czwartek, 2 lipca 2015

Legendy motoryzacji

Wiele można by wymienić samochodów, które stały się z różnych względów bardzo popularne i mimo mijających stuleci, większość z nas wciąż rozpozna je pośród tysięcy innych. Niektóre z nich zabłysnęły dzięki innowacyjności, inne dzięki wyglądowi i praktyczności, a jeszcze inne - dzięki niskiej cenie. Wszystkie są znane, cenione i lubiane... choć w wielu przypadkach nie przez ich posiadaczy. Przyjrzyjmy się im. Przyjrzyjmy się legendom motoryzacji.

Pierwsza produkcja masowa
27 września 1908 roku. Świat pogrążył się w belle epoque. W ciągu kilkudziesięciu lat względnego pokoju na szeroko pojętym Zachodzie powstają kolejne nowinki techniczne: samochody, samoloty, kino, radio, telegraf... Można by tak wymieniać bez końca. Wówczas na ulice Detroit wyjechał samochód, który zmienił oblicze świata. Ford Model T. Początkowo samochód nie prezentuje jeszcze wszystkich atutów, jakimi mógł się poszczycić w późniejszych latach. Produkcja trwała 12 godzin, a cena wynosiła 950 dolarów, czyli prawie 100 tysięcy dzisiejszych złotych. Niebawem czas produkcji zaczął spadać aż do 90 minut w latach 20., a cena osiągała już maksimum 400 dolarów. Jednocześnie gwałtownie rosła produkcja - z 18 tysięcy w latach 1909-10, do prawie 800 tysięcy w latach 1916-17.

Forda T można bez przeszkód nazwać pierwszym samochodem masowym, i to nie tylko dlatego, że jego sprzedaż rosła w tak zastraszającym tempie. Było to także pierwsze auto, do którego mogliśmy kupić części zamienne. Wcześniej konieczne było wytworzenie niezbędnych elementów na zamówienie, co - rzecz jasna - kosztowało całkiem sporo. Istotna była też względna łatwość prowadzenia... przynajmniej jak na ówczesne standardy. W Modelu T zastosowano między innymi trzy pedały - jeden do jazdy w przód, jeden do jazdy w tył i jeden w roli hamulca.

1926 Ford Model T T5 Tudor (12702996805)
Ford Model T z 1926 roku.
Nasz powszedni maluszek
Fiat 126p nie był genialnym samochodem. Szybko stał się jednak samochodem kultowym. Prostota jego wykonania i niewielkie rozmiary wpływały na niską cenę, a to - na dużą popularność, szczególnie w niezbyt bogatej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Popularny Maluch nie był oczywiście pomysłem tak do końca polskim...
Produkcję Fiata 126 rozpoczęły bowiem zakłady Fiata we Włoszech. Z tamtejszych fabryk samochodziki te wyjeżdżały w latach 1972-80. Nie można powiedzieć, żeby się jakoś szczególnie przyjęły. Polacy w rekordowym tempie nabyli jednak licencję od włoskiej firmy. Już w 1973 roku z fabryki w Bielsko-Białej na polskie ulice wyruszały kolejne Maluchy. A produkcja stale rosła... W 1986 roku osiągnęła rekordowe 200 tysięcy. Później wskaźnik ten trafił jednak na równię pochyłą, aż do zawieszenia produkcji w 2000 r. Dziś nieczęsto już mamy okazję spotkać Fiata 126p, choć jeszcze kilkanaście lat temu pojazdy te były bardzo powszechne. Czekać tylko aż ceny Malucha wzrosną do sum niebotycznych ze względu na jego unikalność i zabytkowość...

Fiat 126p Cabrio during „XXX lat motoryzacji PRL” exhibition at Bonarka City Center in Kraków 2
Fiat 126p w wersji Cabrio.
Zemsta Honeckera
Zemsta Honeckera, mydelniczka, Ford karton... Wymyślono całe mnóstwo nazw na samochód zwany Trabantem. Ma on wiele cech wspólnych z Maluchem. Oba zyskały największą popularność w państwach Bloku Komunistycznego. Oba były tanie. No i oba stanowiły przez dziesięciolecia obiekt mnóstwa żartów, mimo, iż posiadała je co druga rodzina. Trabanta zaczęto produkować jednak znacznie wcześniej, bo w 1957 roku. Produkcję wstrzymano już w 1991 r. - Niemcy nie czekali z likwidacją pamiątek z przeszłości. To zadziwiające, ale po niemieckich ulicach wciąż jeszcze jeździ około 30 000 mydelniczek.
A skąd nazwa? Ta oficjalna - Trabant - została wymyślona na cześć wystrzelonego właśnie w 1957 roku satelity Sputnik. Jak wszystko więc w Bloku Wschodnim, i nazwa niemieckiego samochodu była uczczeniem Związku Radzieckiego... A z czego jest Trabant zbudowany? Oczywiście nie z tektury. Z duroplastów, czyli pewnej odmiany tworzyw sztucznych... O wytrzymałości owego materiału świadczyć może chociażby fakt, że pomysł na jego użycie niezbyt się przyjął...

Trabant P50 front
Trabant P50.
Poznaliśmy więc kilka legend motoryzacji. A właściwie poznaliśmy ich historię, bo w naszej świadomości i podświadomości samochody te krążyły od lat. A Wy jaki samochód umieścilibyście jeszcze na tej liście?

Czym się różni szpada od szabli i floretu?

Szermierka to dosyć skomplikowany sport. Głównie dlatego, że mamy w nim do czynienia z trzema rodzajami broni: szablą, szpadą i floretem. Zazwyczaj trudno je rozróżnić, prawda? Ale po cóż je rozróżniać, skoro rozgrywka jest taka sama dla każdego z nich? I tu pojawia się problem. Bo nie jest. Każda z trzech szermierczych konkurencji posiada odrębne przepisy, różniące się pod mnóstwem rozmaitych aspektów. Przyjrzyjmy się więc owym różnicom.

Armi scherma
Od góry: floret, szpada, szabla.
Zaczniemy tradycyjnie, a więc od narzędzia zbrodni... a właściwie narzędzia rozgrywki. Różnice w przypadku broni sportowej są naprawdę niewielkie, co widać wyraźnie na powyższym zdjęciu. Szabla jest najkrótsza - jej maksymalna długość to 105 cm, podczas gdy szpady i floretu - aż 110! Szpada jest z kolei najcięższa - ma do 770 g, przy 500 g pozostałych dwóch odmian broni. Floret ma natomiast najmniejszy kosz. Warto również zauważyć, że kosz szabli jest owalny (a nie okrągły) i połączony z końcówką rękojeści. Występują także drobne różnice w przekroju ostrza.

Jak już wcześniej wspomniałem, w szermierce broń to nie wszystko. Istotny jest również na przykład sposób zadawania ciosów. W przypadku szabli mogą to być zarówno cięcia, jak i pchnięcia - pełna dowolność. W pozostałych dwóch konkurencjach musimy natomiast uważać, gdyż jedyne, co zostanie nam uznane to pchnięcie o określonym nacisku - minimum w tym zakresie zazwyczaj stanowi waga używanej broni. Ponadto, w szpadzie trafiać możemy w dowolną część ciała, w szabli punktowane będą tylko trafienia od pasa w górę nie licząc dłoni, a w przypadku floretu liczyć się będą wyłącznie trafienia w tułów.

0408 USA Olympic fencing
Rywalizacja w szpadzie podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach.
I jeszcze jedna różnica, tym razem dotycząca punktacji. Co się bowiem stanie, gdy dwaj zawodnicy w ciągu jednej akcji trafią w wyznaczone do tego miejsce. Otóż w szpadzie nic specjalnego - każdy dostanie po punkcie. W szabli i florecie natomiast obaj tego punktu nie zainkasują.

Na koniec warto wspomnieć o pewnym fakcie. Być może zauważyliście, że szpada jest nieco łatwiejsza. Celujemy w dowolną część ciała, gdy trafią obaj rywale, to obaj dostają po punkcie... A i tak gramy do 15 trafień lub do końca 3 rund po 3 minuty. Sprawia to, że szpada jest konkurencją wyjątkowo dynamiczną i w praktyce zawsze kończy się przed czasem. Takie pojedynki chyba najprzyjemniej oglądać, prawda?

środa, 1 lipca 2015

Generała Pattona młodzieńcze przygody

W świecie historii panuje ostatnio moda na Pattona. Nie tak dawno miała premiera książki Billa O'Reilly'ego i Martina Dugarda o złowieszczym tytule Zabić Pattona (w oryginale Killing Patton). W kolejnych czasopismach publikowano artykuły dotyczące amerykańskiego generała. Doszukując się przyczyn takiego stanu rzeczy, można wspomnieć choćby o tym, iż w tym roku przypada 130. rocznica urodzin Pattona i 70. rocznica jego śmierci. Ja również przyłączam się do owej mody, choć nie będę opisywać tego, co w przypadku ekscentrycznego generała jest najszerzej komentowane i rozpowszechnione. Chciałbym natomiast przybliżyć Wam młodość Pattona.

George Smith Patton - 1944
Generał Patton w 1943 roku.
Na początek przybliżymy sobie jednak sylwetkę generała. Otóż George Smith Patton Jr. był jednym z najwybitniejszych generałów II wojny światowej. Niestety, jednocześnie jednym z najbardziej niedocenionych - a to ze względu na swoją ponadprzeciętną charyzmę i kontrowersyjne wypowiedzi. Na początku wojny praktycznie w ogóle go nie eksploatowano, później trenował w Kalifornii. Gdy wreszcie znalazł się w Europie, a konkretnie we Włoszech, musiał walczyć o względy u zwierzchników z Bernardem Law Montgomery, którego szybko znienawidził. Później został generałem... atrapy obozu, która miała przekonać Niemców o planowanym ataku aliantów na Calais. Podczas inwazji na Normandię trwał bezczynnie z dala od frontu. Dopiero przy okazji ofensywy w Ardenach objął dowodzenie nad 3. Armią. I tym razem dowództwo go jednak powstrzymywało - był po prostu za szybki w stosunku do reszty wojska. No i chciał się tłuc z nadchodzącymi z drugiej strony wojskami radzieckimi. Uznawał Związek Radziecki za państwo, które w przyszłości przysporzy aliantom tyle samo kłopotów, co w czasie II wojny światowej III Rzesza.

Eisenhower, Patton, Bradley, Hodges cph.3c35308
Spotkanie dowódców z okresu II wojnych światowej w marcu 1945 r. Od lewej: Eisenhower, Patton,
Bradley, Hodges.
Trudno się jednak dziwić, że Patton nie zyskał sobie sympatii wśród dowódców. Słynął on bowiem z ekscentrycznego zachowania, często wplątywał się we wszelkiego rodzaju afery i był po prostu "nieprzyjemnym człowiekiem". We Włoszech, w 1943 r. podobno nawoływał żołnierzy do zabicia jeńców, a także spoliczkował chorego na nerwicę okopową. Gdy docierał do wielkich rzek wraz ze swoim wojskiem miał natomiast w zwyczaju oddawanie do nich moczu, wzorem wielkich dowódców z przeszłości (dosyć zamierzchłej). Nie świadczy to tylko o jego zachowaniu, lecz także o dosyć wysokim mniemaniu o samym sobie. Być może to wszystko sprawiło, iż zginął w niejasnych okolicznościach po wypadku samochodowym. Historycy od wielu już lat doszukują się w tym wydarzeniu zamierzonej ingerencji osób trzecich.

Przejdźmy już jednak do sedna. Patton urodził się w Kalifornii i tam też się wychował. Co ciekawe, w pierwszych latach nauki miał całkiem spore trudności z przyswojeniem sobie sztuki czytania i pisania. Dziś nazwalibyśmy to dysleksją. Było to tym bardziej problemowe, że Patton lubił czytać - w zasadzie tylko pozycje związane z historią i wojskowością, ale jednak. Ostatecznie wszelkim kłopotom udało się jednak przeciwdziałać i gdy w wieku 11 lat przyszły generał wkraczał w progi Szkoły Stephena Clarka dla chłopców, był już w stanie otrzymywać całkiem przyzwoite noty.

Patton od zawsze chciał zostać tylko i wyłącznie żołnierzem. Korespondowało to z jego zainteresowaniem historią i militariami. W wieku 17 lat wysłał podanie o wstęp na akademię West Point. Tam jednak kazano mu przejść przez egzamin wstępny. Pamiętając o swojej dysleksji przyszły generał z obawy o kiepski rezultat zrezygnował na razie z renomowanej uczelni i rozpoczął dalsze poszukiwania. Ostatecznie przyjęto go do Virginia Military Institute (Instytut Wojskowy Wirginii). Po roku nauki podszedł wreszcie do egzaminu na West Point, w którym osiągnął całkiem niezły wynik, co pozwoliło mu na wstąpienie w progi słynnej uczelni.

Patton at VMI 1907
Patton w 1907 roku.
Początki nie były jednak łatwe. Patton musiał powtarzać pierwszy rok ze względu na to, że nie zdał matematyki. Później poszło już jednak z górki, dzięki czemu jego kształcenie opóźniło się tylko o 12 miesięcy. W 1909 r. opuścił mury West Point z 46. wynikiem na 103 nowych absolwentów. Przeciętnie, ale mogło być gorzej.

Istotną rolę dla Pattona odgrywał sport. Przyszły generał uwielbiał jeździectwo od najmłodszych lat życia. Będąc studentem najpierw wstąpił do drużyny piłkarskiej, później trenował szermierkę i lekkoatletykę. Jako przyszły żołnierz musiał także - rzecz jasna - dobrze strzelać. To wszechstronne wykształcenie sportowe sprawiło, iż w 1912 r. Patton stał się członkiem reprezentacji Stanów Zjednoczonych na Igrzyska Olimpijskie w Sztokholmie. Konkurencją, którą miał się zająć był pięciobój nowoczesny.

Startowało 42 zawodników. W strzelectwie Patton był dopiero 21. Później poszło już lepiej. Siódmy w pływaniu, czwarty w szermierce, szósty w jeździectwie, trzeci w biegu. Ostatecznie zajął piątą lokatę, a wyprzedzili go wyłącznie reprezentanci gospodarzy. Jak to w zwyczaju Pattona, nie obyło się bez afery. Młody żołnierz stwierdził bowiem, że podczas feralnego strzelania jeden z jego naboi wszedł w pole tarczy, które już zostało odstrzelone. Sędziowie tymczasem uznali ten strzał za nietrafiony. Oczywiście nie było wtedy możliwości challengu, lecz można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż rację miał Patton. Bądź co bądź, wśród doświadczonych strzelców nieczęsto zdarzają się tak fatalne pudła. Co gorsza, gdyby strzał Pattona zostałby uznany, w całym turnieju zająłby pozycję medalową...

1912 fencing patton and mas latrie
George Patton walczy podczas Igrzysk Olimpijskich 2012 z reprezentantem Francji, De Mas Latrie.

Sztokholm był jednym z ostatnich przejawów młodości Pattona. Później zaczęła się już aktywna służba wojskowa na różnych frontach, szczególnie podczas dwóch wojen światowych.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Powiało komunizmem...

Pałac w Kozłówce to bez wątpienia jeden z najpiękniejszych obiektów w Polsce, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Dziś jednak przyjrzymy się innej atrakcji, umieszczonej w bezpośrednim pobliżu zamku. A mianowicie, Galerii Sztuki Socrealizmu. Placówka ta zabiera turystów w nie tak bardzo zamierzchłą przeszłość, bo o kilkadziesiąt lat wstecz. Prezentuje nam sztukę doby komunizmu, jak również wszystko to, co oddaje tamtą epokę.
Zbiory w pobliżu wejścia do muzeum.
Zacznijmy od dosyć podstawowego pytania. Co w Kozłówce robi muzeum poświęcone socrealizmowi? Trudno się tutaj przecież doszukiwać jakichś powiązań z komunizmem, jego przywódcami i ideologią. Owszem, miejsce to ma bogatą historię, lecz nie zaczyna się ona w XX wieku! No więc? Otóż pałac w Kozłówce był w latach 1955-1977 Centralną Składnicą Muzealną Ministerstwa Kultury i Sztuki. Innymi słowy, zwożono tu tysiące różnych eksponatów, które w przyszłości zamierzano wykorzystać na wszelkiego rodzaju wystawach. Oczywiście nie brakowało wśród nich dzieł twórców socrealistycznych. I właśnie dlatego w 1994 r. utworzono w tym miejscu Galerię Sztuki Socrealizmu.

Galeria jest niewielka - składa się z jednego sporego pomieszczenia. Urządzono ją jednak w nowoczesnym stylu, a eksponaty umieszczono w dużym zagęszczeniu. Na wystawie mamy podobno okazję oglądać przeszło 300 dzieł, a w magazynku na powrót do łask oczekuje kolejnych 2 tysiące. Wybaczcie, nie chciało mi się liczyć...

Zaraz po wejściu do muzeum mamy okazję poczuć się jak prawdziwi obywatele PRL. Z głośników leci radziecka muzyka, ściany są obwieszone komunistycznymi obrazami. Z każdej strony spogląda na nas jakiś Stalin, Lenin albo Bierut. Na płótnach marsze pierwszomajowe, spotkania najważniejszych oficjeli doby Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zwykli robotnicy w niezwykłych sytuacjach. W centrum ekspozycji, na honorowym miejscu, odnajdziemy natomiast wielkie popiersia Jossifa Wissarionowicza Dżugaszwilego oraz Władimira Iljicza Uljanowa. Kto to jest? Oczywiście Stalin i Lenin, tylko pod swoimi prawdziwymi nazwiskami.
Popiersia Stalina i Lenina w centrum wystawy.
Na przeciwko wielkich przywódców kolumna z plakatami. Czegóż tam nie można przeczytać! Szczególną uwagę zwraca afisz, z którego dowiemy się, iż Feliks Dzierżyński był wielkim bohaterem Polaków i bojownikiem o sprawę narodową. Warto przy tej okazji przybliżyć nieco historię tego "wspaniałego rodaka". Dzierżyński początkowo był jednym z głównych działaczy polskiej socjaldemokracji. Później uczestniczył w rewolucji październikowej w Rosji, stał się wysoko postawionym oficjelem bolszewików, a podczas wojny polsko-bolszewickiej wszedł w skład Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, czyli organu wspierającego władzę komunistów w projektowanej przez Rosjan Polsce.

W oczy rzuca się także zespół rzeźb w najdalszym zakątku galerii. Prezentują one ciężko pracujących robotników, spracowanych, lecz dumnych ze swojego poświęcenia dla ojczyzny. Typowe dla sztuki socrealistycznej. Interesująca jest także notka na ścianie ponad nimi. Oto dwóch robotników miało w ciągu 8 godzin ułożyć kilkadziesiąt tysięcy cegieł, wyrabiając kilkaset procent normy. Nie pamiętam dokładnej liczby wyłożonych cegieł, lecz po dokładnym przeliczeniu okazywało się, iż każdy z nich musiałby wykładać jedną cegłę w czasie krótszym niż 2 sekundy...
Robotnicy w galerii. Wybaczcie za jakość - to zdjęcie zostało wykonane za pomocą telefonu komórkowego.

Nieopodal znajdziemy także całą kolekcję rzeźb "Matek Polek". Niektóre stoją, inne klęczą, jeszcze inne podnoszą do góry ręce w geście tryumfu i gotowości do walki. Zdarzają się również i takie, których autorzy pozbawili ubrań. Wykonano je z przeróżnych materiałów i za pomocą rożnych technik.
Matki Polki. Widzimy tu też drzwi prowadzące do magazynu, a za nimi potwierdzenie bogactwa zbiorów muzeum.
Nie żegnamy się w Kozłówce z komunizmem nawet po wyjściu z muzeum. Za budynkiem muzeum, w małym parku, znajdziemy jeszcze kilka pomników ikon komunizmu. Największa mierzy zapewne z kilkanaście metrów i przedstawia Bolesława Bieruta. Wśród innych doszukać się możemy między innymi Lenina i Marchlewskiego.
Lenin w parku za muzeum.
Galeria Sztuki Socrealizmu w Kozłówce to miejsce interesujące, szczególnie dla pokolenia, które nie miało okazji żyć w dobie komunizmu i PRL. Eksponaty wywołują u takiego odbiorcy niekiedy śmiech, niekiedy zaskoczenie, a niekiedy przygnębienie. I ta trzecia postawa chyba jest najodpowiedniejsza w tym miejscu...

Ikony telewizji: Jeszcze większa gra

W Polsce nie było jak dotąd programu, który przetrwałby tyle lat na antenie praktycznie bez przerwy. Nie zaszkodziły mu żadne przemiany kulturowe, społeczne, polityczne, nie zaszkodziła transformacja ustrojowa lat 1989-91, a i zdjęcie go z anteny wzbudziło całe mnóstwo wątpliwości. Mowa oczywiście o teleturnieju Wielka Gra. Prześledźmy historię owego widowiska. Dowiedzmy się jak powstał, jakie były jego zasady i dlaczego nie możemy go już dzisiaj zobaczyć.

Tvp1 1970
Format teleturnieju zbliżony do tego, którego znamy z Wielkiej Gry, narodził się w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 50. Przez trzy lata nadawano tam program The $64,000 Question. Zdjęto go z anteny z powodu afery dotyczącej ustawiania wyników rozgrywki. Przetrwała jednak jego brytyjska wersja pod nazwą Double Your Money. I to na podstawie tego teleturnieju stworzono polską Wielką Grę. Inicjatorem stworzenia audycji i jej pierwszym prowadzącym był znany dziennikarz, Ryszard Serafinowicz. Każdego miesiąca zapraszał on do studia kilkoro uczestników, którzy dążyli do wygranej poprzez sprawne odpowiedzi na pytania z wyśrubowanych dziedzin (np. Mikołaj Kopernik).

Program zdobył popularność, lecz w 1969 r. Serafinowicz musiał udać się na uchodźstwo ze względu na narastający w kraju antysemityzm, wspierany dodatkowo po kryzysie roku 1968 przez komunistyczne władze. Dziennikarz nie miał co prawda pochodzenia żydowskiego, a tatarskie, lecz dla głów PRL nie miało to żadnego znaczenia. Nową prowadzącą została więc Joanna Rostocka. Ta długo nie grzała jednak swojego nowego stanowiska, gdyż na początku lat 70. zwolnił ją rygorystyczny Maciej Szczepański. Podobno za wisiorek przypominający nieco krzyżyk, który gwiazda ekranu miała na szyi podczas jednego z odcinków.

I w ten sposób prowadzącą programu została najczęściej z nim utożsamiana Stanisława Ryster. Przy okazji zmieniono też format teleturnieju. Począwszy od 1975 r. był on emitowany co dwa tygodnie na kanale drugim TVP. Rozgrywkę podzielono natomiast na pięć etapów. W pierwszym z nich, z którym zazwyczaj kojarzymy Wielką Grę jako całość, ścierało się ze sobą dwóch zawodników. Obaj odpowiadali na ten sam zestaw 20 pytań. Jeden z nich - oczywiście ten lepszy - musiał w drugiej rundzie odpowiedzieć na dziewięć pytań ekspertów, a następnie w kolejnych trzech rundach losował pytania ze specjalnie przygotowanej puli. Na zwycięzcę czekała pokaźna sumka - w ostatnich latach emisji 40 000 złotych.

Teleturniej przetrwał prawie pół wieku. Dziś miałby już 53 lata. W 2006 roku niespodziewanie zniknął jednak z anteny. Stało się to przy niemałym współudziale nowego prezesa TVP Bronisława Wildsteina. Oficjalnie podano, iż to przyczyna spadającej oglądalności. Trudno się jednak dziwić, że spadała, skoro stopniowo przesuwano godzinę emisji programu, aż w końcu wylądował w ramówce na sobotnie przedpołudnie. Według niektórych źródeł dużą rolę w zdjęciu Wielkiej Gry z anteny mogły odegrać także skojarzenia z komunizmem.

Nie obyło się - rzecz jasna - bez protestów. Pojawiały się petycje, głosy oburzenia. Niebawem wybuchła też afera, gdyż w telewizji nie wyemitowano już nakręconego odcinka, co pozbawiało jego zwycięzcę nagrody. Burzyli się również ci, którzy oczekiwali w kolejce na pojawienie się na wizji. A w takich kolejkach nierzadko czekało się i po kilka lat...

Wielką Grę można bez wątpienia zaliczyć do ikon telewizji. Na przestrzeni całych dekad teleturniej ten bawił kolejne pokolenia. Dziś trudno znaleźć równie rozpoznawalny program, który dawno już zniknął z anteny.

Zwracam się teraz do Was. Chętnie poznam Wasze zdanie na temat ikon telewizji. Jakie programy umieścilibyście na liście programów kultowych? Jeśli macie jakiś pomysł, zostawiajcie komentarze lub piszcie na adres mailowy podany na prawym pasku. Być może wykorzystam Wasze propozycje w przyszłości :).

niedziela, 28 czerwca 2015

Jak powstał Przełom Dunajca?

Kiedy byłem dzieckiem i znalazłem się razu pewnego w Pieninach, w mojej głowie zaświtało pytanie. Jak powstał Przełom Dunajca? Pierwsze wyobrażenie na ten temat było dosyć proste i niezbyt realistyczne. Oto całkiem spora rzeka nagle miałaby zacząć płynąć i nagle natrafić na przeszkodę w postaci gór. Wody zbierało się coraz więcej i więcej, aż jej napór stał się tak duży, że przerwała się ona przez górskie szczyty i popłynęła dalej. Cóż, trudno to zaliczyć nawet do fantastyki naukowej. A co będzie z kolei czymś więcej niż owa fantastyka? Jaka jest prawda o powstaniu Przełomu Dunajca?

Przełom Dunajca a12
Na początek należy zaznaczyć, że wyróżniamy wiele rodzajów przełomów. Mądrzy naukowcy, którym z całą pewnością się nudzi, zapewne i w tej chwili wymyślają nowe typy, z tych istniejących wydzielają podtypy, a nad zasadnością innych typów solidnie się zastanawiają. Podręcznikowych gatunków przełomów, takich o niezaprzeczalnym charakterze, jest jednak tylko (i aż!) cztery. Pierwszy - odziedziczony - oznacza, że rzeka płynie przez dolinę ukształtowaną już wcześniej, na przykład przez lodowiec. Drugi - przelewowy - powstaje poprzez przełamanie przez napierającą wodę wału ją spiętrzającego. Trzeci - regresyjny - to przełom powstały poprzez stopniowe cofanie się źródła rzeki (co nazwiemy erozją wsteczną).

W tym momencie interesuje nas typ czwarty, niezbyt przyjemny ze względu na trudną nazwę. Jest to przełom atecedentny. I jego opis można już bez obaw zaprezentować na przykładzie Dunajca. Wyobraźcie sobie sytuację sprzed kilkudziesięciu milionów lat. W później kredzie i na początku trzeciorzędu w miejscu dzisiejszych Pienin nie było jeszcze strzelistych szczytów górskich. Ale była rzeka. Był już wtedy Dunajec lub jego protoplasta.

Przełom Pieniński a1
I wtedy, na początku trzeciorzędu, rozpoczęły się w tym miejscu procesy górotwórcze. Innymi słowy, zaczęły powstawać góry, stopniowo podnosiła się w tym miejscu wysokość nad poziomem morza. Wypiętrzanie to przebiegało jednak bardzo wolno. Na tyle wolno, że rzeka nadążała z erozją, z wcinaniem się w to, co się podniosło. To tak jakby podnosił się cały obszar, tylko nie dolina rzeki, gdzie woda zdzierała kolejne warstwy ziemi i skał.

A to jeszcze nie były ostatnie ruchy górotwórcze w tym regionie. Ta zasadnicza faza nadeszła dopiero na przełomie paleogenu i neogenu, a więc kilkadziesiąt milionów lat po wspomnianych wyżej procesach. Rzeka miała więc naprawdę bardzo dużo czasu na przeciwdziałanie wypiętrzaniu się gór, przynajmniej na jej terytorium...

Powstanie Przełomu Dunajca było więc zjawiskiem długotrwałym, jak i bardzo interesującym. Ważne jest w zasadzie jednak tylko jedno - że dzięki tym milionom lat procesów rzeźbotwórczych, dziś możemy podziwiać takie cudy natury, jak właśnie pieniński przełom.

Największe afery dopingowe XXI wieku

Doping to bez wątpienia największa zmora sportowego świata. Wszelkie zawody, mistrzostwa i inne tego typu imprezy są bowiem sprawiedliwe tylko i wyłącznie wtedy, gdy dopingu brakuje. Niestety, ostatnie lata pokazują, że naprawdę wielu sportowców wspomaga się po kryjomu. Nie ma najmniejszych wątpliwości, iż tak było również i kilkadziesiąt lat temu. W ostatnich dekadach poczyniono jednak znaczne postępy w wykrywalności wszelkich niedozwolonych działań sportowców. Sprawiło to, iż coraz częściej spotkać się możemy z wielkimi aferami dopingowymi. Przyjrzyjmy się tym największym spośród wielkich.

7. Wielka wpadka wielkich mistrzów
Do interesującej sytuacji doszło dwa lata temu w światowej lekkoatletyce. Rozgrywane wówczas mistrzostwa świata w Moskwie były wyjątkowo słabo obsadzone. A to z powodu dopingowych przeżyć czołowych jamajskich lekkoatletów. W połowie lipca 2013 r. światowe media podały informację o przyłapaniu na stosowaniu niedozwolonych środków pięciu atletów z karaibskiego państwa. Dorzucono też, iż sportowcy ci to gwiazdy z wyższej półki. Oczywiście wszystkie spojrzenia skierowały się na Usaina Bolta. Jak się później okazało, Bogu ducha winnego Usaina Bolta, niezamieszanego w całą sprawę.

Przyznali się jednak były rekordzista świata na 100 metrów, Asafa Powell, oraz multimedalistka olimpijska - Sherone Simpson. Ich wpadka była dziwna z kilku względów. Po pierwsze, zarówno Powell, jak i Simpson to sportowcy doświadczeni, z kilkunastoletnim stażem. Przez tyle lat nie wplątywali się w najmniejsze konflikty z systemem antydopingowym, dopiero teraz, kiedy ich kariera zaczęła powoli zmierzać ku schyłkowi. Po drugie, ich próbki krwi dały wynik pozytywny po... Mistrzostwach Jamajki, bądź co bądź imprezie niezbyt wysokiej rangi...
Asafa Powell Doha 2012
Asafa Powell w 2012 r., na krótko przed wykryciem u niego dopingu.
Komunikat o wykryciu dopingu u Powella i Simpson zbiegł się w czasie z dwiema innymi sprawami dopingowymi. Mniej więcej w tym samym czasie na stosowaniu niedozwolonych środków wpadły bowiem gwiazdy jeszcze większe - Tyson Gay i Veronica Campbell-Brown, posiadacze całych worków medali z igrzysk olimpijskich i mistrzostwa świata.

6. Cała kadra do wysiadki
Jeszcze jedna sytuacja z ostatnich lat. O tym, że podnoszenie ciężarów jest konkurencją narażoną na stosowanie dopingu wiemy nie od dzisiaj. Pozostaje cieszyć się tylko z faktu, iż system antydopingowy działa wśród sztangistów bardzo aktywnie i wydajnie. Wpadki dopingowe to w tej dyscyplinie chleb powszedni. Jeśli w dowolnych mistrzostwach zajmiemy miejsce 4-6, to możemy liczyć na to, iż w ciągu najbliższych kilku lat "awansujemy" na pozycję medalową.Takie przypadki, jak ta Marcina Dołęgi z października zeszłego roku, czy też bułgarskich zawodników z marca tego roku, są jak najbardziej standardowe.

Czasem sytuacja przysłowiowo wymyka się jednak spod kontroli i dochodzi do sytuacji wręcz komicznych. Na początku marca zeszłego roku media poinformowały, iż na dopingu wpadło pięciu sztangistów należących do azerskiej kadry. Dwa tygodnie później ta liczba wzrosła jednak do dziewięciu sportowców. A to nie koniec. W kwietniu pula ta podskoczyła bowiem raz jeszcze, tym razem... do 18 atletów. W praktyce zdyskwalifikowano całą azerską kadrę, łącznie z najlepszymi zawodnikami i mistrzami ostatnich lat. Rezultat mógł być tylko jeden. Na Mistrzostwach Europy oraz Mistrzostwach Świata w 2014 roku Azerów za dużo sobie nie pooglądaliśmy...

EVD-pesas-030
5. Bo system jest sprawny...
Podczas Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce 2014, które odbyły się w szwajcarskim Zurychu, reprezentacja Rosji zdobyła 3 złote medale i uplasowała się dopiero na 4. miejscu w klasyfikacji medalowej imprezy. Paradoksalnie, był to jeden z najgorszych występów przedstawicieli tej nacji na ME, a takiego wyniku Rosjanie spodziewaliby się raczej po mistrzostwach świata niż czempionacie kontynentalnym. Rezultat ten miał jednak solidne podłoże w wydarzeniach ostatnich miesięcy. Otóż wiosną 2014 roku, a więc na krótko przed mistrzostwami, na dopingu wpadło całe mnóstwo rosyjskich lekkoatletów.

Wśród przyłapanych znajdziemy między innymi Jelenę Łaszmanową, aktualną wciąż mistrzynię olimpijską i mistrzynię świata w chodzie sportowym. Kilka dni wcześniej wykryto niedozwolone środki w krwi znanej sprinterki, Kseni Ryżowej. Ze strony rosyjskiej pojawiały się często stwierdzenia, iż tak dużo lekkoatletów z tego kraju wpada na dopingu, bo po prostu system antydopingowy jest tam najsprawniejszy... Cóż, można to i w ten sposób tłumaczyć...

Niemniej jednak doping u rosyjskich zawodników wykrywano lub udowadniano również i po zakończeniu mistrzostw. W styczniu tego roku wpadło na przykład aż dwóch utytułowanych chodziarzy znad Wołgi - Siergiej Kirdiapkin i Walerij Borczin. Całą atmosferę podgrzał jeszcze dokument ARD z grudnia 2014 r., poruszający temat dopingu w rosyjskiej lekkoatletyce, doprowadzając do serii dymisji w IAAF i przyprawiając problemów najwyższym oficjelom w świecie lekkoatletyki.
Women's 4 × 400 m relay Zürich 2014
Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce 2014.
 
4. Wyścig, z którego znikali zawodnicy
Jeśli podnoszenie ciężarów uznamy za króla dopingu, to kolarstwo będzie musiało otrzymać tytuł cesarza. Trudno znaleźć inną dyscyplinę sportową, która w tak dużym stopniu została przekształcona przez dopingu i w odniesieniu do której tak wiele o dopingu się mówiło. Obecnie emocje w tej kwestii już nieco opadają, lecz warto przypomnieć sytuację, jaka miała miejsce na przełomie 2006 i 2007 roku.

Osią problemów stał się wówczas najbardziej renomowany ze wszystkich wyścigów w sezonie - Tour de France. Zaczęło się w 2006 r. Wielkie dyskwalifikacje rozpoczęły się jeszcze przed wyścigiem. Prawa udziału w Wielkiej Pętli pozbawiono między innymi dwóch wielkich faworytów - Iwana Basso oraz Jana Ullricha. Ponadto, do wyścigu nie dopuszczono całej ekipy Astana, gdyż z jej składu wpadło aż pięciu kolarzy. Wyścig się rozpoczął, później się skończył, a dyskwalifikacje trwały dalej. Ostatecznie tytułu pozbawiono nawet zwycięzcę, Floyda Landisa.

Jeszcze bardziej nieprzyjemnie zrobiło się rok później, podczas Tour de France 2007. Wyrażenie "podczas" jest w tym przypadku niezwykle istotne. Kolarze w praktyce znikali bowiem z wyścigu. Atmosfera stała się tak niepewna, że ekipy zaczęły same usuwać z wyścigu własnych zawodników, których podejrzewano o doping. Taki los spotkał między innymi Cristiana Moreniego. Michael Rasmussen został z kolei wycofany kilka godzin po tym, jak wygrał etap, mimo że później okazało się, iż był czysty. Po 15. etapie, w związku z doniesieniami na temat Aleksandra Winokurowa, drużyna Astana jako cały team stwierdziła, że nie ma już sensu jechać. Wszystko to doprowadziło do takich sytuacji, jak ta z rozpoczęcia 16. etapu. Zawodnicy z ośmiu ekip solidarnie, w ramach protestu, zatrzymali się wówczas na linii startu, blokując możliwość ruszenia również i pozostałym.
Cancellara Tour de France 2007 Waregem
Tour de France 2007.
3. Czteroletnie śledztwo
Marion Jones była jedną z czołowych amerykańskich lekkoatletek przełomu XX i XXI wieku. Na przełomie niespełna kilku lat wielokrotnie zdobyła złote medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. W 2003 r. wybuchła jednak afera firmy noszącej nazwę BALCo. Miała ona rozprowadzać wśród sportowców środek dopingowy, którego nie dało się wówczas wykryć. W sprawę zamieszanych było wielu sportowców, lecz skoro środka nie dało się wykryć, to i zarzuty wobec nich często były oparte na glinianych nogach. Marion Jones znalazła się wśród podejrzanych i broniła się przez cztery lata. Ostatecznie jednak winę jej udowodniono i odebrano jej wszystko to, co udało się jej wywalczyć po 2000 roku.

2. Mistrzowie zdegradowani
Biegów narciarskich nie kojarzymy raczej z dopingiem, prawda? Niektórzy utożsamiają je z astmą, inni z EPO, ze standardowym i zakrojonym na szeroką skalę dopingiem jednak nie za bardzo. Tymczasem nieco ponad dziesięć lat temu to właśnie biegi narciarskie stały się obiektem całkiem sporej afery dopingowej...

Wszystko zaczęło się od igrzysk w Salt Lake City, w 2002 roku. Rozgrywki w biegach narciarskich zostały wówczas zdominowane przez trzech zawodników. Larisa Łazutina raz zwyciężyła, a dwa razy zajęła 2. pozycję. Inna Rosjanka, Olga Daniłowa poza jednym zwycięstwem zgarnęła jeszcze srebrny medal. W zawodach męskich Hiszpan Johann Mühlegg zwyciężał trzy razy. Niedługo później całej trójce udowodniono stosowanie dopingu. Było to o tyle niespotykane, że wszyscy mieli na swoim koncie już wiele zwycięstw, a wcześniej na dopingu nie wpadali.

Soldier hollow olympic venue
Igrzyska Olimpijskie 2002 (Salt Lake City).
 
1. Mistrz jest tylko jeden
Jeżeli znajdziemy się w dowolnej bazie o tematyce kolarskiej lub innego rodzaju encyklopedii, po czym wyszukamy nazwisko "Armstrong, Lance", wyświetli się nam bardzo krótka i niezbyt udana kariera. Ot, kilka zwycięstw etapowych na różnych wyścigach i jeden tryumf w jednoetapowej Walońskiej Strzale. Nic specjalnego. Wszyscy oczywiście jednak wiemy, że Lance Armstrong był niegdyś kolarzem światowej klasy.

7 zwycięstw w Tour de France, wielokrotnie na pierwszym miejscu w Tour of Suisse oraz Criterium du Dauphine, wysokie miejsca na Vuelta a Espana i Giro d'Italia. Wszystko to zostało mu odebrane w październiku 2012 r. Wymazano całą jego karierę począwszy od 1 sierpnia 1998 roku. Stracone 14 lat. Co więcej, po tej decyzji UCI Armstrong przyznał się do tego, iż przez większość swojej kariery uciekał się do środków dopingowych. Wyszło szydło z worka. Problem w tym, że nie wówczas, gdy się przyznał, a wtedy, gdy jego kariera dopiero się zaczynała.

Pierwsze pogłoski o stosowaniu dopingu przez Armstronga pojawiały się już w 2001 roku, a więc wtedy, gdy wygrywał w Tour de France dopiero po raz trzeci. Później o jego uczynkach pisano książki, w których udowadniano mu winę. Zeznania przeciwko niemu składali nawet jego dawni koledzy z ekipy. On jednak dalej jeździł i wygrywał niezagrożony...
Lance Armstrong MidiLibre 2002
Lance Armstrong.
Poznaliśmy więc siedem największych afer dopingowych XXI wieku. Co myślicie o tym zestawieniu? Czy wprowadzilibyście jakieś zmiany? A może zapomniałem o czymś?