czwartek, 21 maja 2015

Sport sto lat temu: o człowieku, który umiał wszystko

Viggo Jensen. Z pochodzenia Duńczyk. W całej historii światowego sportu i igrzysk olimpijskich trudno doszukać się tak wszechstronnego sportowca. Był jedną z najjaśniejszych gwiazd ateńskiej imprezy z 1896 roku. Nie dlatego, że prezentował niezwykłą jak na swoje czasy formę i deklasował konkurencję - bo tak po prostu nie było. Nawet nie dlatego, że zgarnął cały worek medali. Bądź co bądź, podczas pierwszych igrzysk roiło się od multimedalistów (więcej na ten temat tutaj). Chodzi o to, że Jensen swoje medale zdobywał na różnych arenach...
Viggo Jensen
Viggo Jensen.
Przyjrzymy się występowi Jensena chronologicznie. Zaczęło się 6 kwietnia. Przy czym należy nadmienić, iż zaczęło się niezbyt udanie. Nie znamy dokładnego wyniku Duńczyka w konkursie rzutu dyskiem, nie wiemy nawet które miejsce zajął i czy zawody te ukończył. Jedno jest jednak pewne - uplasował się poza pierwszą czwórką, z dużą stratą nie tylko do lidera, ale i do podium.

Nieco lepiej było dnia następnego. Jensen pchnął co prawda kulę na odległość bliższą od Amerykanina Boba Garretta i dwóch gospodarzy, ale zajął czwarte miejsce, choć również i w tym przypadku jego wynik się nie zachował.

Co ciekawe, jeszcze tego samego dnia Duńczyk pojawił się na podeście sztangistów. I to w dwóch konkurencjach! Najpierw stanął do zażartego boju z Brytyjczykiem Launcestonem Elliotem w konkurencji podnoszenia ciężarów oburącz. Po wyczerpaniu wszystkich prób okazało się, że uzyskał dokładnie taki sam wynik, co rywal - 111,5 kg. Grecki król Jerzy I stwierdził, że występ Jensena podobał mu się bardziej, więc okrzyknął go zwycięzcą. Po proteście wyspiarzy zdecydowano się jednak przeprowadzić feralną dogrywkę, która i tak nie przyniosła rezultatu, a zwycięzcą i tak okrzyknięto Duńczyka. Sęk w tym, że Jensen nabawił się podczas owej dogrywki kontuzji. I to ta kontuzja sprawiła, że w kategorii podnoszenia ciężarów jedną ręką poniósł już sromotną porażkę z brytyjskim sztangistą. Nagrodą pocieszenia było drugie miejsce przed dwoma Grekami.

Kolejny dzień, kolejna arena. 8 kwietnia Jensenowi zamarzył się bowiem start w strzeleckim konkursie z karabinka wojskowego, z odległości 200 metrów. Start w miarę udany, bo zajął szóste miejsce, a przed nim byli tylko bezkonkurencyjni Grecy.

10 kwietnia Jensen wcielił się w rolę gimnastyka. A mianowicie, podjął próbę zdobycia medalu we wspinaczce po linie. I znów zabrakło trochę szczęścia. Duńczyk ponownie uplasował się na czwartej pozycji, za dwoma Grekami i Niemcem.

Na koniec Jensen ugrał jeszcze jeden medal - w zawodach strzeleckich o skomplikowanej nazwie "karabin dowolny, trzy pozycje, 300 metrów". Reprezentant Danii uzyskał 1 305 punktów i zajął trzecie miejsce. Wyprzedzili go... tylko Grecy. Co ciekawe, za nim - nie licząc jednego Brytyjczyka - też byli sami Grecy! Bardzo zróżnicowane towarzystwo, czyż nie?

Viggo Jensen po igrzyskach w Atenach postawił na strzelectwo. Niestety, nigdy później nie szło mu już tak dobrze, jak w 1896 roku. Podczas olimpiady paryskiej z 1900 r. startował w pięciu konkurencjach, ale tylko raz zbliżył się do podium - i to w konkursie drużynowym!

środa, 20 maja 2015

Spacer po Sandomierzu

Sandomierz, nadwiślańskie miasto i jedna z architektonicznych perełek województwa świętokrzyskiego. Pierwsze skojarzenia: Ojciec Mateusz, less, wąwozy, nietypowy rynek z równie nietypowym ratuszem. I tyle. Zapewne tyle na temat Sandomierza wie człowiek z drugiego krańca Polski, dopóki nie odwiedzi tego pięknego miasta. Ja też mniej więcej tyle wiedziałem. Niezasłużenie. Sandomierz okazuje się być miejscowością wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju, urzekającą swoją urodą i niezwykłością. W praktyce, nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym polskim miastem, gdziekolwiek by się ono nie znajdowało.

Zacznijmy jednak od stereotypów, a więc od seriali. Jak już wspomniałem, Sandomierz jest rozpoznawalny głównie przez wzgląd na Ojca Mateusza. A mieszkańcy miasta nie dają nam o tym zapomnieć. W pobliżu starówki hotel o nazwie poświęconej słynnemu detektywowi w sutannie. Na każdym kroku restauracje, kawiarnie, bary z tytułem "Don Matteo" w nazwie. Gdzie nie wejdziemy, tam z całą pewnością natkniemy się na zdjęcia aktorów grających w serialu, ich podpisy, pamiątki z planu. To przykre, że Sandomierzanie uznają serial telewizyjny za swoje najwspanialsze dobro. Bo Ojciec Mateusz wcale nim nie jest.
Sandomierz z Bramy Opatowskiej.
I tak przechodzimy do drugiego stereotypu, zasługującego jednak na znacznie większą uwagę i w pełni oddającego uroki świętokrzyskiego miasta. Wąwozy i less. Less, czyli skała, w której się owe wąwozy tworzą - znana chociażby z Kazimierza Dolnego. Najsłynniejszy - zasłużenie - jest majestatyczny Wąwóz Królowej Jadwigi, ciągnący się od ulicy Królowej Jadwigi, w pobliżu drogi krajowej nr 79, aż do ulicy Staromiejskiej, do okolic zabytkowego kościoła św. Pawła. Zdjęcia z owego wąwozu pojawiają się często w różnego rodzaju opracowaniach, na stronach internetowych, w folderach. Nie wierzcie im jednak! Wąwóz jest znacznie bardziej monumentalny, niż nam się wydaje, gdy oglądamy jego fotografie.
Wąwóz Królowej Jadwigi.

Jedno z odgałęzień Wąwozu Królowej Jadwigi.
Będąc w pobliżu Wąwozu Królowej Jadwigi, warto zahaczyć także o park Piszczele, co prawda pełniący funkcje miejskiego, wypoczynkowego, lecz niepodobny do żadnego innego, jaki miałem okazję zobaczyć. Składają się na niego liczne zarośnięte dolinki i wzgórza, przez które wiedzie szeroka, brukowana ścieżka. Miasto wydaje się w tym miejscu odległe o wiele mil, podczas gdy otacza ten zielony obszar ze wszystkich stron.

Po obejrzeniu Piszczeli zawędrować można na deptak Podwale Dolne, wiodący wzdłuż murów Sandomierza. Zlokalizowano tutaj wspomniany już mateuszowy hotel, a także rabaty "ozdobione" kilkoma starymi armatami. Stąd też rozciąga się piękny widok na pobliski zamek.
Armata na Podwalu Dolnym.
Zamek ten jest obecnie siedzibą Muzeum Okręgowego. W jego wnętrzach prezentowane są rozmaite wystawy dotyczące Sandomierza i jego okolic - począwszy od najstarszych śladów człowieka na Sandomierszczyźnie po sytuację ziem w czasie II wojny światowej. Mamy tutaj okazję przyjrzeć się dawnej wsi polskiej, poznać życie związanego z miastem literata - Jarosława Iwaszkiewicza, rzucić na bogato zdobione elementy zastawy magnatów Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Sandomierski zamek od strony Podwala Dolnego.
Jeszcze ciekawsze zbiory - przynajmniej moim zdaniem - prezentowane są w Domu Długosza. Mieści się w nim Muzeum Diecezjalne, którego odpowiedniki w wielu innych miastach nie są zbyt często przez turystów odwiedzane. Nie dajcie się jednak choć tym razem zwieść nazwie! W kilku ładnie urządzonych pokojach zgromadzone są zbiory o tematyce zarówno religijnej, jak i militarnej, artystycznej, czy też rzemieślniczej. Wiele z nich naprawdę przyciąga uwagę. Weźmy taką bibliotekę drzew - kilkadziesiąt drewnianych "książeczek", każda z liściem, owocem, kwiatem, korą itd. danego okazu. Ktoś musiał się napracować...
Wnętrze Domu Długosza.
Po wyjściu z Domu Długosza warto skierować się w kierunku Wisły uliczką, przy której muzeum się znajduje. Niebawem dotrzemy do długich schodów sprowadzających turystów na poziom rzeki. Schody te, idealnie wkomponowane w otaczający je teren i roślinność, mają swój niebywały - jak na coś tak pospolitego jak schody - urok. Koniec końców to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc w Sandomierzu. I nie jest to wcale ujma dla starego miasta.
Schody w pobliżu Domu Długosza.
A do najpiękniejszych miejsc śmiało zaliczyć możemy też katedrę, której początki sięgają XIV wieku. Wnętrze jest ciemne i ponure, lecz zarazem niezwykle urokliwe. Na uwagę zasługują bogato zdobione organy, piękny ołtarz i ambona. Naprzeciwko wejścia turystycznego do świątyni wznosi się natomiast dzwonnica katedralna. Niedawno udostępniono do zwiedzania jej podziemie. Jest ono co prawda niewielkie - składa się z jednej komory ze skromną wystawką - ale bilety są naprawdę tanie, więc warto zajrzeć do środka i przez chwilkę zawiesić oczy na ceglanych ścianach podziemia.
Wnętrze sandomierskiej katedry.
Teraz skierować się można na północ, ulicą wiodącą lekko pod górę, prosto na rynek. Rynek nietuzinkowy, niepospolity, wprawiający w zdziwienie. Rynek pochyły! Po jego wschodniej stronie jesteśmy dobre kilka metrów niżej w stosunku do turystów spacerujących w pobliżu zachodnich kamienic. A na środku charakterystyczny, piękny ratusz. A przed ratuszem wysoka kolumna z figurą Matki Bożej na szczycie. A obok ratusza pomysłowy pomnik... kotwicy. Kotwicy ciągniętej w górę!
Pomnik kotwicy na sandomierskim rynku, w tle ratusz.
Wędrujemy dalej. Na północnym krańcu starówki trafimy na Bramę Opatowską pochodzącą z XIV wieku. Z jej szczytu rozciąga się piękny widok na całą okolicę, od Gór Pieprzowych na wschodzie, po zalesione pagórki przedmieść Sandomierza na zachodzie. A na kolejnych piętrach wieży liczne wystawy, dotyczące przyrody miasta, zabytków Sandomierszczyzny, czy wreszcie... Ojca Mateusza.
Brama Opatowska.
Na wschód od rynku rozpoczyna się natomiast wiodąca aż do ratusza, licząca ok. pół kilometra, podziemna trasa turystyczna. Trasa ta wiedzie starymi piwnicami kupców i rzemieślników sandomierskich, znajdujących się na wysokościach do 12 metrów pod powierzchnią ziemi. W wielu salach i korytarzach prezentowane są zbiory dotyczące historii Sandomierza, jego kultury i tradycji, a nawet... wystawa-reklama poświęcona kopalni soli w Bochni (więcej na jej temat tutaj).
Jeden z korytarzy Podziemnej Trasy Turystycznej.
Na uwagę zasługuje jeszcze furta dominikańska, niewielka brama w zamurowanym, wąskim przejściu, wychodząca na Podwale Górne, a także Mały Rynek z piękną fontanną.

Sandomierz okazuje się być pięknym miastem, w którym można spędzić dużo czasu (dla najbardziej aktywnych cały dzień, dla mniej - kilka dni) wcale się nie nudząc. Miasto doskonale wykorzystuje wszystkie swoje uroki, udostępniając do zwiedzania kolejne obiekty, systematycznie poddając renowacji budynki starówki i tworząc nowe deptaki, ścieżki rowerowe i upiększając parki. I nic dziwnego, że roi się tu od turystów.

wtorek, 19 maja 2015

Wulkan przyjacielem człowieka

Dużo się słyszy o wulkanach. Zazwyczaj źle. A to wybuch wulkanu w Indonezji spowodował ogromne straty, a to niepokorny, mający "bazę" na niewielkiej Islandii Eyjafjallajökull zatrzymuje ruch lotniczy w całej Europie. Rzut okiem na historię - Santoryn niesie zagładę kulturze minojskiej, Wezuwiusz niszczy Pompeje, wybuch Krakatau słychać z odległości kilku tysięcy kilometrów, Święta Helena przenosi 57 istnień na tamten świat. Rzadko natomiast słyszymy o pożytecznym działaniu wulkanów. Tymczasem są one jednymi z nieocenionych przyjaciół człowieka. Przyjaciółmi co prawda niewiernymi, często nas zdradzającymi, lecz przynoszącymi nam wiele naprawdę istotnych korzyści.

Zacznijmy od Jawy. Jeden z najgęściej zaludnionych regionów na świecie. Zamieszkuje ją 130 milionów ludzi, co przy powierzchni wyspy na poziomie 140 000 km², daje gęstość zaludnienia dochodzącą do 1000 osób na km². Co ciekawe, Jawa to jeden z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów na świecie z kilkudziesięcioma aktywnymi wulkanami. Okazuje się jednak, że ludność miejscowa czerpie z tego faktu więcej korzyści niż strat. Wulkany - mimo że aktywne - nie wybuchają tak często, ale istotne jest to co po tych erupcjach pozostaje. A mianowicie - mnóstwo popiołów, rozlegle pokrywy lawowe. Na tych materiałach wytwarzają się niezwykle żyzne gleby wulkaniczne, które sprzyjają rozwojowi rolnictwa. Pożyteczne, czyż nie?

Mtbromo
Krajobraz wulkaniczny na Jawie.
Teraz przenieśmy się na drugi koniec świat - do Islandii. Wyspa ta słynie z niezliczonych wulkanów i gejzerów. Stało się to dla jej mieszkańców dobrym źródłem energii. Funkcjonuje tam kilka elektrowni geotermalnych, które pobierają energię z gorącej wody. W ten sposób produkuje się na Islandii czwartą część energii. Ponadto, 9 na 10 gospodarstw domowych jest ogrzewanych przy użyciu gorącej wody.

2014-04-28 16-13-30 Iceland - Mývatni Reykjahlíð
Elektrownia geotermalna na Islandii.
Wędrujemy dalej. Pora na Hawaje, przez wielu uważane za prawdziwy cud natury. A właściwie cud wulkanów - bo gdyby nie one, Hawajów by nie było. Na jednej z wysp, tej wysuniętej najbardziej na południe, a więc Hawai'i, wciąż tworzy się nowa pokrywa, gdy gorąca lawa wypływa spod powierzchni ziemi i spływa do oceanów, gdzie zastyga. W ten sposób wyspa stale się powiększa o nowe tereny.

Puu Oo volcanic beach
Plaża wulkaniczna na Hawajach.
I jeszcze jedna wędrówka, tym razem do Grecji, a dokładniej na Santoryn. Ta niewielka wyspa, pozostałość po potężnym wybuchu wulkanu, przyciąga mnóstwo turystów. Chcą oni ujrzeć na własne oczy piękne formy ukształtowane przez naturę, wysokie klify i otaczające je morze. Tak więc wulkany mogą stać się także atrakcją turystyczną. A przykład Santorynu nie jest pod tym względem odosobniony - wystarczy pomyśleć o Wezuwiuszu, Fudżi, czy Górze Świętej Heleny.

Santorini 07 02 09 0808
Santoryn.
Wulkany są więc dla człowieka niezwykle pożyteczne. Pomagają mu na wiele różnych sposobów. Okazuje się, że czasem to, co niszczycielskie i śmiercionośne, potrafi też budować i dawać życie.

sobota, 16 maja 2015

O Polaku, który chciał przesiedlić naród do Oceanii

Z historiografii zbyt wiele się na jego temat nie dowiemy. Na rynku nie znajdziemy pozycji dotyczących wyłącznie jego i jego pomysłów, a i w w tych ogólniejszych poświęcono mu maksymalnie kilkanaście stron. Jest to jednak postać interesująca, charakteryzująca się niezwykłymi ideami, którym oddawała się w całości. Mowa o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, z pochodzenia Kurlandczyku, z sumienia Polaku.

II połowa XIX wieku, jak pamiętamy, była okresem nasilających się represji wobec Polaków, żyjących na obszarze zaborów. Wielu marzycieli poszukiwało sposobu na odrodzenie się ich państwa. Gdy niepowodzeniem kończyły się kolejne powstania na ziemiach polskich, zaczęto poszukiwać rozwiązania również za granicą. Chciano stworzyć namiastkę ojczyzny na obcej ziemi, najlepiej na innym kontynencie. Jeden z pomysłów na realizację tego zamierzenia przedstawił właśnie Wereszczyński.

Karte Neuguinea
Nowa Gwinea. Na wschód od wyspy widoczna jest Nowa Brytania, dalej (poza mapą) leży Nowa Irlandia.
Nasz idealista streścił swoje zamierzenia w Liście otwartym względem założenia osady polskiej niezależnej w Oceanii, który wydano w 1875 r. w Krakowie. Wereszczyński stwierdził na podstawie długich lektur przeróżnych książek o tematyce podróżniczej, że dogodne warunki do stworzenia Nowej Polski panują w Oceanii, przynajmniej w ówczesnych realiach politycznych. W owe rejony zaczęli się bowiem zapuszczać podróżnicy rosyjscy, tacy jak Mikołaj Mikłucho-Makłaj, co zwiastowałoby rychłą ekspansję wpływów państwa carów w tym regionie. Oczywiście nie leżało to w interesie europejskich mocarstw - Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec. Z ochotą mieliby więc poprzeć założenie na jednej z wysp polskiej kolonii, czy raczej polskiego państwa. Troszkę naiwne, ale każdy pomysł jest dobry, czyż nie?

Według Wereszczyńskiego w grę wchodziły Nowa Gwinea, Nowa Brytania i Nowa Irlandia. Wszystkie trzy leżą w pobliżu siebie, na północ, północny-wschód od Australii. Dlaczego akurat te? Dużą rolę podczas wyboru mogły odegrać liczne opisy bogactwa natury, piękna krajobrazu i przychylności tubylców, zamieszczone w pozycjach, którymi - jak wyżej wspomniano - zaczytywał się nasz marzyciel.

Na początek do Oceanii miało wyruszyć 500-1000 Polaków, najlepiej patriotów, katolików, z zaborów pruskiego i rosyjskiego. Mieliby oni założyć osadę i podłożyć podwaliny pod dalszy rozwój polskiego osadnictwa w tym regionie. W perspektywie dobrze by było, gdyby do Oceanii udało się przenieść cały naród.

Wereszczyński omawia również kwestię składu etnicznego projektowanego państwa. Dopuszcza możliwość istnienia, niewielkich co prawda, ale jednak, społeczności Czechów, Słowaków, Łużyczan, Irlandczyków, Belgów i Szwedów. Co do pierwszych trzech, motywy takiej decyzji są łatwe do ustalenia - nieposiadający własnego państwa Słowianie, żyjący w pobliżu ziem polskich, a więc w sprzyjających warunkach mogłoby szybko dojść do ich asymilacji. Irlandczycy mogli uzyskać "wstęp" do Nowej Polski zapewne dzięki temu, że są katolikami, a wówczas również nie dysponowali niepodległością. Belgowie jako katolicy - w ich przypadku pewną rolę mogła odgrywać po prostu sympatia autora. To oni przecież nie tak dawno, bo w 1830 roku sami osiągnęli niepodległość!

Do Nowej Polski wstęp miałby być całkowicie zakazany dla Niemców i Rosjan - aby pozbawić ich rządy ingerowania w wewnętrzne sprawy państwa. Pokazuje to, że Wereszczyński dokładnie przemyślał swój plan i miał pewną dozę wyczucia politycznego. Bądź co bądź, zarówno w przeszłości, jak i przyszłości, oba mocarstwa - i Niemcy, i Rosja - wielokrotnie korzystały z istnienia większych skupisk ich przedstawicieli za granicą.

Karol Estreicher by Krieger no frame
Karol Estreicher
Można wiele mówić o Piotrze Aleksandrze Wereszczyńskim, ale trzeba zwrócić także uwagę na fakt, że był w pełni oddany sprawie. Przez kilka lat bezustannie zabiegał o poparcie. Starał się wyłożyć swoje poglądy w prasie, lecz ta zazwyczaj nie drukowała jego tekstów. Wygłaszał przemówienia w różnych polskich ośrodkach, lecz przeważnie kończyły się one klęską wśród krzyków mnóstwa przeciwników. Próbował przekonać co bardziej szanowane postacie polskiej myśli narodowej, lecz ci po prostu nie zwracali na niego uwagi. Był nawet zdecydowany na poświęcenie większości swojego majątku wraz ze sporą prywatną biblioteką. I to bez skutku.

Wereszczyński zainteresował swoją osobą zaledwie nielicznych. Poparł go między innymi Karol Estreicher, twórca Bibliografii polskiej. Udało się przekonać również kilka postaci, przebywających na emigracji w Stanach Zjednoczonych, takich jak dr Henryk Korwin-Kałlusowski. Ci jednak wprowadzili do projektu Piotra Aleksandra ogromne zmiany. Stwierdzili na przykład, że lepszym miejscem pod kolonizację będzie... Kalifornia. Koniec końców plany Wereszczyńskiego nie powiodły się więc. Wielki marzyciel zmarł w 1879 r.

Projekt Piotra Aleksandra Wereszczyńskiego nie miał w zasadzie najmniejszych szans na realizację. Jego istnienie należy jednak docenić. Był to przejaw polskiego patriotyzmu i stał się elementem narodowego dorobku, narodowej dyskusji. Takie inicjatywy jak ta, mimo że nie przynoszące rzeczywistych rezultatów, pozwalały Polakom rozwijać swoje przekonania, również o tematyce patriotycznej, umożliwiały przetrwanie i rozwój polskiej świadomości narodowej.

Bochnia czy Wieliczka?

Dzieli je od siebie 25 kilometrów. Obie powstały w XIII wieku, a dopiero w ubiegłym stuleciu zakończono w nich eksploatację. Obie wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś obie przyciągają mnóstwo turystów, chcących przespacerować się starymi na kilkaset lat korytarzami. Mimo wszystkich tych podobieństw każda z nich posiada jednak swój indywidualny styl, coś co sprawia, że jest wyjątkowa. Rodzi się więc pytanie. Która z nich jest bardziej wartościowa? Albo inaczej - wizyta w której nasuwa przyjemniejsze skojarzenia? No właśnie. Kopalnia soli w Bochni, czy kopalnia soli w Wieliczce?

1. Wartość wizualna.
W tej kategorii niezaprzeczalnym zwycięzcą jest kopalnia w Wieliczce. Można mówić dużo na temat piękna bocheńskiej żupy - zaczynając od długich, wiodących na różnych wysokościach, podświetlonych korytarzy, a kończąc na zjawiskowej Kaplicy św. Kingi z bogato zdobionym ołtarzem, kamienną amboną i szopką betlejemską. Wszystko to nie może się jednak równać temu, co prezentuje nam kopalnia wielicka. Ogromne komory zdobione kamiennymi figurami, podziemne jeziora, imponująca Kaplica św. Kingi (znacznie większa od tej bocheńskiej). Nawet drewniane konstrukcje podtrzymujące strop idealnie komponują się z całą resztą, tworząc niezapomniany efekt.
Bochnia 0:1 Wieliczka
Komora Michałowice w kopalnie wielickiej.
2. Wartość poznawcza.
Kopalnia w Wieliczce, jak każdy szanujący się obiekt tego typu, prezentuje swoim zwiedzającym realia życia górnika sprzed kilkuset lat, trudności z jakimi się oni borykali, a także metody eksploatacji sprzed epoki węgla i stali. Na trasie umieszczono stare narzędzia, takie jak kieraty. Należy jednak nadmienić, że duża część z eksponatów, jak również materiałów wzbogacających naszą wiedzę o kopalni, znajduje się w podziemnym Muzeum Żup Krakowskich. Obiekt ten zwiedza się co prawda z przewodnikiem, i to w cenie biletu, lecz fakultatywnie. A w takiej sytuacji z kilkuset osób przybywających co godzinę do komory Wisła, do muzeum wyrusza kilku. W Bochni natomiast zwiedzający mają na trasie okazję nie tylko poznać obraz kopalni sprzed kilkuset lat, ale też dowiedzieć się co nieco na temat historii górnictwa soli w Polsce. I to w ciekawy sposób (o czym za chwilę)!
Bochnia 1:1 Wieliczka
 
Muzeum Żup Krakowskich w kopalni wielickiej.
3. Organizacja trasy turystycznej.
Trasa turystyczna w Wieliczce zorganizowana jest w bardzo dobry sposób. Najpierw schodzimy na dół schodami, później po kolei przechodzimy przez następne komory, otrzymujemy czas wolny w specjalnie przeznaczonych do tego komorach, opcjonalnie wędrujemy do muzeum, a następnie wyjeżdżamy na górę Szybem Daniłowicza. Ani razu nasza wycieczka nie jest zakłócana przez grupy wędrujące w drugą stronę, oczekiwanie na wyjazd na powierzchnię trwa kilka minut. W Bochni tymczasem jesteśmy narażeni na liczne zakłócenia. Wynikają one głównie z faktu, że trasa turystyczna rozpoczyna się pod Szybem Sutoris, podczas gdy zjeżdżamy na dół przeciwległym Szybem Campi. Innymi słowy, aby dostać się do początku trasy przechodzimy (a także przejeżdżamy podziemną kolejką) całą część kopalni udostępnioną do zwiedzania, a następnie wracamy, wielokrotnie odbijając w liczne odnogi. Jak łatwo się domyślić, nastręcza to wielu problemów.
Bochnia 1:2 Wieliczka
 
Szyb Campi, którym zjeżdża się do kopalni w Bochni.
4. Dzieci.
No właśnie. Do obu kopalni przybywa mnóstwo dzieci. W interesie każdej z nich leży zainteresowanie tych najmłodszych, lecz każda podeszła do tego zadania od innej strony. W Wieliczce mamy interaktywne pokazy, a także kino 5D i komorę zabawy u końca wyprawy. Znacznie lepiej pod tym względem wypada jednak moim zdaniem Bochnia. Przejazd podziemną kolejką, zjazd po podziemnej zjeżdżalni długiej na kilkadziesiąt metrów, czy wreszcie kilkadziesiąt minut dowolnej zabawy na podziemnym boisku - wszystko to wydaje się być znacznie bardziej wartościowym dla kilkulatków. A dodatkowo na trasie umieszczono liczne atrakcje w postaci "mówiących obrazów" władców Polski, czy symulacji pracy średniowiecznej kopalni.
Bochnia 2:2 Wieliczka

Bochnia kopalnia lipiec 2012 12
Kierat w kopalni soli w Bochni.
5. Atmosfera.
Wybór w tej kategorii mógł być tylko jeden - Bochnia. Kopalnia ta nie została jeszcze najechana przez miliony turystów z całego świata i - to komplement - być może nigdy najechana nie zostanie. Nigdy nie zdobędzie renomy Wieliczki i nigdy nie przybliży się do Krakowa o te dwadzieścia kilka kilometrów. I chwała jej za to! Podczas gdy wędrówka przez kopalnię Wieliczki polega na bezustannym nachodzeniu na siebie kolejnych grup (które startują plus minus co dwie minuty) i oglądaniu, gdzie by się nie spojrzało, tabunów turystów, w Bochni wciąż jeszcze spacerujemy w niewielkich grupkach, między którymi odstępy wynoszą nawet pół godziny. Poza tym, wielicka kopalnia jest znacznie mniej naturalna od bocheńskiej. Większość sal została przekształcona w ciągu ostatnich lat. Pojawiły się sklepiki z napojami, punkty informacyjne, windy, szklane szyby. Wszystko to sprawia, że w Wieliczce nie czuje się takiej atmosfery, jak w Bochni.
Bochnia 3:2 Wieliczka
Kaplica św. Kingi w Wieliczce.
Zaskoczeni wynikiem? A wy co sądzicie na ten temat?

poniedziałek, 4 maja 2015

Nadchodzą Igrzyska Europejskie

Od wielu dziesięcioleci na całym świecie odbywają się różnego typu igrzyska regionalne. Ich podział nie ograniczy się jedynie do kontynentów. Poza igrzyskami azjatyckimi, afrykańskimi, panamerykańskimi, czy Ameryki Południowej, są więc także igrzyska panarabskie, frankofońskie, śródziemnomorskie, Azji Południowo-Wschodniej, Pacyfiku, czy Wspólnoty Narodów. Ba! Nawet takie kraiki jak Liechtenstein, Andora, czy Monako mają swoje Igrzyska Małych Państw Europy. W tej sportowej mozaice brakowało zawsze jednej imprezy - igrzysk europejskich. Już za miesiąc ten stan rzeczy ulegnie zmianie.
Baklgjc
Do kalendarza imprez sportowych będzie trzeba dodać kolejną. Pierwsze igrzyska europejskie zostaną rozegrane pomiędzy 12 a 28 czerwca w stolicy Azerbejdżanu, Baku. Lokalizacja niesie ze sobą oczywiście wiele kontrowersji, lecz przemawia za nią wiele względów, głównie finansowych. Gdzież bowiem organizować pierwszą, eksperymentalną edycję zawodów, jak nie w państwie, które zrobi wszystko, aby te zawody nie zakończyły się klęską?

Nie można jednak powiedzieć, że zawody te będą miały rangę zbliżoną do igrzysk olimpijskich, a nawet innych igrzysk tego typu. W programie zabraknie bowiem wielu dyscyplin sportowych, które cieszą się dużą popularnością i nierozerwalnie kojarzą się z wielkimi imprezami. Mowa tu o lekkoatletyce, wioślarstwie, piłce nożnej, żeglarstwie, podnoszeniu ciężarów, czy piłce ręcznej. Zamiast tego organizatorzy zaserwowali kibicom kilka dyscyplin o wątpliwej reputacji, takich jak koszykówka 3x3, piłka nożna plażowa i sambo. 

Pozostaje mieć nadzieję, że uda się z tych igrzysk wyciągnąć nieco emocji, a polska reprezentacja w sile przeszło 200 sportowców spisze się na miarę swoich możliwości.

niedziela, 3 maja 2015

Śnieżne Kotły: natura robi swoje

Śnieżne Kotły to bez wątpienia największa atrakcja Szklarskiej Poręby. Trudno się temu dziwić. Znad krawędzi kotłów rozciąga się niezapomniany widok na całą okolicę, a same zagłębienia prezentują się doprawdy nieziemsko. To miejsce po prostu trzeba zobaczyć, a gdy się już zobaczy - nazwać prawdziwym cudem natury.
Wielki Śnieżny Kocioł od wschodu
Jednym z największych wyzwań przed wyprawą na Śnieżne Kotły jest wybór szlaku, którym się tam dostaniemy. Te wielkie formy polodowcowe leżą bowiem na styku mnóstwa tras, wiodących - praktycznie rzecz biorąc - z każdej strony. Tak więc możemy tam przywędrować z czeskiego Harrahova, z okolicy Wodospadu Kamieńczyka, z centrum Szklarskiej Poręby, czy wreszcie z Karpacza. Ja rekomenduję tą drugą opcję, przy czym niezbyt wytrawni wędrowcy mogą przebyć połowę drogi za pomocą kolejki linowej na Szrenicę.

Trasa wiodąca od Wodospadu Kamieńczyka jest wyjątkowo stroma, a przy tym wybrukowana. Może to sprawić turyście wiele kłopotów, choć odczuje je dopiero w drodze powrotnej. Podczas marszu stopniowo wynurzamy się z lasu, a naszym oczom ukazują się piękne widoki. Od momentu gdy dotrzemy do schroniska na Hali Szrenickiej, będziemy mieć już stale na oku wierzchołek Szrenicy. Na wierzchołku owym zlokalizowano kolejne schronisko, co czyni z niego znakomity punkt orientacyjny.
Droga na Szrenicę, schronisko na Hali Szrenickiej
Po przybyciu na Szrenicę kierujemy się dalej na wschód, by niebawem minąć piękne ostańce skalne - Trzy Świnki i Twarożnik, powstałe w wyniku działania wiatru i grawitacji, zbudowane z twardych granitów. Na szczególną uwagę zasługuje Twarożnik, z którego rozciąga się jeden z najpiękniejszych widoków na Szrenicę.
Twarożnik, w tle Szrenica
Wędrówka trwa dalej szeroką, niezbyt stromą drogą, wiodącą szczytem grzbietu górskiego. Po lewej stronie momentami naszym oczom ukazuje się Szklarska Poręba, po prawej - rozproszone zabudowania w czeskich dolinkach. Po kilkudziesięciu minutach od momentu opuszczenia Szrenicy docieramy do rozdroża. Możemy w tym miejscu na jakiś czas zboczyć z wyznaczonej sobie drogi, by przyjrzeć się źródłom Łaby. Warto jednak zaznaczyć, iż miejsce to nie robi takiego wrażenia, jak inne obiekty tego typu - ot, okrągła studnia, z której wypływa woda.

Kontynuując swoją wędrówkę, docieramy do Łabskiego Szczytu. Na ten wierzchołek nie możemy jednak wejść - jest to surowo zabronione - więc obchodzimy go półkolem od południa. Dostrzec stąd już można budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej, położonej nad krawędzią Śnieżnych Kotłów. Teraz pozostaje nam pokonanie już tylko jednego obniżenia terenu, po czym zawędrujemy do celu naszej wyprawy.
Łabski Szczyt i stacja przekaźnikowa nad Śnieżnymi Kotłami
Z licznych punktów widokowych mamy okazję podziwiać tylko Wielki Kocioł Śnieżny. Ten mniejszy jest bowiem przesłonięty przez tzw. Grzędę. Naszym oczom ukazuje się ogromny dół z licznymi jeziorkami na dnie. Ten imponujący cud natury powstał w czasie ostatniego zlodowacenia, a więc mniej więcej 50 tys. lat temu. Jest on świadectwem istnienia w tym miejscu przed wieloma laty niewielkiego lodowca górskiego.
Wielki Śnieżny Kocioł
Po nacieszeniu naszych oczu malowniczym widokiem stajemy przed możliwością wyboru. Możemy wrócić do punktu wyjścia tą samą drogą, którą przybyliśmy na Śnieżne Kotły. Możemy również znacząco obniżyć pułap i dotrzeć żółtym szlakiem do Hali pod Łabskim Szczytem, a następnie zielonym - ponownie do Śnieżnych Kotłów, tylko tym razem od dołu. Jest to jednak wyprawa czasochłonna, co wymusiłoby na nas nadmierny pośpiech. Tak więc lepiej jest odłożyć sobie ten punkt programu na inny dzień i "zaatakować" go od innej strony, na przykład od centrum Szklarskiej Poręby.

Droga powrotna będzie już znacznie łatwiejsza, choć nasze kolana i łydki mogą dokuczać po ostrym zejściu w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. W połowie drogi możemy się też zatrzymać na ciepły posiłek w szrenickim schronisku.