względem nauki do Stanów Zjednoczonych, co obrazuje także liczba nagrodzonych Noblem mieszkańców tego państwa. USA wydały bowiem na świat blisko 300 laureatów prestiżowej nagrody. Amerykanie po prostu zdominowali każde kolejne rozdania Nobli. Na zobrazowanie tego faktu posłuży przykład lat 1993-1998, kiedy to nagrodę w dziedzinie fizyki zdobywał każdego roku przynajmniej jeden naukowiec ze Stanów Zjednoczonych. Daleko w tyle pozostały Wielka Brytania (ok. 100 nagród), Niemcy (ok. 85), czy Francja (ok. 55).

Jednak gdy przyjrzymy się noblowskiej mapie świata, możemy łatwo spostrzec, iż nagroda wielokrotnie trafiała do regionów nieco egzotycznych. Rzecz jasna zazwyczaj takie sytuacje miały miejsce w dziedzinie pokojowej, wśród laureatów której można wymienić Liberyjki Leymah Gbowee i Ellen Johnson-Sirleaf, Jose Ramos-Hortę z Timoru Wschodniego, czy Gwatemalkę Rigobertę Tum.

Gwoli ścisłości warto jeszcze dodać, iż wśród laureatów Nagrody Nobla są dwaj specyficzni bezpaństwowcy. A mianowicie - Unia Europejska oraz Organizacja Narodów Zjednoczonych. Może więc uznamy, że laureatami zostały również wszystkie państwa członkowskie, a więc - w przypadku ONZ - wszystkie państwa świata? Wtedy wszyscy będą zadowoleni...

Zobacz też:
1. Życie na Grenlandii