sobota, 18 kwietnia 2015

Sport sto lat temu: kłopoty z maratonem

Sport sto lat temu miał zupełnie inne, nieznane oblicze. Wszystko to, co mamy okazję oglądać dziś, wtedy dopiero się kształtowało. Zapraszam w wędrówkę do początków ubiegłego wieku, podczas której przedstawię najciekawsze i najbardziej niezwykłe elementy ówczesnego sportu. W pierwszym wpisie na ten temat przyjrzymy się biegom maratońskim, jednej z najstarszych konkurencji, która w niemalże niezmienionym kształcie przetrwała do dzisiaj. Jej początki bywały jednak trudne, a biegi na tak dużym dystansie przysparzały organizatorom igrzysk mnóstwa problemów.

Pierwszy bieg maratoński odbył się podczas igrzysk olimpijskich w Atenach. Jego trasa mogła być tylko jedna - wiodła z Maratonu do Aten. Trasa jednak była w dużej mierze niezabezpieczona, a organizatorzy pokładali nadzieję w dobrym zachowaniu kibiców. Nadzieje te okazały się płonne, czego dowodem jest próba pobicia jednego z faworytów - Albina Lermusiaux - przez popa-fanatyka. Bieg wygrał z czasem prawie trzech godzin Spiros Luis. Na ostatniej prostej towarzyszył mu grecki następca tronu Konstanty.

Louis entering Kallimarmaron at the 1896 Athens Olympics
Spiros Luis wbiega na stadion w Atenach
W Paryżu, w 1900 roku, podczas igrzysk olimpijskich, które przeszły do historii ze względu na naganną organizację, zawodnicy zmagali się nie tylko ze zmęczeniem i sięgającą 38 stopni Celsjusza temperaturą, ale też z ulicami stolicy Francji. Trasa była bowiem niemalże nieoznakowana. Do mety dobiegło siedmiu zawodników, z czego dwaj pierwsi - Michel Theato i Emile Champion - byli Francuzami i potrafili się odnaleźć w labiryncie paryskich ulic. Trzeci - Szwed Ernst Fast - pytał o drogę przechodniów, a i tak udało mu się zabłądzić. Z kolei faworyt - Amerykanin Arthur Newton - przez cały bieg był pewny, że wygra. Już na początku wysforował się naprzód i nikt go później nie wyprzedzał. Zapewne pobiegł jednak złą trasą, bo gdy przybył na metę spotkał tam większość spośród swoich rywali.

Jeszcze ciekawsze rozstrzygnięcia przyniósł maraton na igrzyskach w St. Louis z 1904 roku. Po przeszło trzech godzinach oczekiwania na zwycięzcę na stadion wbiegł bowiem Fred Lorz. Gdy już przygotowywał się do odebrania honorów, pojawił się drugi z zawodników - Amerykanin Thomas Hicks. Niespodziewanie to on został ogłoszony zwycięzcą. Stało się tak, gdyż Lorz zszedł z trasy na dziesiątym kilometrze z powodu skurczu nóg. Dalej jechał samochodem, a gdy skurcze minęły na 5 km przed metą, wyruszył w dalszą podróż.
Marathon race during 1904 Summer Olympics
Zawodnicy na trasie maratonu 1904 r.



Podczas maratonu w Londynie, w 1908 r. na czele biegł natomiast Włoch Dorando Pietri, który dzięki bardzo szybkiemu biegowi na ostatnich kilometrach, wyprzedził reprezentanta Południowej Afryki, Charlesa Hefferona. Włoski maratończyk szybko odczuł jednak skutki swojej szarży i na stadion wbiegał już słaniając się na nogach. Gdy zataczał się na ostatnich 50 metrach otrzymał wsparcie ze strony sędziów i udał mu się przekroczyć linię mety. Później jednak go zdyskwalifikowano, a złoto przypadło Johnowi Hayesowi.

Na tym etapie żegnamy się z maratonem, który przez kolejne stulecie stał się jednym z najbardziej emocjonujących wydarzeń na igrzyskach olimpijskich i zdobył uznanie na całym świecie.

Perły Saskiej Szwajcarii: Most wśród skał

Bastei to wizytówka położonego na południe od Drezna, przepięknego regionu Saska Szwajcaria. Co roku zjawia się tam mnóstwo turystów z całej Europy, a mimo to w Polsce jest to atrakcja słabo rozpoznawalna. Nie zmienia to faktu, że most Bastei jest obiektem niezwykłym, wytworem - jakby się wydawało - wyobraźni człowieka niespełna rozumu. Jeśli tak było naprawdę, to niech na świecie żyje więcej szaleńców.


Most Bastei góruje nad kurortem Raten w Górach Połabskich. Rozciąga się z niego wspaniały widok na okoliczne miejscowości. Historia mostu sięga niezbyt daleko w przeszłość, albowiem powstał w  I połowie XIX wieku. Wcześniej w pobliżu znajdował się zamek Neurathen, z którego do dziś pozostały wyłącznie ruiny, udostępnione do zwiedzania.

Na most można się dostać kilkoma drogami. Pierwsza z nich, dla osób posiadających niewiele czasu lub niebędących miłośnikami długich wędrówek, zakłada podróż specjalnie przeznaczonym do tego celu busem z okolic miejscowości Rathewalde. Druga - kilkudziesięciominutową wspinaczkę stromym szlakiem wiodącym z Niederrathen. Dla tych, którzy mają dużo czasu i zapał do dłuższych spacerów, zachęcam jednak do wyboru jednego z trzech bardziej wymagających szlaków wiodących w kierunku mostu. Pierwszy (zielony) rozpoczyna się w miasteczku Uttewalde, na północny-zachód od Bastei i wiedzie najpierw przez malowniczy wąwóz, a następnie zboczem aż do mostu.


Drugi, również zielony, bierze swój początek w okolicach skał Hockstein, nieopodal miasta Hohnstein. W ciągu trwającej około 1,5 godziny wędrówki turyści schodzą do dolinki ze sztucznym jeziorkiem Amselsee, a następnie wkraczają na znany nam już szlak z Niederrathen. Trzeci szlak (niebieski) wiedzie dolinką od Rathewalde, a następnie wąskimi przejściami wśród skał Schwedenlöcher.

Choć wymienione powyżej trzy szlaki są - mimo wspaniałych widoków - rzadko uczęszczane, to w bezpośredniej okolicy Bastei zazwyczaj trudno jest znaleźć miejsce dla siebie. Dlatego najlepszym pomysłem jest odwiedzanie monumentu wczesną wiosną lub późną jesienią, kiedy tłumy turystów jeszcze się nie pojawiły lub już powoli żegnają się z Saską Szwajcarią. Polecam również spacer po okolicznych wzgórzach, na których licznie zlokalizowano punkty widokowe.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Gall Anonim manipulator

Gall Anonim nie należy do najwybitniejszych postaci w historii polskiej literatury. Jego wartość wynika z faktu, że przed nim nie było innego dziejopisa, o którym dziś wiemy. Anonim nie pochodził z Polski, lecz przebywał przez pewien okres na dworze Bolesława Krzywoustego. Można się łatwo domyślić, iż jego wypociny musiały zawierać wiele nieścisłości. Wszakże w życiu Piastów, mimo że była to dynastia stosunkowa młoda, wiele było niechlubnych momentów, o których władcy najchętniej by zapomnieli. Jak ówczesny kronikarz mógł jednak krytykować monarchów sprawujących władzę z woli Boga? Jakże mógł napisać źle o księciu, który przyjął go w gościnę? Dlaczego miałby to czynić wobec jego przodków? Jak się okazuje, Gall Anonim całkiem sprytnie wybrnął z zaistniałej sytuacji.

 
W "Kronice polskiej" mamy okazję przyjrzeć się dwóm ideałom władcy. Pierwszy z nich, Bolesław Chrobry, został zapewne uznany za takiego ze względu na swe dokonania, których podważyć nie może również i współczesny historyk. Drugi - Bolesław Krzywousty - wydaje się być jednak znacząco podkoloryzowany przez dziejopisa. Szczególną uwagę przyciągają słowa Galla Anonima na temat dzieciństwa księcia. Czytamy o niezwykłym męstwie trzeciego z Bolesławów, o jego wielkich cnotach. Podobno będąc jeszcze chłopcem sam jeden pokonał dzika, później miał wygrać starcie z niedźwiedziem. Jakże to przypomina znaną nam dobrze, XX-wieczną - jak by się wydawało - propagandę.

Jak z kolei Gall Anonim opowiada o tym fragmencie z życia Bolesława, którego pominąć nie można, a który rzuca cień na postać księcia aż po dziś dzień? Mowa o oślepieniu swojego przyrodniego brata, Zbigniewa. W "Kronice polskiej" dużą rolę odgrywa krytyka najstarszego z synów Władysława Hermana. Autor opisuje jego knowania przeciwko Bolesławowi, a także wielokrotne zdrady mającego dobre intencje brata. Później dowiadujemy się, że Zbigniew wykazał się niezwykłą zuchwałością, przybywając ok. 1113 r. na dwór Krzywoustego z pełnym orszakiem i wyższością na twarzy, mimo że w Polsce wpływów już w praktyce nie posiadał. Miało się to przyczynić do skazania Zbigniewa na oślepienie. Gall Anonim nie poprzestał jednak i na tym. Stwierdził, że po wydaniu okrutnego rozkazu, Bolesław przez długi czas nie mógł sobie tego wybaczyć i otwarcie, szczerze pokutował.

Co natomiast mógł powiedzieć Gall Anonim dobrego o życiu innego z Piastów, a mianowicie Mieszka II? Władca ten wsławił się utratą w Polsce władzy, utratą korony, utratą większości terytorium przyłączonych do państwa przez ojca - Bolesława Chrobrego. Okres panowania Mieszka II jest także początkiem długoletniego kryzysu państwa polskiego, w którym najazdy sąsiadów przeplatały się z powstaniami ludności miejscowej. Kronikarz opisał więc Mieszka w ten sposób:

Ten zaś Mieszko był zacnym rycerzem, wiele też dokonał dzieł rycerskich, których wyliczanie za długo by trwało. On też stał się przedmiotem nienawiści dla wszystkich sąsiadów, a to skutkiem zawiści, jaką żywili dla jego ojca; lecz nie odznaczał się już tak jak ojciec ani zaletami żywota, ani obyczajów, ani też bogactwami. Opowiadają też, że Czesi schwytali [go] zdradziecko na wiecu i rzemieniami skrępowali mu genitalia tak, że nie mógł już płodzić [potomstwa], za to, że król Bolesław, jego ojciec, podobną im wyrządził krzywdę, oślepiwszy ich księcia, a swego wuja. Mieszko tedy powrócił wprawdzie z niewoli, lecz żony więcej nie zaznał. Lecz zamilczmy o Mieszku, a przejdźmy do Kazimierza, odnowiciela Polski.
Gall Anonim, Kronika polska
 
I tyle. Więcej na temat Mieszka II w "Kronice polskiej" nie przeczytamy. Można więc powiedzieć, że niechlubne dla Piastów panowanie zostało w dużej mierze przez Galla Anonima przemilczane. Ale przynajmniej Bolesław Krzywousty był zadowolony z efektów pracy dziejopisa...

niedziela, 12 kwietnia 2015

Kilka słów o futbolu

Futbol to bez wątpienia najpopularniejsza dyscyplina sportu na świecie. Problem w tym, że różnych rodzajów futbolu znamy wiele. Mamy piłkę nożną z europejskich boisk, wersje amerykańskie, kanadyjskie, australijskie, a nawet irlandzkie, wreszcie rugby union i rugby league. Czasem naprawdę trudno jest się w tym wszystkim połapać. Jakie są różnice pomiędzy poszczególnymi rodzajami futbolu? I jak to się, u licha, stało, że spośród tych wszystkich odmian sportu nazywanego z angielskiego FOOTballem, tylko w jednej piłce nożnej (amer. soccerze), gra się tak naprawdę nogą?

Zacznijmy więc od początku. Pewnie każdy z was zna zasady gry w piłkę nożną. Jak przeczytacie wyżej, wydaje się być ona jedyną odmianą futbolu, która na tą nazwę zasługuje. Okazuje się jednak, iż to właśnie zakaz używania rąk w tej grze jest pewnym zboczeniem, a nie odwrotnie. Jeszcze 150 lat temu w piłce nożnej, tak jak w każdej innej odmianie futbolu używano bowiem rąk powszechnie. Dopiero u końca XIX wieku przepisy te zmieniono. Zaskakujące, czyż nie?


Bezpośrednio z piłki nożnej, gdzieś w połowie XIX wieku narodziło się rugby union. Różnice pomiędzy jednym i drugim sportem widać gołym okiem: 15 zawodników na boisku, bramki w kształcie litery H, owalna piłka, którą możemy bez obaw trzymać w rękach. Poza tym, najważniejsza w tej grze nie jest bramka - za "gola" otrzymuje się 2-3 punkty, a za przyłożenie piłki do ziemi na polu punktowym przeciwnika (czyli leżącej najdalej w głębi części połowy przeciwnika) aż 5 punktów. Warto też dodać, że dozwolone jest powalanie zawodnika trzymającego piłkę, który w takiej sytuacji musi natychmiast tejże piłki się pozbyć.


Z rugby union pod koniec XIX wieku wyłonił się natomiast rugby league. Powodem tego podziału był... spór o przyznanie graczom czasu wolnego od pracy.  Szybko jednak w wyniku ewolucji przepisów obie odmiany rugby zaczęły się różnicować. Dziś obserwujemy więc drobne różnice w punktacji. Na boisku przebywa 13, a nie 15 graczy. Każda drużyna ma także sześć prób na zdobycie punktów, a drużyna przeciwna zdobywa piłkę dopiero po powodzeniu jednej z tych prób lub niewykorzystaniu wszystkich. Przepis ten zapożyczono z futbolu amerykańskiego, o czym za chwilkę.


Z rugby wyłonił się także futbol amerykański. W grze uczestniczy jeszcze mniej, bo tylko 11 członków. Bramka ma kształt trudny do opisania jednym słowem,  a wbicie do niej piłki - podobnie jak w rugby - da nam mniej punktów, niż przyłożenie na polu punktowym przeciwnika. Każda drużyna posiada jednak cztery próby - takie jak w rugby league - przy czym celem jest zdobycie 10 jardów z połowy przeciwnika. Jeśli nam się to uda otrzymujemy kolejne cztery próby na zdobycie kolejnych 10 jardów - i tak aż do zdobycia punktu lub niepowodzenia we wszystkich próbach.

Futbol kanadyjski jest odmianą bardzo zbliżoną do amerykańskiej. Jedne z niewielu różnic to liczba zawodników - 12 zamiast 11, długość boiska - 150 zamiast 120 jardów i liczba prób dla każdej drużyny - 3 zamiast 4. Interesującą odmianą jest natomiast futbol australijski, będący połączeniem futbolu amerykańskiego, rugby, piłki nożnej i gier aborygeńskich. Boisko jest owalne, bramka to cztery słupy, a w każdej drużynie gra 18 zawodników. Piłkę można podać poprzez odbicie - nie można jej więc rzucić. Jeśli natomiast złapiemy w powietrzu piłkę, która przeleciała minimum 15 metrów (zdaniem sędziego), otrzymamy coś na kształt rzutu wolnego. Próbę takiego złapania piłki w locie widzimy na poniższym zdjęciu.



Jeszcze dziwniejszy jest futbol irlandzki - połączenie nie tylko różnych odmian piłki nożnej, ale też - na przykład - koszykówki! Bramka jest taka, jak w piłce nożnej, ale za przerzucenie okrągłej piłki nad poprzeczką też otrzymujemy punktu. Piłkę możemy podać poprzez odbicie ręką bądź kopnięcie. Po czterech krokach musimy natomiast wykonać kozioł - ale tylko jeden!


O różnych rodzajach futbolu można mówić jeszcze wiele. Z pewnością jednak natłok informacji nie rozjaśni naszego pojęcia na temat innych jego rodzajów. ;)

sobota, 11 kwietnia 2015

Falklandy: Czego chce Argentyna?

Spór o Falklandy to jeden z najbardziej charakterystycznych konfliktów międzynarodowych na przełomie XX i XXI wieku. Jest tym bardziej niezwykły ze względu na fakt, że jedną z jego stron jest państwo zachodnioeuropejskie, a więc Wielka Brytania, a drugą - oddalona o kilkanaście tysięcy kilometrów Argentyna. Szanse tej drugiej na niebudzące reperkusji zwycięstwo w tymże sporze jest naprawdę niewielkie. Aby odpowiedzieć dlaczego, przyjrzyjmy się z bliska Falklandom.

Black-browed-albatross-Colony

Niewielki archipelag, mający powierzchnię zbliżoną do województwa świętokrzyskiego, zamieszkany przez mniej więcej 3 000 ludzi. Mimo że znajduje się w pobliżu argentyńskiego wybrzeża, jego społeczność składa się głównie z potomków europejskich kolonizatorów. Nic dziwnego zatem, iż podczas referendum, jakie przeprowadzono w 2013 roku Falklandczycy uznali, że nie ciągnie ich do Argentyny. Ba! Przy ogromnej frekwencji (92%) głosy oddało 1517 mieszkańców archipelagu, z których 1513 na pytanie, czy życzy sobie zachowania aktualnego statusu politycznego wysp, odpowiedziało "Tak", 3 odpowiedziało "Nie", a 1 oddał głos nieważny. Co więcej, według ustaleń BBC trzy głosy negatywne oddali obywatele domagający się niepodległości, a nie przyłączenia do Argentyny. Tak więc punkt dla Wielkiej Brytanii.

Z jakiegoś powodu zaistniał spór o Falklandy. W 1982 roku wybuchła tam wojna, zakończona zwycięstwem Wielkiej Brytanii, a obecnie - choć nie wspomina się o tej kwestii tak otwarcie, jak niegdyś - czuć napięcie pomiędzy oboma zaangażowanymi w konflikt państwami. Czego w takim razie chce Argentyna? Jak się okazuje, jej działania mogą być uzasadnione. Po pierwsze, Falklandy dają Wielkiej Brytanii możliwość kontrolowania sytuacji na kontynencie południowoamerykańskim. W wielu bazach rozmieszczonych na wyspie stale przebywają żołnierze, okręty marynarki wojennej, samoloty bojowe. Argentyna ma więc prawo czuć się zagrożona.

Po drugie, Falklandy, do niedawna niezbyt rozwinięte gospodarczo z hodowlą owiec jako główną gałęzią gospodarki, obecnie wydają się być naprawdę dochodowe. Ma to związek ze sporymi złożami ropy naftowej i gazu ziemnego odkrytymi w pobliżu archipelagu, które - ze względu na aktualny stan posiadania - mogą paść łupem Wielkiej Brytanii. Staje się to kolejnym bodźcem do walki o przybrzeżny archipelag dla Argentyny.

Pokazuje to, że konflikt o Falklandy będzie bardzo trudny do rozwiązania i mimo wielu lat względnego spokoju w tym regionie, może znów się zaognić w przyszłości.

sobota, 14 marca 2015

Nagroda Nobla, czyli USA vs reszta świata

O Nagrodach Nobla słyszał chyba każdy. Na mocy swojego testamentu ustanowił je Alfred Nobel, szwedzki przedsiębiorca, który zdobył światową sławę dzięki swojemu wynalazkowi - dynamitowi. Od 1901 roku najwybitniejsi medycy, chemicy, fizycy oraz literaci, a także działacze na rzecz światowego pokoju, rokrocznie zostają dofinansowani pokaźną sumką (8 milionów koron szwedzkich, a więc około 3,5 miliona złotych polskich). Zapewne mało kto zastanawiał się jednak, dokąd trafiają te pieniądze. Bądź co bądź, każdy noblista reprezentuje jakieś państwo. Skąd pochodzą więc laureaci największej ilości nagród? Czy znaleźć ich możemy również w egzotycznych częściach świata?
AlfredNobel adjusted
Na początek musimy jednak coś ustalić. Załóżmy, że w naszych rozważaniach nie weźmiemy pod uwagę Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jako tej niechcianej przez samego twórcę fundacji, a jakoby "na siłę" wciśniętej do systemu przez ambitnych działaczy.

Gdy już mamy za sobą tę drobną formalność, możemy przejść do rzeczy, a mianowicie - cofnąć się do lat 30. XX wieku. Wtedy wydawało się jeszcze, iż to europejskie państwa zdominują kolejne ceremonie rozdania Nagród Nobla. Wśród kilkudziesięciu laureatów w każdej dziedzinie, blisko połowę stanowili bowiem przedstawiciele trzech potęg - Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Chyba tylko nagroda pokojowa charakteryzowała się większą różnorodnością narodowościową. Ale i tu możemy natrafić na postaci nie tyle z Niemiec, a z... Trzeciej Rzeszy! Przy czym postać ta - Carl von Ossietzky - była więźniem obozu koncentracyjnego i - jak można przewidzieć - nie miała szans na wycieczkę do Szwecji.

Jakże różne wydają się te statystyki w porównaniu do aktualnych! Ostatnie kilkadziesiąt lat należało pod względem nauki do Stanów Zjednoczonych, co obrazuje także liczba nagrodzonych Noblem mieszkańców tego państwa. USA wydały bowiem na świat blisko 300 laureatów prestiżowej nagrody. Amerykanie po prostu zdominowali każde kolejne rozdania Nobli. Na zobrazowanie tego faktu posłuży przykład lat 1993-1998, kiedy to nagrodę w dziedzinie fizyki zdobywał każdego roku przynajmniej jeden naukowiec ze Stanów Zjednoczonych. Daleko w tyle pozostały Wielka Brytania (ok. 100 nagród), Niemcy (ok. 85), czy Francja (ok. 55).

Jednak gdy przyjrzymy się noblowskiej mapie świata, możemy łatwo spostrzec, iż nagroda wielokrotnie trafiała do regionów nieco egzotycznych. Rzecz jasna zazwyczaj takie sytuacje miały miejsce w dziedzinie pokojowej, wśród laureatów której można wymienić Liberyjki Leymah Gbowee i Ellen Johnson-Sirleaf, Jose Ramos-Hortę z Timoru Wschodniego, czy Gwatemalkę Rigobertę Tum.

Gwoli ścisłości warto jeszcze dodać, iż wśród laureatów Nagrody Nobla są dwaj specyficzni bezpaństwowcy. A mianowicie - Unia Europejska oraz Organizacja Narodów Zjednoczonych. Może więc uznamy, że laureatami zostały również wszystkie państwa członkowskie, a więc - w przypadku ONZ - wszystkie państwa świata? Wtedy wszyscy będą zadowoleni...

Zobacz też:
1. Życie na Grenlandii

sobota, 7 marca 2015

Nil vs Amazonka: (niezbyt) odwieczny problem

Od kiedy tylko pamiętamy, uczono nas, że najdłuższą rzeką świata jest Nil. Amazonka tymczasem zadowalała się tytułem tej największej. Od kilku lat coraz częściej do naszych uszu docierają jednak pogłoski o detronizacji dotychczasowego lidera wśród najdłuższych rzek. Wielu specjalistów uznaje obecnie za rekordzistkę w tej materii Amazonkę, inni wciąż nie zmieniają swoich przekonań. Skąd wynika ten problem i jakie jest jego rozwiązanie?

 Delta Nilu
Delta i dolny odcinek Nilu
Zacznijmy od krótkiego przedstawienia obu rzek. Nil, jak zapewne wiecie wije się przez pół Afryki aż do okolic Aleksandrii, gdzie uchodzi do Morza Śródziemnego. Miejsce, w którym znajdziemy jego źródła, a przez to również jego rzeczywista długość, przez wieki pozostawały trudne do ustalenia. Dziś wiemy już, iż ten największy dobrodziej Egiptu przepływa przez ogromne Jezioro Wiktorii, a na powierzchnię ziemi wypływa kilkaset kilometrów na południe od zbiornika, pod nazwą Kagery. W sumie Nil liczy ok. 6 650 kilometrów.

Amazonka natomiast jest od wielu dziesięcioleci znana jako prawdziwy gigant wśród rzek, o powierzchni dorzecza przeszło półtora razy większej, niż powierzchnia Unii Europejskiej. Uchodzi do Atlantyku ogromną deltą, rozpoczynającą się na wiele kilometrów przed oceanem. Prawdziwym problemem są natomiast jej źródła, zlokalizowane gdzieś w Andach.

Amazonas - Encontre das Aguas
Amazonka w okolicach Manaus
Istotą konfliktu pomiędzy Nilem i Amazonką są bowiem dwie peruwiańskie rzeki - Ukajali i Maranon, łączące się na granicy z Brazylią i tworzące Amazonkę. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że na początku Amazonka posiada nazwę Maranon, to jej dlugość wynosi 6 400 kilometrów, a więc o ok. 250 km mniej od długości Nilu. Jeśli natomiast uznamy Ukajali za matkę największej z rzek, to długość Amazonki wzrośnie do przeszło 7 000 kilometrów.

Niektórzy natychmiast znaleźliby rozwiązanie problemu. Czemu po prostu nie uznać tej dłuższej, za pierwowzór Amazonki, a tą krótszą okrzyknąć dopływem? Przykładu obalającego tą teorię możemy szukać na własnym podwórku - bądź co bądź Bug jest dopływem Narwi, mimo iż jest niemalże dwukrotnie dłuższy.