sobota, 16 maja 2015

O Polaku, który chciał przesiedlić naród do Oceanii

Z historiografii zbyt wiele się na jego temat nie dowiemy. Na rynku nie znajdziemy pozycji dotyczących wyłącznie jego i jego pomysłów, a i w w tych ogólniejszych poświęcono mu maksymalnie kilkanaście stron. Jest to jednak postać interesująca, charakteryzująca się niezwykłymi ideami, którym oddawała się w całości. Mowa o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, z pochodzenia Kurlandczyku, z sumienia Polaku.

II połowa XIX wieku, jak pamiętamy, była okresem nasilających się represji wobec Polaków, żyjących na obszarze zaborów. Wielu marzycieli poszukiwało sposobu na odrodzenie się ich państwa. Gdy niepowodzeniem kończyły się kolejne powstania na ziemiach polskich, zaczęto poszukiwać rozwiązania również za granicą. Chciano stworzyć namiastkę ojczyzny na obcej ziemi, najlepiej na innym kontynencie. Jeden z pomysłów na realizację tego zamierzenia przedstawił właśnie Wereszczyński.

Karte Neuguinea
Nowa Gwinea. Na wschód od wyspy widoczna jest Nowa Brytania, dalej (poza mapą) leży Nowa Irlandia.
Nasz idealista streścił swoje zamierzenia w Liście otwartym względem założenia osady polskiej niezależnej w Oceanii, który wydano w 1875 r. w Krakowie. Wereszczyński stwierdził na podstawie długich lektur przeróżnych książek o tematyce podróżniczej, że dogodne warunki do stworzenia Nowej Polski panują w Oceanii, przynajmniej w ówczesnych realiach politycznych. W owe rejony zaczęli się bowiem zapuszczać podróżnicy rosyjscy, tacy jak Mikołaj Mikłucho-Makłaj, co zwiastowałoby rychłą ekspansję wpływów państwa carów w tym regionie. Oczywiście nie leżało to w interesie europejskich mocarstw - Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec. Z ochotą mieliby więc poprzeć założenie na jednej z wysp polskiej kolonii, czy raczej polskiego państwa. Troszkę naiwne, ale każdy pomysł jest dobry, czyż nie?

Według Wereszczyńskiego w grę wchodziły Nowa Gwinea, Nowa Brytania i Nowa Irlandia. Wszystkie trzy leżą w pobliżu siebie, na północ, północny-wschód od Australii. Dlaczego akurat te? Dużą rolę podczas wyboru mogły odegrać liczne opisy bogactwa natury, piękna krajobrazu i przychylności tubylców, zamieszczone w pozycjach, którymi - jak wyżej wspomniano - zaczytywał się nasz marzyciel.

Na początek do Oceanii miało wyruszyć 500-1000 Polaków, najlepiej patriotów, katolików, z zaborów pruskiego i rosyjskiego. Mieliby oni założyć osadę i podłożyć podwaliny pod dalszy rozwój polskiego osadnictwa w tym regionie. W perspektywie dobrze by było, gdyby do Oceanii udało się przenieść cały naród.

Wereszczyński omawia również kwestię składu etnicznego projektowanego państwa. Dopuszcza możliwość istnienia, niewielkich co prawda, ale jednak, społeczności Czechów, Słowaków, Łużyczan, Irlandczyków, Belgów i Szwedów. Co do pierwszych trzech, motywy takiej decyzji są łatwe do ustalenia - nieposiadający własnego państwa Słowianie, żyjący w pobliżu ziem polskich, a więc w sprzyjających warunkach mogłoby szybko dojść do ich asymilacji. Irlandczycy mogli uzyskać "wstęp" do Nowej Polski zapewne dzięki temu, że są katolikami, a wówczas również nie dysponowali niepodległością. Belgowie jako katolicy - w ich przypadku pewną rolę mogła odgrywać po prostu sympatia autora. To oni przecież nie tak dawno, bo w 1830 roku sami osiągnęli niepodległość!

Do Nowej Polski wstęp miałby być całkowicie zakazany dla Niemców i Rosjan - aby pozbawić ich rządy ingerowania w wewnętrzne sprawy państwa. Pokazuje to, że Wereszczyński dokładnie przemyślał swój plan i miał pewną dozę wyczucia politycznego. Bądź co bądź, zarówno w przeszłości, jak i przyszłości, oba mocarstwa - i Niemcy, i Rosja - wielokrotnie korzystały z istnienia większych skupisk ich przedstawicieli za granicą.

Karol Estreicher by Krieger no frame
Karol Estreicher
Można wiele mówić o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, ale trzeba zwrócić także uwagę na fakt, że był w pełni oddany sprawie. Przez kilka lat bezustannie zabiegał o poparcie. Starał się wyłożyć swoje poglądy w prasie, lecz ta zazwyczaj nie drukowała jego tekstów. Wygłaszał przemówienia w różnych polskich ośrodkach, lecz przeważnie kończyły się one klęską wśród krzyków mnóstwa przeciwników. Próbował przekonać co bardziej szanowane postacie polskiej myśli narodowej, lecz ci po prostu nie zwracali na niego uwagi. Był nawet zdecydowany na poświęcenie większości swojego majątku wraz ze sporą prywatną biblioteką. I to bez skutku.

Wereszczyński zainteresował swoją osobą zaledwie nielicznych. Poparł go między innymi Karol Estreicher, twórca Bibliografii polskiej. Udało się przekonać również kilka postaci, przebywających na emigracji w Stanach Zjednoczonych, takich jak dr Henryk Korwin-Kałlusowski. Ci jednak wprowadzili do projektu Piotra Aleksandra ogromne zmiany. Stwierdzili na przykład, że lepszym miejscem pod kolonizację będzie... Kalifornia. Koniec końców plany Wereszczyńskiego nie powiodły się więc. Wielki marzyciel zmarł w 1879 r.

Projekt Piotra Aleksandra Wereszczyńskiego nie miał w zasadzie najmniejszych szans na realizację. Jego istnienie należy jednak docenić. Był to przejaw polskiego patriotyzmu i stał się elementem narodowego dorobku, narodowej dyskusji. Takie inicjatywy jak ta, mimo że nie przynoszące rzeczywistych rezultatów, pozwalały Polakom rozwijać swoje przekonania, również o tematyce patriotycznej, umożliwiały przetrwanie i rozwój polskiej świadomości narodowej.

Bochnia czy Wieliczka?

Dzieli je od siebie 25 kilometrów. Obie powstały w XIII wieku, a dopiero w ubiegłym stuleciu zakończono w nich eksploatację. Obie wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś obie przyciągają mnóstwo turystów, chcących przespacerować się starymi na kilkaset lat korytarzami. Mimo wszystkich tych podobieństw każda z nich posiada jednak swój indywidualny styl, coś co sprawia, że jest wyjątkowa. Rodzi się więc pytanie. Która z nich jest bardziej wartościowa? Albo inaczej - wizyta w której nasuwa przyjemniejsze skojarzenia? No właśnie. Kopalnia soli w Bochni, czy kopalnia soli w Wieliczce?

1. Wartość wizualna.
W tej kategorii niezaprzeczalnym zwycięzcą jest kopalnia w Wieliczce. Można mówić dużo na temat piękna bocheńskiej żupy - zaczynając od długich, wiodących na różnych wysokościach, podświetlonych korytarzy, a kończąc na zjawiskowej Kaplicy św. Kingi z bogato zdobionym ołtarzem, kamienną amboną i szopką betlejemską. Wszystko to nie może się jednak równać temu, co prezentuje nam kopalnia wielicka. Ogromne komory zdobione kamiennymi figurami, podziemne jeziora, imponująca Kaplica św. Kingi (znacznie większa od tej bocheńskiej). Nawet drewniane konstrukcje podtrzymujące strop idealnie komponują się z całą resztą, tworząc niezapomniany efekt.
Bochnia 0:1 Wieliczka
Komora Michałowice w kopalnie wielickiej.
2. Wartość poznawcza.
Kopalnia w Wieliczce, jak każdy szanujący się obiekt tego typu, prezentuje swoim zwiedzającym realia życia górnika sprzed kilkuset lat, trudności z jakimi się oni borykali, a także metody eksploatacji sprzed epoki węgla i stali. Na trasie umieszczono stare narzędzia, takie jak kieraty. Należy jednak nadmienić, że duża część z eksponatów, jak również materiałów wzbogacających naszą wiedzę o kopalni, znajduje się w podziemnym Muzeum Żup Krakowskich. Obiekt ten zwiedza się co prawda z przewodnikiem, i to w cenie biletu, lecz fakultatywnie. A w takiej sytuacji z kilkuset osób przybywających co godzinę do komory Wisła, do muzeum wyrusza kilku. W Bochni natomiast zwiedzający mają na trasie okazję nie tylko poznać obraz kopalni sprzed kilkuset lat, ale też dowiedzieć się co nieco na temat historii górnictwa soli w Polsce. I to w ciekawy sposób (o czym za chwilę)!
Bochnia 1:1 Wieliczka
 
Muzeum Żup Krakowskich w kopalni wielickiej.
3. Organizacja trasy turystycznej.
Trasa turystyczna w Wieliczce zorganizowana jest w bardzo dobry sposób. Najpierw schodzimy na dół schodami, później po kolei przechodzimy przez następne komory, otrzymujemy czas wolny w specjalnie przeznaczonych do tego komorach, opcjonalnie wędrujemy do muzeum, a następnie wyjeżdżamy na górę Szybem Daniłowicza. Ani razu nasza wycieczka nie jest zakłócana przez grupy wędrujące w drugą stronę, oczekiwanie na wyjazd na powierzchnię trwa kilka minut. W Bochni tymczasem jesteśmy narażeni na liczne zakłócenia. Wynikają one głównie z faktu, że trasa turystyczna rozpoczyna się pod Szybem Sutoris, podczas gdy zjeżdżamy na dół przeciwległym Szybem Campi. Innymi słowy, aby dostać się do początku trasy przechodzimy (a także przejeżdżamy podziemną kolejką) całą część kopalni udostępnioną do zwiedzania, a następnie wracamy, wielokrotnie odbijając w liczne odnogi. Jak łatwo się domyślić, nastręcza to wielu problemów.
Bochnia 1:2 Wieliczka
 
Szyb Campi, którym zjeżdża się do kopalni w Bochni.
4. Dzieci.
No właśnie. Do obu kopalni przybywa mnóstwo dzieci. W interesie każdej z nich leży zainteresowanie tych najmłodszych, lecz każda podeszła do tego zadania od innej strony. W Wieliczce mamy interaktywne pokazy, a także kino 5D i komorę zabawy u końca wyprawy. Znacznie lepiej pod tym względem wypada jednak moim zdaniem Bochnia. Przejazd podziemną kolejką, zjazd po podziemnej zjeżdżalni długiej na kilkadziesiąt metrów, czy wreszcie kilkadziesiąt minut dowolnej zabawy na podziemnym boisku - wszystko to wydaje się być znacznie bardziej wartościowym dla kilkulatków. A dodatkowo na trasie umieszczono liczne atrakcje w postaci "mówiących obrazów" władców Polski, czy symulacji pracy średniowiecznej kopalni.
Bochnia 2:2 Wieliczka

Bochnia kopalnia lipiec 2012 12
Kierat w kopalni soli w Bochni.
5. Atmosfera.
Wybór w tej kategorii mógł być tylko jeden - Bochnia. Kopalnia ta nie została jeszcze najechana przez miliony turystów z całego świata i - to komplement - być może nigdy najechana nie zostanie. Nigdy nie zdobędzie renomy Wieliczki i nigdy nie przybliży się do Krakowa o te dwadzieścia kilka kilometrów. I chwała jej za to! Podczas gdy wędrówka przez kopalnię Wieliczki polega na bezustannym nachodzeniu na siebie kolejnych grup (które startują plus minus co dwie minuty) i oglądaniu, gdzie by się nie spojrzało, tabunów turystów, w Bochni wciąż jeszcze spacerujemy w niewielkich grupkach, między którymi odstępy wynoszą nawet pół godziny. Poza tym, wielicka kopalnia jest znacznie mniej naturalna od bocheńskiej. Większość sal została przekształcona w ciągu ostatnich lat. Pojawiły się sklepiki z napojami, punkty informacyjne, windy, szklane szyby. Wszystko to sprawia, że w Wieliczce nie czuje się takiej atmosfery, jak w Bochni.
Bochnia 3:2 Wieliczka
Kaplica św. Kingi w Wieliczce.
Zaskoczeni wynikiem? A wy co sądzicie na ten temat?

poniedziałek, 4 maja 2015

Nadchodzą Igrzyska Europejskie

Od wielu dziesięcioleci na całym świecie odbywają się różnego typu igrzyska regionalne. Ich podział nie ograniczy się jedynie do kontynentów. Poza igrzyskami azjatyckimi, afrykańskimi, panamerykańskimi, czy Ameryki Południowej, są więc także igrzyska panarabskie, frankofońskie, śródziemnomorskie, Azji Południowo-Wschodniej, Pacyfiku, czy Wspólnoty Narodów. Ba! Nawet takie kraiki jak Liechtenstein, Andora, czy Monako mają swoje Igrzyska Małych Państw Europy. W tej sportowej mozaice brakowało zawsze jednej imprezy - igrzysk europejskich. Już za miesiąc ten stan rzeczy ulegnie zmianie.
Baklgjc
Do kalendarza imprez sportowych będzie trzeba dodać kolejną. Pierwsze igrzyska europejskie zostaną rozegrane pomiędzy 12 a 28 czerwca w stolicy Azerbejdżanu, Baku. Lokalizacja niesie ze sobą oczywiście wiele kontrowersji, lecz przemawia za nią wiele względów, głównie finansowych. Gdzież bowiem organizować pierwszą, eksperymentalną edycję zawodów, jak nie w państwie, które zrobi wszystko, aby te zawody nie zakończyły się klęską?

Nie można jednak powiedzieć, że zawody te będą miały rangę zbliżoną do igrzysk olimpijskich, a nawet innych igrzysk tego typu. W programie zabraknie bowiem wielu dyscyplin sportowych, które cieszą się dużą popularnością i nierozerwalnie kojarzą się z wielkimi imprezami. Mowa tu o lekkoatletyce, wioślarstwie, piłce nożnej, żeglarstwie, podnoszeniu ciężarów, czy piłce ręcznej. Zamiast tego organizatorzy zaserwowali kibicom kilka dyscyplin o wątpliwej reputacji, takich jak koszykówka 3x3, piłka nożna plażowa i sambo. 

Pozostaje mieć nadzieję, że uda się z tych igrzysk wyciągnąć nieco emocji, a polska reprezentacja w sile przeszło 200 sportowców spisze się na miarę swoich możliwości.

niedziela, 3 maja 2015

Śnieżne Kotły: natura robi swoje

Śnieżne Kotły to bez wątpienia największa atrakcja Szklarskiej Poręby. Trudno się temu dziwić. Znad krawędzi kotłów rozciąga się niezapomniany widok na całą okolicę, a same zagłębienia prezentują się doprawdy nieziemsko. To miejsce po prostu trzeba zobaczyć, a gdy się już zobaczy - nazwać prawdziwym cudem natury.
Wielki Śnieżny Kocioł od wschodu
Jednym z największych wyzwań przed wyprawą na Śnieżne Kotły jest wybór szlaku, którym się tam dostaniemy. Te wielkie formy polodowcowe leżą bowiem na styku mnóstwa tras, wiodących - praktycznie rzecz biorąc - z każdej strony. Tak więc możemy tam przywędrować z czeskiego Harrahova, z okolicy Wodospadu Kamieńczyka, z centrum Szklarskiej Poręby, czy wreszcie z Karpacza. Ja rekomenduję tą drugą opcję, przy czym niezbyt wytrawni wędrowcy mogą przebyć połowę drogi za pomocą kolejki linowej na Szrenicę.

Trasa wiodąca od Wodospadu Kamieńczyka jest wyjątkowo stroma, a przy tym wybrukowana. Może to sprawić turyście wiele kłopotów, choć odczuje je dopiero w drodze powrotnej. Podczas marszu stopniowo wynurzamy się z lasu, a naszym oczom ukazują się piękne widoki. Od momentu gdy dotrzemy do schroniska na Hali Szrenickiej, będziemy mieć już stale na oku wierzchołek Szrenicy. Na wierzchołku owym zlokalizowano kolejne schronisko, co czyni z niego znakomity punkt orientacyjny.
Droga na Szrenicę, schronisko na Hali Szrenickiej
Po przybyciu na Szrenicę kierujemy się dalej na wschód, by niebawem minąć piękne ostańce skalne - Trzy Świnki i Twarożnik, powstałe w wyniku działania wiatru i grawitacji, zbudowane z twardych granitów. Na szczególną uwagę zasługuje Twarożnik, z którego rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na Szrenicę.
Twarożnik, w tle Szrenica
Wędrówka trwa dalej szeroką, niezbyt stromą drogą, wiodącą szczytem grzbietu górskiego. Po lewej stronie momentami naszym oczom ukazuje się Szklarska Poręba, po prawej - rozproszone zabudowania w czeskich dolinkach. Po kilkudziesięciu minutach od momentu opuszczenia Szrenicy docieramy do rozdroża. Możemy w tym miejscu na jakiś czas zboczyć z wyznaczonej sobie drogi, by przyjrzeć się źródłom Łaby. Warto jednak zaznaczyć, iż miejsce to nie robi takiego wrażenia, jak inne obiekty tego typu - ot, okrągła studnia, z której wypływa woda.

Kontynuując swoją wędrówkę, docieramy do Łabskiego Szczytu. Na ten wierzchołek nie możemy jednak wejść - jest to surowo zabronione - więc obchodzimy go półkolem od południa. Dostrzec stąd już można budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej, położonej nad krawędzią Śnieżnych Kotłów. Teraz pozostaje nam pokonanie już tylko jednego obniżenia terenu, po czym zawędrujemy do celu naszej wyprawy.
Łabski Szczyt i stacja przekaźnikowa nad Śnieżnymi Kotłami
Z licznych punktów widokowych mamy okazję podziwiać tylko Wielki Kocioł Śnieżny. Ten mniejszy jest bowiem przesłonięty przez tzw. Grzędę. Naszym oczom ukazuje się ogromny dół z licznymi jeziorkami na dnie. Ten imponujący cud natury powstał w czasie ostatniego zlodowacenia, a więc mniej więcej 50 tys. lat temu. Jest on świadectwem istnienia w tym miejscu przed wieloma laty niewielkiego lodowca górskiego.
Wielki Śnieżny Kocioł
Po nacieszeniu naszych oczu malowniczym widokiem stajemy przed możliwością wyboru. Możemy wrócić do punktu wyjścia tą samą drogą, którą przybyliśmy na Śnieżne Kotły. Możemy również znacząco obniżyć pułap i dotrzeć żółtym szlakiem do Hali pod Łabskim Szczytem, a następnie zielonym - ponownie do Śnieżnych Kotłów, tylko tym razem od dołu. Jest to jednak wyprawa czasochłonna, co wymusiłoby na nas nadmierny pośpiech. Tak więc lepiej jest odłożyć sobie ten punkt programu na inny dzień i "zaatakować" go od innej strony, na przykład od centrum Szklarskiej Poręby.

Droga powrotna będzie już znacznie łatwiejsza, choć nasze kolana i łydki mogą dokuczać po ostrym zejściu w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. W połowie drogi możemy się też zatrzymać na ciepły posiłek w szrenickim schronisku.

4 największe klęski Zachodu z ludnością rdzenną

Kolonizacja Afryki i Azji przez Europejczyków w XIX wieku stała się niezaprzeczalnym faktem, tak jak ekspansja Stanów Zjednoczonych w kierunku zachodnim. Wydawałoby się, że przybysze ze Starego Kontynentu, posiadający znacznie większe doświadczenie i możliwości militarne, których wojsko znajdowało się na wyższym stopniu rozwoju, powinni odnosić ciągłe sukcesy w walkach z ludnością rdzenną. Jednak podczas ich kampanii wielokrotnie dochodziło do spektakularnych porażek, na które składało się wiele czynników. Jakie są największe z nich? O których kolonizatorzy nie zapomnieli na długo?

4. Masakra Fettermana
Po zakończeniu wojny secesyjnej Amerykanie nie mieli dużo czasu na odpoczynek. Niemal natychmiast na zachodzie wybuchły liczne wojny z Indianami. Jedną z nich była tzw. Wojna Czerwonej Chmury, od imienia indiańskiego wodza z plemienia Dakotów. Wojna ta sprowokowana została przez przybycie amerykańskich poszukiwaczy złota na obszary łowieckie Indian. W początkowej fazie walk, rdzenni mieszkańcy tych ziem skupili swoje działania w rejonie Fortu Kearny. 21 grudnia 1866 wciągnęli w zasadzkę niewielki, liczący ok. 80 żołnierzy oddział pod dowództwem kapitana Williama Fettermana. Mieli ogromną przewagę nad swoimi przeciwnikami - było ich przeszło 2 000. W rezultacie amerykańskie "siły" zostały rozgromione, z życiem nie uszedł ani jeden wojak. A straty Indian wyniosły mniej więcej kilkunastu ludzi. Wydarzenie to jest odtąd znane jako masakra Fettermana, jedna z niewielu bitew w historii USA, z której żywy nie powrócił żaden amerykański żołnierz. Wojna trwała jeszcze kilkanaście miesięcy i - mimo porażek Czerwonej Chmury - zakończyła się sukcesem Indian.

Fetterman massacre II
3. Bitwa pod Isandlwana
W 1879 roku wybuchła pomiędzy Brytyjczykami a Zulusami wojna w południowo-wschodniej Afryce. Siły brytyjskie pod wodzą lorda Chelmsforda, liczące 4 000 żołnierzy, szybko wkroczyły na obszary kontrolowane przez afrykański lud i zmierzały w kierunku jego stolicy - Ulundi. Brytyjczycy rozbili obóz u stóp szczytu Isandlwana, nie zdając sobie sprawy, że zmierza już w ich kierunku przeszło 20-tysięczna armia Zulusów. Ponadto, Chlmsford zignorował zagrożenie ze strony przeciwnika. Uznał, że bez kłopotu poradzi sobie z siłami prymitywnego ludu, nawet jeśli będzie dysponował kilkukrotnie mniejszymi siłami. Dlatego nie trudził się nawet budową umocnień wokół obozu.

Jeszcze większy błąd Chelmsford popełnił, gdy podzielił swoje siły na dwie części i sam stanął na czele liczącego 2 500 żołnierzy oddziału, który wyruszył w pogoni za Zulusami, odciągającymi go jedynie od swoich głównych sił. W obozie pozostał niecały tysiąc sprawnych żołnierzy. Sprawiło to, że bitwa 22 stycznia zakończyła się całkowitą klęską sił brytyjskich. Wydarzenie to skłoniło Brytyjczyków do reorganizacji swojej armii, co pozwoliło im jeszcze w lipcu tego samego roku zwyciężyć walecznych Zulusów.

Isandhlwana
2. Bitwa pod Aduą
Kolejną wielką porażką kolonizatorów jest bitwa pod Aduą, rozegrana 1 marca 1896 r. pomiędzy siłami Włoch i Cesarstwa Etiopii. Trzeba przyznać, że Rzym wybrał sobie trudnego przeciwnika, znacznie potężniejszego od Indian, czy Zulusów. Etiopczycy posiadali bowiem ogromną armię (w wojnie wzięło udział po ich stronie przeszło 100 000 żołnierzy), a także dysponowali artylerią. Dlatego też starcie z nimi 17-tysięcznej armii Oreste Baratieriego zakończyło się dla Włocha kompletną porażką, a Etiopia pozostała - jako jedna z niewielu w Afryce - niepodległym państwem.

Adoua 1
1. Little Bighorn
Poprzednie trzy zaprezentowane starcia, mimo znacznych różnic w charakterze walki, jej lokalizacji, czy możliwościach ich stron, łączyła jedna cecha - we wszystkich strona Europejczyków tudzież Amerykanów dysponowała siłami wielokrotnie mniejszymi od ludności rdzennej. Porażka często wynikała właśnie z faktu, że Indian, Zulusów, czy Etiopczyków było po prostu więcej. Zupełnie inne oblicze prezentuje natomiast jedna z najsłynniejszych bitew w dziejach Stanów Zjednoczonych, a mianowicie starcie pod Little Bighorn.  Siły amerykańskie liczące przeszło 600 ludzi poniosły bowiem sromotną klęskę z Indianami, których czynnie zaangażowanych w walki było około 1 000, a więc niewiele więcej. 

Najbardziej kojarzony z tą wielką porażką jest podpułkownik George A. Custer. Należy jednak podkreślić, że duże znaczenie poza nadmierną ambicją i przeświadczeniem o swojej sile tego oficera, miał niefortunny podział sił amerykańskich na wiele mniejszych oddziałów, które podczas 25 czerwca 1876 roku nie potrafiły nawiązać kontaktu między sobą i - w rezultacie - dostosować własnych działań do potrzeby chwili.
Edgar Samuel Paxson - Custer's Last Stand

sobota, 2 maja 2015

Perły Saskiej Szwajcarii: Panorama 360 stopni

Saska Szwajcaria pełna jest miejsc pięknych, niepowtarzalnych. Niedawno pisałem o zawieszonym wśród skał moście Bastei (więcej o nim tutaj). Mniej więcej piętnaście kilometrów od tego miejsca znajduje się kolejna perełka regionu, równie zjawiskowa, choć znacznie mniej rozpoznawalna. Mowa o wzniesieniach Schrammsteine, górujących nad kurortem Bad Schandau i przepływającą przez niego Łabą.

Wędrówkę na sam szczyt skałek zacząć najlepiej z niewielkiego parkingu, znajdującego się w połowie drogi pomiędzy Bad Schandau a miejscowością Ostrau. Najpierw wspinamy się po niezbyt stromych schodach wiodących na wschód. Po kilkunastu minutach docieramy do zakrętu, będącego jednocześnie pięknym punktem widokowym, z którego rozciąga się piękny widok na formację skalną Falkenstein, dostępną raczej dla bardziej doświadczonych podróżników i wspinaczy. W bezpośredniej bliskości nie dostrzeżemy jeszcze jednak monumentalnych skał.

Schrammsteiner Tor
Zmieni się to po krótkim spacerze w miarę szeroką drogą przez wypłaszczony teren. Niebawem docieramy do formacji nazywanej Schrammsteiner Tor. Jak sama nazwa wskazuje, naszym zadaniem jest przejście przez "bramę" pomiędzy skałami. Dalej szlak wiedzie zboczem w kierunku wschodnim. Po jakimś czasie docieramy do rozwidlenia. Od tego miejsca obowiązuje ruch jednokierunkowy. Najpierw więc będziemy musieli wspiąć się po wysokich drabinkach aż na sam szczyt skał Schrammsteine.
Punkt widokowy na szczycie Schrammsteine
Po długiej wspinaczce dotrzemy do punktu widokowego, z którego podziwiać możemy panoramę całego okolicznego obszaru. Z jednej strony dostrzeżemy Bad Schandau i Łabę, z drugiej - ponownie Falkenstein, z trzeciej - inne szczyty z grupy Schrammsteine.

Droga powrotna wiedzie najpierw grzbietem skał, a następnie schodzi ostro w dół, w kierunku wspomnianego już wcześniej rozwidlenia. Z tego miejsca możemy podjąć drogę powrotną w stronę Bad Schandau, możemy również kontynuować wędrówkę na wschód, aż do skał Rauchenstein.

piątek, 1 maja 2015

Sport sto lat temu: O pierwszych olimpijskich multimedalistach

Pierwsze Igrzyska Olimpijskie w Atenach miały pewną charakterystyczną cechę - stawka nie była zbyt wyrównana. Dało to możliwość najlepszym spośród zawodników na zebranie pokaźnej kolekcji medali. Okazję tą w większości wykorzystali - multimedalistów w Atenach nie brakowało. Niektórzy z nich wygrywali jednak w niezwykłych okolicznościach...

Jedną z konkurencji, które dawały największe możliwości zebrania całej kolekcji laurów, była lekkoatletyka. A w niej panowała podczas pierwszej Olimpiady dominacja amerykańska. Wielokrotnie zwyciężali między innymi Tom Burke (w biegach sprinterskich) i Ellery Clark (w różnego rodzaju "skokach"). Interesujący jest natomiast przypadek Jamesa Connoly'ego. Zawodnik ten przybył do Aten rankiem 6 kwietnia i był przekonany, że do swojego najważniejszego startu - trójskoku - pozostało jeszcze dużo czasu. Zapomniał jednak o drobnym szczególe - Grecy posługiwali się wówczas kalendarzem juliańskim. W rezultacie został zmuszony do oddania swoich prób jeszcze tego samego dnia, zaledwie kilka godzin po przybyciu do stolicy Grecji. Nie przeszkodziło mu to jednak w odniesieniu sukcesu - zwyciężył różnicą przeszło metra nad reprezentantem Francji - Aleksandrem Tufferim. Później został jeszcze wicemistrzem w skoku wzwyż i brązowym medalistą w skoku w dal.

Albert Meyer 3 Olympia 1896
Robert Garrett, zwycięzca w rzucie dyskiem i pchnięciu kulą
Kolega Connoly'ego z ekipy, Robert Garrett, był natomiast jedną z gwiazd tych igrzysk. Typowano go jako murowanego zwycięzcę konkurencji pchnięcia kulą - i rzeczywiście nim został. Więcej sławy przyniosło mu jednak inne zwycięstwo - w rzucie dyskiem. Garrett bowiem po nieudanych próbach rzucenia 9-kilogramowym przyrządem w ojczyźnie, zaniechał dalszych startów w tej konkurencji. Dopiero na statku, którym płynął do Grecji dowiedział się, że standardowy dysk jest znacznie lżejszy. Postanowił zgłosić się do konkurencji, mimo że na treningi miał zaledwie kilka - kilkanaście dni. Ku rozgoryczeniu ateńskiej publiczności z łatwością pokonał jednak faworyzowanych Greków.

Absolutnym dominatorem w zawodach pływackich stał się natomiast Węgier - Alfred Hajós. Zwyciężył on bez najmniejszych problemów w wyścigach na 100 i na 1200 metrów, przy czym w drugiej z tych konkurencji finiszował zdrętwiały z zimna - zawody odbywały się na otwartym akwenie. Z Hajósem starał się walczyć Austriak - Paul Neumann. Okazało się, że jedyną możliwością na zwycięstwo jest dla niego start w konkurencji, w której niezwykły Węgier nie startował - a mianowicie w wyścigu na 500 metrów.

Podane wyżej przykłady pierwszych olimpijskich multimedalistów to zaledwie niewielka część tego, co można by o nich napisać. Wyraźnie widać więc, że rywalizację w stolicy Grecji ciężko było nazwać zaciętą.