środa, 24 czerwca 2015

Im więcej, tym lepiej (?), czyli o trójizbowych parlamentach

Parlament ma dwie izby. To stwierdzenie jest prawidłowe w odniesieniu do większości systemów, w tym również i polskiego. W Warszawie zbiera się Sejm i Senat, w Berlinie Bundestag i Bundesrat, w Waszyngtonie Senat i Izba Reprezentantów, w Londynie Izba Lordów i Izba Gmin. Oczywiście, na politycznej mapie świata dostrzec można też całkiem sporo jednoizbowych parlamentów. Wymieńmy na przykład Łotwę, Danię, Finlandię, Turcję, czy Nową Zelandię. Nigdzie nie znajdziemy natomiast systemu, w którym mielibyśmy do czynienia z trzema izbami. W przeszłości takie sytuacje miały jednak miejsce nadzwyczaj często...

A na pierwszy przykład takiego systemu, zwanego trikameralnym, natrafimy niezwykle łatwo. W zasadzie wystarczy sięgnąć do standardowego podręcznika historii. Zazwyczaj nie dostrzegamy nawet istnienia trzech izb kiedykolwiek w historii Polski, lecz kilkaset lat temu, za I Rzeczpospolitej, taka sytuacja naprawdę miała nad Wisłą miejsce. Mowa oczywiście o sejmie walnym, głównym organie ustawodawczym Polski i Litwy na przestrzeni XVI, XVII i XVIII wieku. Pierwszą częścią składową owego sejmu była izba poselska, w której zasiadali przedstawiciele szlachty z całego kraju. Druga nosiła miano senatu i była przeznaczona dla arcybiskupów, biskupów katolickich, wojewodów, kasztelanów oraz najważniejszych urzędników państwowych. W praktyce zasiadali w niej więc przedstawiciele najznamienitszych rodów Rzeczpospolitej. 

No i wreszcie trzecia izba. Któż mógł w niej zasiąść? Szlachta i magnaci nie, bo swoje zgromadzenia już mieli. Mieszczanie i chłopstwo też nie, gdyż do sejmowania w szlacheckiej Polsce z całą pewnością by ich nie dopuszczono. A duchowni mieli swoją reprezentację w senacie. No więc? Otóż trzecią izbą, trzecim stanem sejmującym był monarcha. Oczywiście król nie miał w sejmie zbyt dużych uprawnień - do jego obowiązków należały formalności związane z redagowaniem i publikacją ustaw. Niemniej tworzył swoją własną izbę sejmową.

Polish Sejm under the reign of Sigismund III Vasa
Wspólne obrady trzech izb sejmu walnego. W centrum, na podwyższeniu król, po jego obu stronach siedzący senatorowie, u dołu i w tle stojący posłowie.
Teraz przenieśmy się do Francji, mniej więcej w tym samym okresie. Tam funkcjonowały Stany Generalne. W przeciwieństwie do systemu polskiego, ich uprawnienia w stosunku do władcy były liche. Zdarzały się okresy po kilkadziesiąt lat, w których w ogóle ich nie zwoływano, a po 1614 r. ich działalność została całkowicie wymazana z polityki (powróciły dopiero przy okazji Rewolucji Francuskiej). Formalnie Stany Generalne składały się z trzech części - izby duchownych, izby szlachty i izby stanu trzeciego, czyli całej reszty. Ich trójizbowość jest jednak często podważana, choćby ze względu na fakt, iż często obradowały razem, a nie oddzielnie.

Estatesgeneral
Obrady Stanów Generalnych w 1789 r.
Z trikameralizmem mieliśmy we Francji do czynienia także w okresie Wielkiej Rewolucji. A konkretnie za Konsulatu (lata 1799-1804). Nie chodzi o fakt, iż wówczas na czele państwa stało trzech konsulów, a o to, że ciało ustawodawcze składało się z trzech izb. Pierwsza i najwyższa - Sénat conservateur - stała na straży konstytucji, druga - Corps législatif - głosowała nad projektami ustaw, a trzecia - Tribunat - stanowiła ciało doradcze wobec izby drugiej. Podobny system funkcjonował we Francji jeszcze po upadku konsulatu, a więc w początkach I Cesarstwa. Wówczas izby posiadały już jednak marginalne znaczenie. Bądź co bądź, wielkim panem i władcą był wtedy Napoleon Bonaparte.

Berthon - Napoléon Ier reçoit au Palais Royal de Berlin, les députés du Sénat français, le 19 novembre 1806
Napoleon Bonaparte w towarzystwie członków Sénat conservateur w 1806 roku.
Interesujący przykład trikameralizmu obserwować było można kilkadziesiąt lat temu w Republice Południowej Afryki. W II połowie XX wieku trwał tam okres Apartheidu, czyli szeroko pojętej segregacji rasowej. Segregacja ta odbiła się również na systemie politycznym kraju. W 1983 r. wprowadzono bowiem na drodze referendum trzyizbowy parlament. Pierwsza izba, zarezerwowana dla białych, składała się z 178 reprezentantów. W drugiej zasiadało 85 czarnych i kolorowych. Trzecia była przeznaczona dla 45 osób pochodzenia hinduskiego. Nie trudno zgadnąć, że pierwsza z izb była najbardziej wpływowa, a pozostałe dwie miały znaczenie marginalne. Paradoksalnie system ten zdobył sobie wielu przeciwników również w gronach zwolenników Apartheidu. Uważali oni bowiem, że czarnym nie powinno przysługiwać prawo do uczestniczenia we władzy.

Trikameralizm funkcjonował w przeszłości również w innych państwach, między innymi w Boliwii. Nie okazał się jednak systemem na tyle skutecznym, by zagościć na arenie politycznej na dłużej.

niedziela, 14 czerwca 2015

Państwo w państwie, czyli o enklawach

Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie, czym tak naprawdę jest enklawa? Jedna odpowiedź nasuwa się od razu. Państwo, które graniczy tylko i wyłącznie z jednym innym państwem i nie ma dostępu do morza. To jednak definicja niepełna. Enklawą jest bowiem także obszar należący do państwa A, który jest otoczony w całości przez terytorium państwa B. Enklawą nie jest - w takim razie - na przykład Obwód Kaliningradzki, bo graniczy z Polską i Litwą. Samo istnienie enklaw, takich państw w państwie wydaje nam się egzotyczne, lecz nawet w Europie naliczymy ich całe mnóstwo.

Wielkie muzea, tor wyścigowy i afrykańskie plemię
Enklawy, które stanowią odrębne państwa, naliczymy tylko trzy. Pierwszą jest Watykan. Ma on powierzchnię oszałamiających 44 hektarów. Nie jest to jednak wyłącznie Bazylika i Plac Świętego Piotra. Mamy tu także ogromne Muzea Watykańskie, uznawane za jedne z największych na świecie. Powstało wiele szacunków dotyczących tego kolosa, a najbardziej interesujące z nich mówią, że jeśli każdemu eksponatowi poświęcimy kilka sekund, będziemy siedzieć w Watykanie przez... 8 lat! Na zachód od muzeów wielkie ogrody watykańskie, złożone z kilku części - ogrodów włoskich, francuskich, angielskich, nawet amerykańskich. Aha, byłbym zapomniał. Jak w każdym szanującym się państwie, w Watykanie mieści się redakcja, centrum prasowe, supermarket, urząd pocztowy, dworzec kolejowy, stacja telewizyjna itd. itp. To dużo jak na 44 hektary, prawda?

Vatican Museums 2011 7
Druga z naszych enklaw to San Marino, kolejne państwo-miniaturka. I znów otoczone przez Włochy. Tym razem mamy jednak do czynienia z kraikiem znacznie większym od Watykanu. Ma on bowiem aż (!) 61 kilometrów kwadratowych, czyli 6 100 hektarów. Na myśl przychodzi w tym momencie satyryczna mapa toru wyścigowego Imola (we Włoszech), gdzie rozgrywa się co roku Grand Prix San Marino Formuły 1, na tle konturu San Marino. Ze zdjęcia tego wynika, że ów tor zająłby większą część kraiku. Oczywiście nie jest to prawdą. Internetowi komicy przesadzili... pięciokrotnie.

A jak to się stało, że San Marino jest enklawą? Przecież mieszkańcy tego państewka są tak podobni do standardowych Włochów. Język - włoski, religia - katolicyzm. No więc? Wytłumaczenie tego zjawiska byłoby dosyć trudne i - co najważniejsze - obszerne. Na potrzeby tego artykuły nadmienimy więc tylko, że San Marino po prostu "przespało" zjednoczenie Włoch w 1860/61 roku. A Włosi nie przejęli się zbytnio z tego powodu. Ostatecznie w 1862 r. oba państwa podpisały między sobą układ o przyjaźni i na tym się skończyło. Oczywiście nie licząc kolejnych układów o przyjaźni...

Fortress of Guaita 2013-09-19
No i trzecia z naszych enklaw. Ta wymaga od nas dalszej podróży, bo aż na południe Afryki. Tam znajdziemy Lesotho, państwo w całości zanurzone w Republice Południowej Afryki. Ma powierzchnię 30 tys. km², a więc jak na enklawę nie jest takie małe - można je porównać do województwa mazowieckiego. Zdecydowaną przewagę w strukturze etnicznej ma plemię Sotho, należące do grupy Bantu. Z tym, że plemię owo jest rozproszone również na terenie RPA i Botswany. W rezultacie w Lesotho żyje niecała 1/3 jego przedstawicieli.

DCP 2498 gone fishin (21)
Jedno miasto czy dwa miasta?
Jak już wcześniej zauważyliśmy, zdarzają się również enklawy niebędące samodzielnymi państwami. Takie sytuacje są naprawdę częste, również w Europie. Niektóre z nich zakrawają na miano kuriozów. Bardzo ciekawy jest na przykład przypadek Baarle w Holandii... a właściwie to w Belgii. A tak naprawdę, to i w Belgii, i w Holandii. Tak naprawdę są to aż dwa miasta! A mianowicie, belgijskie Baarle-Hertog i holenderskie Baarle-Nassau. Zasadniczo pierwsze z nich jest otoczone w całości przez terytorium Holandii. Nie składa się jednak z jednej jednolitej części, a z... 16 rozdrobnionych fragmentów, nierzadko o wielkości kilku budynków. I co jeszcze ciekawsze, na terytorium Baarle-Hertog mamy do czynienia z siedmioma enklawami holenderskimi.

Konkluzja jest następująca. Baarle to z praktycznego punktu widzenia jedno miasto, podzielone jednak pomiędzy terytoria dwóch państw na kilkadziesiąt sektorów. Przejeżdżając z jednego końca miejscowości na drugi możemy kilkanaście razy przekraczać granicę! No właśnie, co z granicą? Ano, granica sobie przechodzi przez ulice, domy, budynki. Niektórzy mieszkańcy Baarle śpią albo jedzą śniadanie na granicy dwóch państw. A od czego zależy czyimi obywatelami są? Od tego, gdzie znajdują się główne drzwi ich domostw. Fakt ten rodzi jeszcze jeden problem. Jeden, jedyny budynek w całym mieście ma bowiem drzwi idealnie na granicy! I co teraz?

Baarle-Nassau frontière café
Miasto w dwóch rzeczywistościach
Interesujący jest także przypadek Campione d'Italia, włoskiej enklawy na terytorium Szwajcarii. Do sytuacji takiej doszło już pod koniec XVIII wieku. Region Ticino decydował wówczas za pomocą referendum, czy przystąpi jako pełnoprawny kanton do Szwajcarii. Postulat ten został przyjęty, jednak nie wszędzie. Niewielkie Campione stwierdziło, że chce jednak do Lombardii, która później stała się częścią Włoch.

Status Campione d'Italia jest niezwykle ciekawy z kilku względów. Po pierwsze, jego mieszkańcy posługują się jako walutą nie euro, a szwajcarskim frankiem. Są podatnikami szwajcarskimi, należą do tamtego systemu świadczeń, rejestrują swoje pojazdy w Szwajcarii, a nawet należą do szwajcarskiego systemu telekomunikacyjnego! I mimo to pozostają obywatelami Włoch. Interesujące, prawda? Dużą rolę w ukształtowaniu się i przetrwaniu takiego właśnie systemu mogło odegrać powstanie w tym miejscu kasyna w 1917 roku. Dziś jest ono największym obiektem tego typu w Europie i największym pracodawcą w Campione d'Italia.

Campione d'Italia 01
Historyczne rozwiązanie
Rekordowa pod względem ilości enklaw jest natomiast granica indyjsko-banglijska. A przynajmniej do niedawna była... Od wielu dziesięcioleci region był usiany niewielkimi, liczącymi po kilka-kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych enklawami, zarówno na terenie Indii, jak i Bangladeszu. Zdarzało się, że to zjawisko przybierało prawdziwie komiczne efekty. Tak na przykład na terytorium Bangladeszu znajdowała się indyjska enklawa Balapara Khagrabari. Wewnątrz tej właśnie enklawy wydzielono enklawę banglijską o nazwie Upanchowki Bhajni. A w centrum tej enklawy mieściła się indyjska Dahala Khagrabari.

Wydaje się to śmieszne, lecz wcale takie nie było. Południowa Azja to nie Europa. Mieszkańcy enklaw nie mieli tam tak łatwo, jak u nas. W praktyce nie wiedzieli tak do końca, gdzie mieszkają. Dlatego sytuacja ta musiała być rozwiązana. Musiała być, ale nie była. Rządy Indii i Bangladeszu nie mogły się w tej sprawie porozumieć od kilku dekad. Aż do zeszłej soboty. Na mocy ugody pomiędzy oboma państwami doszło do wymiany większości spośród niemalże 200 enklaw. Perspektywy na przyszłość dla granicy indyjsko-banglijskiej są więc pomyślne.

Coochbehar
Polska enklawa
To zaskakujące, ale czegoś na kształt enklaw możemy się doszukiwać również w Polsce. Mowa o gminie Sławków. Przed reformą administracyjną z 1998 roku znajdowała się ona w województwie katowickim, lecz od tego roku została przydzielona do powiatu olkuskiego w województwie małopolskim. Reakcja mieszkańców była niespodziewana - natychmiast zdecydowali się złożyć referendum o przyłączenie do województwa śląskiego. Głosowanie odbyło się jeszcze przed wejściem w życie postanowień reformy administracyjnej. Frekwencja wyniosła niemalże 80%, a "za" zakreśliło ponad 99% uczestniczących. W rezultacie Sławków został przyłączony do województwa śląskiego. Z tym, że nie do najbliższego powiatu - Dąbrowy Górniczej, a do Będzina, który ze Sławkowem granicy nie posiada.

Sławków Ratusz
Enklaw więc jest na świecie sporo, zarówno w Europie, jak i poza nią, a nawet (przy drobnym naciągnięciu) w Polsce. A ich sytuacja jest naprawdę interesująca i warta poznania.

Zobacz też:
1. Życie na Grenlandii 
2. Poznajcie nowe dyscypliny olimpijskie

sobota, 13 czerwca 2015

Opole festiwalowe

Jestem mieszkańcem Opola, więc nie mam możliwości odgadnięcia, z czym kojarzy się ono w innych regionach Polski. Mogę jednak z niemałą dozą pewności stwierdzić, iż najczęściej myślicie o nim w kontekście Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki, imprezy o przeszło pięćdziesięcioletniej tradycji, sięgającej 1963 roku. Opole w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat stało się prawdziwą stolicą polskiej piosenki, co podkreśla się tutaj w wielu miejscach, nie tylko na obszarze amfiteatru.
Wieża Piastowska, Urząd Wojewódzki w Opolu i wielki afisz KFPP.
Ale i tak od amfiteatru zaczniemy. Obiekt powstał na krótko przed festiwalem i specjalnie dla umożliwienia jego organizacji. Inicjatorem powstania budowli, podobnie jak i całego KFPP, był burmistrz Opola, Karol Musioł. W ostatnich latach przeszła ona gruntowną przebudowę, przy okazji której wzniesiono również nowoczesną siedzibę Narodowego Centrum Polskiej Piosenki. Teoretycznie działa tutaj także Muzeum Polskiej Piosenki. W praktyce problemy z przetargami sprawiły, że wystawy stałej wciąż mu brakuje.

Amfiteatr umieszczono w dosyć malowniczym miejscu. Z jednej strony mamy charakterystyczną Wieżę Piastowską, na którą warto się wspiąć, by przyjrzeć się Narodowemu Centrum Polskiej Piosenki z góry. Z drugiej strony płynie Odra, z trzeciej widzimy remontowane obecnie lodowisko Toropol. Widownia ma dwa poziomy. Ten górny, umieszczony na balkonie przyciąga uwagę, lecz nie radzę Wam wybierać go jako swojej siedziby na czas jakiegokolwiek koncertu - widok na scenę skutecznie zasłonią Wam wówczas barierki.
Amfiteatr z Wieży Piastowskiej.
Nieopodal amfiteatru znajdziemy Stawek Barlickiego. Również i on przeszedł w ostatnich latach remont i dziś odbywają się na nim interesujące pokazy. W określone dni o godzinie 12:00 i 18:30 odgrywanych jest po pięć utworów w towarzystwie "tańczącej" fontanny. Podczas dodatkowego spektaklu o godzinie 21:30 pojawiają się również różnokolorowe światła. Wśród prezentowanych obecnie utworów znajdziemy Nic nie może więcej trwać Anny Jantar, Byłaś serca biciem Andrzeja Zauchy, czy Bałkanicę zespołu Piersi.
Stawek Barlickiego i Wieża Piastowska.
Stawek Barlickiego od północy.
Kierujemy się teraz na wschód. A na wschód od amfiteatru znajdziemy rynek. Funkcjonuje tam stale poszerzana Aleja Gwiazd Festiwalu Polskiej Piosenki. W brukowane podłoże wbitych jest kilkadziesiąt już tablic z symbolem gwiazdy, podpisami artysty bądź artystów, imieniem wykonawcy lub zespołu oraz logo KFPP. Jako pierwsi swoje tablice odsłoniła Ewa Demarczyk i - pośmiertnie - Czesław Niemen. Od tego czasu co roku przybywa po kilka gwiazd. W tym roku do honorowego grona dołączyli Kasia Kowalska, Czerwone Gitary, Jacek Cygan, Andrzej Zaucha i Helena Majdaniec. Liczba gwiazd zbliża się już powoli do 50, co sprawia, że w najbliższych latach z Alei Gwiazd zrobią się dwie Aleje Gwiazd bądź owa aleja wykroczy poza rynek.
Aleja Gwiazd, część "świeża".

Gwiazda 2+1 z 2012 roku.
Rynek w Opolu w czasie trwania festiwalu.
I wreszcie ostatni akt festiwalu w Opolu. Jeśli wespniemy się na Wzgórze Uniwersyteckie, naszym oczom ukaże się szereg rzeźb polskich artystów, w piękny sposób rozmieszczonych na terenie niewielkiego skweru. Znajdziemy tu siedzących na ławeczkach Marka Grechutę, Jeremiego Przyborę, Jerzego Wasowskiego, zamyśloną Agnieszkę Osiecką, ukrytego w cieniu drzew Czesława Niemena, czy wreszcie spoglądającego w niebo Jerzego Grotowskiego. Po schodach wiodących do uniwersytetu wspina się natomiast Jonasz Kofta, a na tyłach uczelni zobaczymy nowo odsłonięty pomnik, niezbyt związanego z muzyką Edmunda Osmańczyka.
Jerzy Grotowski, w tle Czesław Niemen.
Agnieszka Osiecka i Marek Grechuta.

Marek Grechuta, w tle budynek Uniwersytetu.
Marek Grechuta, w tle Czesław Niemen.
Jonasz Kofta na schodach uniwersytetu.
Edmund Osmańczyk.
Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Opole żyje festiwalem. Stara się w każdy możliwy sposób podkreślać swój niezaprzeczalny związek z historią polskiej muzyki. I dobrze.

7 najlepiej zapalonych zniczy olimpijski po 1990

Podczas igrzysk wszystko kręci się w zasadzie wokół znicza olimpijskiego. Najważniejszymi momentami wydają się być jego zapalenie i jego zgaśnięcie. To on, świecąc nieustannie przez przeszło dwa tygodnie, wyznacza czas trwania wielkiej, sportowej imprezy. A sposób jego zapalenia już tradycyjnie jest niezwykły. Kolejni organizatorzy prześcigają się w wymyślaniu coraz bardziej oryginalnych rozwiązań. Czasem im to wychodzi, czasem nie. Dziś zaprezentuję Wam moją listę siedmiu najlepiej zapalonych zniczy z ostatnich 25 lat, zarówno z igrzysk letnich, zimowych, jak i... europejskich. Będzie bardzo subiektywnie, ale czasami i tak trzeba :).

7. Ateny
Ateny, czyli miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Po przeszło stu latach nowożytne igrzyska wróciły do swojej kolebki, do stolicy Grecji. Ceremonia otwarcia była wówczas nietypowa z wielu względów. Na przykład, reprezentacja Grecji zaprezentowała się widzom aż dwa razy - na początku - z urzędu, jako Grecy, i na końcu - jako organizator. Interesujący był także moment zapalenia znicza olimpijskiego. Dokonał tego żeglarz Nikolaos Kaklamanakis, a zniczem był wielki, obracający się w pionie stelaż. Wydarzeniu towarzyszyła piękna gra świateł i wspaniała oprawa muzyczna.


6. Soczi
Ceremonia otwarcia w Soczi była wielkim pokazem siły. Wpisywała się w to również ceremonia zapalenia znicza olimpijskiego. Desygnowani do tego zadania była łyżwiarka Irina Rodnina i  były hokeista Władisław Trietjak, pojawili się co prawda na stadionie, lecz zaraz potem z niego wybiegli w towarzystwie aplauzu artystów, którzy zaprezentowali się wcześniej na arenie. Znicz zlokalizowano bowiem w odległości kilkuset metrów od stadionu, w centrum olimpijskiego kompleksu.
Olympic Flame (5) (14645637275)
5. Lillehammer
W 1994 roku, w norweskim Lillehammer znicz zlokalizowano na wysokiej wieży, po której wspinał się ogień. Od dołu zapalił ją norweski książę, Haakon. Sam moment zapalenia znicza został jednak przyćmiony przez sposób jego dotarcia na stadion. A stadionem była wówczas skocznia narciarska. Organizatorzy w doskonały sposób wykorzystali specyficzną lokalizację. Znicz przekazali skoczkowi narciarskiemu, Steinowi Grubenowi. Z tym, że Norweg znajdował się wówczas na rozbiegu...
4. Sydney
W australijskim Sydney znicz został podpalony przez lekkoatletkę Cathy Freeman. A zrobiła to w sposób doprawdy niesamowity. Stanęła na środku płytkiego baseniku i... podpaliła wodę! A konkretnie, obręcz w tej wodzie ukrytą, która niebawem zaczęła się wyłaniać z odmętów. Za pomocą pewnego mechanizmu znicz ten powędrował ku górze stadionu, gdzie przybrał swój ostateczny kształt.


 

Olympic Flame 2000 (Summer Olympics)
3. Vancouver
Vancouver postawiono dwa lata wcześniej wysoką poprzeczkę. Ceremonia otwarcia igrzysk w Pekinie była po prostu olśniewająca. Kanadyjscy organizatorzy zrobili co mogli, jednak gala w Vancouver nie robiła już aż takiego wrażenia. Był jednak jeden element, w którym Kanadyjczycy zdeklasowali Chińczyków. I było to zapalenie znicza olimpijskiego. To w Vancouver właśnie, znicz po raz pierwszy był inny. Nie zapalono go poprzez strzał z łuku, spacer w przestworzach, czy skok ze skoczni narciarskiej. Nie. Postawiono na wrażenie artystyczne i symbolikę. A skutek jest fenomenalny. Znicz składał się z czterech elementów i podpaliło go aż czterech ludzi - łyżwiarka Catriona Le May Doan, narciarka Nancy Green, koszykarz Steve Nash i hokeista Wayne Gretzky.

Olympic Torch, Vancouver 2010 (4369924010)
2. Baku
Niespodzianka? Na drugim miejscu w moim zestawieniu świeża ceremonia otwarcia Igrzysk Europejskich w Baku, która miała miejsce dosłownie wczoraj. Znicz zapalono w niezwykle nastrojowej atmosferze, przy wspaniałej oprawie muzycznej i graficznej. A zniczem tym okazał się być ogromny gong. Efekt był przepiękny.
1. Londyn
Co do pierwszego miejsca nie miałem trudnego wyboru. Nie jestem w stanie znaleźć żadnego punktu w historii igrzysk olimpijskich, który tak by mnie poruszył. Znicz z Londynu zdeklasował jak dla mnie wszystkie inne w historii olimpiady. Jego konstrukcja została doskonale przemyślana. Składał się bowiem z 204 łusek osadzonych na wysokich kijach. Każda z tych łusek została przyprowadzona na stadion przez jedną ekipę narodową. Zapalenia znicza dokonało siedmiu młodych, wschodzących sportowców nominowanych przez siedmiu byłych atletów, których kariera już się skończyła. A na sam koniec łuski powędrowały do góry, zbliżyły się do siebie i zapłonęły jednym, wielkim płomieniem. A wszystko w towarzystwie wspaniałej, nastrojowej muzyki. Tak więc londyński znicz wygrał u mnie praktycznie we wszystkich kategoriach: symbolika, pomysł, wartość artystyczna... Nic dodać, nic ująć...


Flame going out (4)
Na koniec zaserwuję Wam jeszcze jeden materiał z londyńskiego otwarcia, za pomocą którego organizatorzy olimpiady z 2012 roku po raz kolejny podbili moje serce. A mianowicie, Hey Jude w wykonaniu Paula McCartneya i kilkudziesięciu tysięcy widzów zgromadzonych na stadionie. Pamiętacie to jeszcze?

A jakie momenty z igrzysk Wam zapadły najbardziej w pamięci? I jak wyglądałoby wasze zestawienie olimpijskich zniczy? :)

Zobacz też:
1. Poznajcie nowe dyscypliny olimpijskie

piątek, 12 czerwca 2015

10 rzeczy, których mogłeś nie wiedzieć o ruchu drogowym

Kodeks drogowy to zbiór przeszło 150 przepisów, a więc kilkaset stron czystego tekstu. Mało interesująca lektura, prawda? I łatwo się w nim pogubić, czyż nie? Stąd wynikać może fakt, iż kodeks ten jest pełen przepisów, o których istnieniu zazwyczaj nie wiemy, w wielu przypadkach nawet wtedy, gdy przygotowujemy się do egzaminu na prawo jazdy. Funkcjonuje wiele mitów na temat tego, co nam wolno, a czego nie. No i, rzecz jasna, prawo drogowe pełne jest rozmaitych kuriozów, przepisów niesprecyzowanych bądź nieposiadających jakiegokolwiek przełożenia na rzeczywiste sytuacje na drodze. I dziś przyjrzymy się zarówno tym mitom, jak i tym kuriozom.

1. O wyprzedzaniu z prawej.
Jeśli jesteście kierowcami to na pewno spotkaliście się z taką oto sytuacją. Jedziecie sobie autostradą z 120 km/h na liczniku, a więc prędkością definitywnie dozwoloną. I nagle ukazuje się waszym oczom pewien kreatywny kierowca, który "zasuwa" dwa razy wolniej po lewym pasie. I w tym momencie pojawia się problem. Co zrobić? Przecież nie można wyprzedzić go z prawej... Błąd. W wielu sytuacjach taki manewr jest jak najbardziej dozwolony. Mówi o tym artykuł 24, ustęp 10 kodeksu ruchu drogowego. Zgodnie z tym zapisem możemy wyprzedzać z prawej na dwupasmowej jezdni jednokierunkowej z wyznaczonymi liniami rozdzielającymi pasy. I odnosi się to zarówno do zwyczajnych dróg jednokierunkowych, jak i do tych wielopasmówek, których jezdnie są oddzielone od siebie na przykład pasem zieleni - są to autostrady, niektóre drogi ekspresowe i tym podobne. Poza tym, możemy także wyprzedzać z prawej na drogach o jednej jezdni, jeśli w jednym kierunku w terenie zabudowanym biegną dwa pasy, a w terenie niezabudowanym - trzy.

A3 (Romania)
Autostrada A3 w Rumunii.
2. O cofaniu na drodze jednokierunkowej.
Tutaj mamy sytuację konfliktową. Kodeks drogowy nie precyzuje jasno kwestii cofania na drodze jednokierunkowej. Spotkałem się już z różnymi poglądami na tą sprawę, również wśród źródeł i ekspertów. Ustalmy więc to, co jest pewne. Po pierwsze, z całą pewnością nie możemy wjeżdżać tyłem do drogi jednokierunkowej. Przekroczenie znaku zakaz wjazdu w jakikolwiek sposób jest złamaniem prawa. Po drugie, nie możemy cofać jeżeli może spowodować to zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu bądź go utrudnić - tyczy to się każdej sytuacji, w której wrzucamy wsteczny. I wreszcie po trzecie, cofać nie możemy na autostradzie, drodze ekspresowej, tunelu, moście i wiadukcie.
Ulica.Ruska-do-plSolnego
Wrocław, jednokierunkowa ulica Ruska.
3. O używaniu klaksonu podczas wyprzedzania.
Używanie klaksonu, jak zapewne wiecie, jest zakazane w obszarze zabudowanym, chyba że jest to konieczne. W większości innych miejsc sygnału dźwiękowego możemy używać. Mało kto jednak wie, iż są takie sytuacje, w których klaksonu użyć musimy, jesteśmy do tego zobowiązani przez prawo. I sytuacją taką jest moment, w którym wyprzedzamy lub omijamy poza obszarem zabudowanym w warunkach ograniczonej przejrzystości powietrza, na przykład podczas mgły. Zaskakujące, prawda?

Horn (instrument)
Klakson ręczny.
4. O zakazie postoju w dni parzyste i nieparzyste.
Takich sytuacji zbyt często nie spotykamy. Czasem jednak możemy trafić na widoczny poniżej znak. Jeśli zobaczymy na nim jedną białą kreskę, to znaczy, że parkować możemy tutaj tylko i wyłącznie w dni nieparzyste. Jeśli natomiast ujrzymy dwie białe kreski, to parkować tu będziemy w dni parzyste. Nietypowa sytuacja, lecz czasem użycie takich środków jest konieczne. Pytanie podstawowe odnosi się do mieszkańców okolicy. Czy w takim przypadku muszą oni przybywać do swoich samochodów punktualnie o północy, by przeparkować swoje pojazdy? Oczywiście, że nie. Muszą to zrobić w godzinach 21-24, co jednak także może sprawiać pewne problemy.

Znak B-37
Znak B-37 - zakaz postoju w dni nieparzyste.
5. O rondach, na których wjeżdżający ma pierwszeństwo.
Rondo funkcjonuje w naszej świadomości i podświadomości jako skrzyżowanie o ruchu okrężnym, na którym pierwszeństwo zawsze ma ten, który się na nim znajduje. Tak jednak nie jest. Standardowe rondo działa na innych zasadach. A mianowicie, pierwszeństwo na nim ma ten, który na nie wjeżdża. Odstępstwem od tej reguły jest umieszczenie znaku ustąp pierwszeństwa ponad znakiem ruch okrężny, z czym mamy do czynienia w zdecydowanej większości przypadków.

PL Opole Rondo
Rondo w Opolu - przykład ronda z pierwszeństwem samochodów na nim przebywających.
6. O otwartym bagażniku.
Wielu ludzi sądzi, że nie możemy przewozić w bagażniku ładunku, który z niego wystaje; że nie możemy kontynuować jazdy z otwartym bagażnikiem i wystającym z niego przedmiotem. Tak jednak nie jest. Możemy to zrobić. Oczywiście, jeśli spełnimy cały szereg warunków technicznych. Przedmiot nie może bowiem wystawać dalej niż 2 metry do tyłu, nie może zakrywać tablicy rejestracyjnej, świateł, utrudniać widoczności kierowcy, przemieszczać się, wpływać negatywnie na stateczność pojazdu etc. No i musimy go odpowiednio oznaczyć, w tym przypadku czerwono-białymi pasami oraz - w razie niesprzyjających warunków pogodowych - czerwonym światłem.

1965 Rambler Classic 660 4-d blue-white VA-t 
7. O szerokości roweru.
Jaki rower jest, to wszyscy wiemy. Tak by się wydawało, lecz prawo drogowe dokładnie precyzuje czym jest rower. Bardzo dokładnie. A mianowicie, jest to pojazd, którego szerokość maksymalna nie przekracza 90 centymetrów. Pojazd ten musi też być napędzany siłą ludzkich mięśni, przy czym możemy wyposażyć go w silniczek o niewielkiej mocy. A co się stanie, jeśli szerokość roweru przekroczy 90 centymetrów? Proste - nie będzie już rowerem, a wózkiem rowerowym.

VilloStationAlmostFull
Rowery miejskie w Brukseli.
8. O ładunku odrażającym.
Jak udowodniliśmy w punkcie 6, przewóz dużych ładunków, które wystają poza obrys pojazdu, jest obostrzony licznymi przepisami. Jest jeszcze jedna zasada. A mianowicie, w myśl art. 61, ust. 3 kodeksu drogowego, przewożony przez nas ładunek nie może mieć odrażającego wyglądu ani zapachu. Prawo nie konkretyzuje jednak, co uznać możemy za odrażające...

Crabtree Jones House Move  
9. O wyprzedzaniu pojazdu uprzywilejowanego.
Pojazd uprzywilejowany, czyli taki pojazd, który wysyła jednocześnie sygnały dźwiękowe i świetlne określone w ustawie. Według powszechnego przekonania, pojazdu takiego nie można wyprzedzić. I znów powszechne przekonanie się myli, przynajmniej w połowie. Możemy bowiem wyprzedzić pojazd uprzywilejowany poza obszarem zabudowanym. Oczywiście musimy przy tym stosować się do zasad ruchu drogowego, co jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Spróbujcie na przykład wyprzedzić straż pożarną na sygnale zachowując przy tym dopuszczalną prędkość! W praktyce więc jest to prawdziwe kuriozum prawa ruchu drogowego, nieposiadające jakiegokolwiek przełożenia na rzeczywistość.

Karetka.T  
10. O prędkości minimalnej.
Z tym znakiem spotykamy się niezwykle rzadko. Prędkość minimalna to coś, co - jakby się wydawało - nie ma większego sensu. Przepisy, które jej dotyczą, znajdują jednak zastosowanie w szeregu przypadków, takich jak zaistnienie pasu ruchu powolnego - wtedy można wprowadzić minimalną prędkość na drugim z pasów, tym przeznaczonym dla szybszych pojazdów, czy też kierowców. Pamiętać jednak należy, iż prędkość minimalna nie ma zastosowania w przypadku wystąpienia warunków bądź zjawisk, które zmuszają nas do wolniejszej jazdy.

Znak C-14
Znak C-14 - prędkość minimalna.
Tak więc poznaliśmy kilka interesujących zapisów w ruchu drogowym. Często są one zaskakujące, nietypowe. Musimy się jednak do nich stosować.

czwartek, 11 czerwca 2015

Dzień w Jeseniku

Jesenik to jedna z czeskich perełek, miasto o dużej wartości turystycznej, uzdrowiskowej i artystycznej. Miasto, do którego zawsze warto się wybrać, bez względu na pogodę i porę roku. Miasto, w którym na pewno nie będziemy się nudzić.
Uzdrowisko od północnego-zachodu.
Największą - ale czy najpiękniejszą? - atrakcją Jesenika są Lázně, czyli umieszczone na zboczu jednej z gór otaczających miasto, uzdrowisko. Wiedzie do niego kręta, stroma droga, usiana ze wszystkich stron... parkingami. To my wybieramy, gdzie się zatrzymamy. Ja preferuję spacer z w miarę niskiego punktu, by móc podziwiać piękne widoki, jakie rozciągają się po drodze do uzdrowiska. Jeśli trafimy na dobrą pogodę, dostrzeżemy stąd odległe Czerwonogórskie Sedlo (Červenohorské sedlo), bazę turystyczną dla dłuższych wycieczek górskich.

Historia uzdrowiska sięga lat 20. XIX wieku i postaci Vincenza Priessnitza. Ten pochodzący ze Śląska medyk opracował metodę hydroterapii, czyli wodolecznictwa. Dzięki dobrym rezultatom w leczeniu chorych udało mu się założyć w Jeseniku dom kuracyjny, który w kolejnych latach stopniowo powiększał. Sanatorium nie przestało się rozbudowywać nawet po jego śmierci i dziś jest prawdziwym kompleksem różnego rodzaju parków i budynków. A jego centralną częścią jest Hotel Priessnitz, wielki, pięciokondygnacyjny, długi na kilkaset metrów kolos, którego w sprzyjających warunków zobaczymy jak na dłoni z niemalże każdego punktu w Jeseniku.

Najciekawsze - jak dla mnie - są jednak parki uzdrowiska. Są one wprost usiane wszelkiego rodzaju pomniczkami, źródełkami, skałkami. W miejscach najbardziej reprezentatywnych ustawiono dodatkowo piękne skalne monumenty, wśród których wytyczono ścieżki. I jeszcze jedno - widoki! Gdzie byśmy nie stanęli, zobaczymy przepiękną panoramę Jesenika i otaczających go gór. Wrażenia artystyczne doprawdy sięgają zenitu!
Jesenik z południowego skraju uzdrowiska.
Skalny monument w uzdrowisku.
Nie jest to rzecz jasna wszystko, co ma nam do zaoferowania Jesenik. W okolicy miasteczka zlokalizowane są dwie jaskinie. Takie jaskinie, których cale mnóstwo jest w Czechach, a których w Polsce niestety brakuje. Jaskinie pokroju Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie i Jaskini Raj w Chęcinach.

Pierwsza z nich, na północnym krańcu miasta, nosi nazwę Jaskini na Špičáku (czyt. Szpiczaku). Jest bardzo krótka, lecz jednocześnie niezwykle piękna. Wspaniałe nacieki, stalagmity, stalaktyty, stalagnaty wydają się wystawać ze wszystkich stron, zachwycając swoją urodą. Jaskinia ta była użytkowana już wiele wieków temu, między innymi jako schronienie podczas najazdów nieprzyjaciół. Ciekawostką jest fakt, iż ludzie musieli się wówczas przedzierać wąziutkimi, niziutkimi korytarzami, które w ciągu ostatnich lat zostały znacznie poszerzone, przez co wszelkie malunki, napisy etc., które nasi przodkowie nam zostawili, umieszczone są wysoko nad naszymi głowami. Warto jeszcze wspomnieć, że sprzed jaskini rozciąga się wspaniały widok na Jesenik i jego okolice, równie piękny - o ile nie piękniejszy - od tego, który oglądać mieliśmy okazję spod Priessnitza.
Jaskinia na Szpiczaku, jedna z odnóg korytarzy.
Korytarze w Jaskini na Szpiczaku.
Widok sprzed Jaskini na Szpiczaku.
Druga z jaskiń nie jest już tak wyeksponowana na świat. Ukrywa się na zalesionej przełęczy na południowym-zachodzie Jesenika i nosi nazwę Jaskini na Pomezi. Jest znacznie dłuższa od swojej siostry, a także znacznie bardziej urozmaicona. O ile na Špičáku spacerowaliśmy wyłącznie w poziomie, to tutaj będziemy musieli się nieźle powspinać po schodach. Nasz wysiłek jest jednak wynagrodzony przez wspaniałe formy naciekowe, których w jaskini jest po prostu zatrzęsienie.
Formacje naciekowe w Jaskini na Pomezi.

U wejścia do jaskini.
Atrakcja dodatkowa - nietoperz.
Wycieczka do Jesenika to naprawdę dobrze spędzone godziny, cokolwiek byśmy tam nie robili. Pamiętajcie, że jaskinie to nie wszytko, co czeskie miasto ma nam do zaoferowania. Są też tam rozmaite szlaki turystyczne o różnych profilach, wieże widokowe, wodospady, schroniska, formacje skalne, o których być może w przyszłości jeszcze napiszę :). Jak Wam się podoba Jesenik? Znacie jakieś inne czeskie miasta o podobnym charakterze?
     

Flagi i ich znaczenie 2 (Afryka)

Kontynuujemy naszą podróż po świecie flag. Dziś wybierzemy się na Czarny Kontynent, do Afryki. Afryki, która pod względem flag narodowych jest niezwykle interesująca. Wielokrotnie możemy zobaczyć tam rozmaite ornamenty umieszczane w różnych częściach sztandarów, jakieś małe cosie, które często uznajemy za zwykłe plamki, a jeszcze częściej za rzeczy, którymi wcale nie są...

1. Suazi
Dla wytłumaczenia - Suazi to maleńkie państwo w południowej Afryce, graniczące głównie z RPA, ale też z Mozambikiem. Flaga kraiku została przyjęta w 1968 roku. Składa się z pięciu pasów - centralnego, czerwonego, symbolizującego dawne bitwy, dwóch żółtych ku chwale surowców naturalnych regionu oraz dwóch niebieskich, odnoszących się do pokoju i stabilności. A w środku mamy pierwsze coś. Owym cosiem - jak się okazuje - tarcza oraz dwie włócznie, co ma upamiętniać obronę kraju przed jego wrogami. Warto jeszcze dodać, że tarcza jest biało-czarna, a więc nawiązuje do jednoczesnego funkcjonowania dwóch ras - białej i czarnej - na terenie Suazi.
Flag-map of Swaziland
Flaga Suazi w konturze państwa.
2. Kenia
Flaga Kenii jest dosyć charakterystyczna. Ma trzy poziome pasy - czarny (ludzie), czerwony (przelana krew) i zielony (krajobraz). Mało kto bierze pod uwagę, że pasy te są oddzielone od siebie za pomocą dwóch cienkich, białych paseczków, symbolizujących pokój i sprawiedliwość. A co tym razem widzimy w środku? Tym razem łatwiej się zorientować. Są to - ponownie - tarcza i włócznia, lecz tym razem odnoszące się do kultury kraju. Styl owych atrybutów nawiązuje bowiem do broni Masajów.
Flag of Kenya
3. Angola
Na fladze Angoli również zobaczymy czerń i czerwień. I znów pojawia się standardowa symbolika do nich się odnosząca - a mianowicie czarny to kontynent afrykański i jego ludność, a czerwony - przelana krew. W centralnej części znajduje się natomiast pozostałość po marksistowskich rządach w kraju - złota maczeta, gwiazda i koło zębate, nawiązujące do klasy robotniczej i... flagi Związku Radzieckiego. W 2003 roku próbowano ten oryginalny symbol zmienić na nieco bardziej przyjemny dla oka - a mianowicie niebiesko-biało-czerwoną flagę z żółtym słoneczkiem o nieregularnym kształcie, narysowanym - jakby się wydawało - pospiesznie. Propozycja jednak nie przeszła i wciąż oglądamy na fladze Angoli pozostałości po ZSRR.
Flag of Angola (WFB 2004)
Aktualna flaga Angoli.

Flag of Angola (2003 proposal)
Propozycja flagi Angoli z 2003 roku.
 
4. Uganda
Flaga Ugandy została zaadaptowana po odzyskaniu przez kraj niepodległości w 1962 roku. Widzimy na niej sześć pasów - dwa czarne (znów mieszkańcy Afryki), dwa żółte (słońce) i dwa czerwone. Te czerwone ponownie symbolizują krew, lecz mieszkańcy Ugandy okazali się nieco bardziej kreatywni i stwierdzili, iż owa czerwień odnosi się nie do krwi bitewnej, a do tej krwi, która łączy wszystkich Afrykańczyków. Wewnątrz mamy natomiast białe kółeczko z ptaszkiem. Ptaszek ten to koronnik szary, ptak zbliżony z wyglądu do żurawia i jednocześnie symbol Ugandy, symbolizujący szlachetność.

Flag of Uganda (WFB 2004)
5. Lesotho
A cóż to znowu za coś we fladze Lesotho? Przedmiot ten może przypominać wazę, wachlarz, a - jeśli nie przyjrzymy się dobrze - to nawet kobietę w sukni. Tymczasem jest to kapelusz! I to nie byle jaki kapelusz, bo kapelusz tradycyjny dla zamieszkującego państwo, plemienia Basotho. Dodatkowo trzy kolorki - niebieski odnoszący się do nieba i deszczu, biały do sprawiedliwości oraz zielony oznaczający szczęście i krajobraz.

Flag of Lesotho
6. Liberia
Zaraz... Coś tu nie gra. Flaga Liberii wygląda prawie tak, jak flaga USA po drobnej stłuczce. Co Stany Zjednoczone robią w Afryce? No cóż, akurat w Liberii zrobiły dużo. Państwo powstało w XIX wieku właśnie z inicjatywy Amerykanów. Miała być kolonią dla czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Plan nie powiódł się do końca, ale symbole zostały. Teraz trochę o różnicach. Widzimy tutaj jedną, a nie pięćdziesiąt gwiazdek. Oczywiście wynika to z faktu, że Liberia nie składa się z 50 stanów. Tak więc biała gwiazda nawiązuje do wolności dawnych amerykańskich niewolników i ich potomków. No i druga różnica - nie 13 biało-czerwonych pasów, a 11. Jedenaście pasów, bo tyle ludzi podpisało Deklarację Niepodległości Liberii.

Flag of Liberia (WFB 2004)
7. Zimbabwe
Flaga Zimbabwe to już wyższa szkoła jazdy. Pod względem bogactwa elementów i ich oryginalności to - według mnie - jedna z najbardziej interesujących flag świata. Część zasadnicza składa się z siedmiu pasów. Te zielone symbolizują rolnictwo na obszarze państwa, żółte - bogactwo kraju pod względem złóż surowców mineralnych, w tym złota. Czerwone - standardowo - odnoszą się do krwi przelanej w boju z nieprzyjacielem, a czarna, środkowa - do kultury i tradycji rdzennych mieszkańców Afryki. Mamy tu także biały trójkąt, symbol pokoju, a na nim... czerwona gwiazda, symbol marksizmu i rewolucji. Oryginalne połączenie, czyż nie? I jeszcze to coś na gwieździe. To złote, dziwne coś. Jest to ptak. A konkretnie, złoty ptak, odnoszący się do starej statuetki, odnalezionej w ruinach budowli o nazwie Wielkie Zimbabwe. Ptak ten jest symbolem państwa jako reprezentant jego starej kultury i tradycji.

Flag of Zimbabwe (WFB 2004)  
8. Erytrea
Idziemy teraz do Erytrei. Flaga tego wschodnioafrykańskiego państwa składa się z trzech trójkątów - zielonego (rolnictwo i krajobraz), niebieskiego (morze) oraz czerwonego (krew przelana... - to już trochę nudne :)). A na tym czerwonym trójkącie zobaczymy następne coś. Ponownie złote. Tym razem jest to gałązka oliwna otoczona wieńcem oliwnym. A więc symbol pokoju.
Flag of Eritrea (1993-1995)
9. Mozambik
Skoro zaczęliśmy od Afryki południowo-wschodniej, to i tam skończymy. Patrząc na flagę Mozambiku przychodzi na myśl flaga Zimbabwe. Obie zostały oparte na podobnym schemacie i obie są równie skomplikowane. Szybko znajdziemy jednak konotację z jeszcze jednym afrykańskim państwem. Flaga Mozambiku jest bowiem - podobnie jak flaga Angoli - pozostałością po dawnym reżimie. W tym przypadku system jednopartyjny obowiązywał w latach 1983-92. Zmienił się ustrój, zmienił się hymn, flaga została. A co na niej widzimy? Pięć poziomych pasów - zielony (bogactwo ziemi), dwa białe (pokój), czarny (ludność Afryki) i żółty (złoża mineralne). Czerwony trójkąt symbolizuje - tradycyjnie już zresztą - krew przelaną w walce o niepodległość. Na nim widzimy żółtą gwiazdę jako symbol marksizmu, otwartą książkę odnoszący się do potrzeby edukacji, motyka - symbol rolnictwa i... karabin Kałasznikowa, czyli symbol starcia z dawnym kolonizatorem. I o ten karabin toczą się spory. Nigdzie więcej, w żadnym państwie na świecie, nie zobaczymy go na fladze. Tymczasem w Mozambiku i owszem. Wizerunek kraju chyba nieco przez to cierpi, nieprawdaż?

Flag of Mozambique (WFB 2004) 
Kończymy więc naszą podróż po Czarnym Lądzie. Bogactwo flag Afryki jest doprawdy niezwykłe. Charakteryzują się one rozmaitymi rozwiązaniami, które - choć o standardowej symbolice - nadają im nieco wyjątkowości.