piątek, 13 maja 2016

Chrząszcz imieniem Chewbacca

Na przestrzeni ostatnich kilkuset lat biolodzy udokumentowali istnienie przeszło miliona gatunków owadów. Jest to liczba wprost porażająca, ale i tak blaknie jeśli spojrzymy na szacunki. Zgodnie z nimi naszą planetę ma zamieszkiwać bowiem jakieś - bagatela - 5 milionów gatunków owadów. A Ci badacze, którzy podchodzą do tematu z największym rozmachem, operują nawet liczbami rzędu 30 milionów! Nie pytajcie, jak się tego doliczyli. Ja też nie mam pojęcia. ;) Ale nie zdziwiłbym się, gdyby szacunki te były trafne, gdyż każdego roku naukowcy stwierdzają istnienie setek nowych gatunków owadów. Jest ich tak dużo, że zaczynają się pojawiać problemy z nazwaniem ich. Tak było w przypadku pewnego odkrytego niedawno gatunku chrząszczy...
London Comic Con 2015 - Chewbacca (18056709081)
... i sam Chewbacca. Rażące podobieństwo, prawda?
Trigonopterus chewbacca
Trigonopterus Chewbacca...



















Trigonopterus Chewbacca został odnaleziony kilka tygodni temu na Nowej Brytanii, wyspie położonej na północ od Australii. Nazwa wydaje się dziwnie znajoma, nieprawdaż? Trudno nie zauważyć powiązania z włochatym bohaterem rodem z Gwiezdnych Wojen. Nie jest to oczywiście przypadek, a świadome działanie badaczy. Mający cztery milimetry długości chrząszczyk wydał im się podobny do Chewbacci ze względu na delikatne "włoski" pokrywające jego głowę i odnóża. Komentarzem do tej informacji niech będzie stwierdzenie, że zoolodzy mają bardzo bogatą wyobraźnię... :)

Zaznaczyć w tym miejscu musimy jednak, że nie jest to jedyny tego rodzaju wybryk naukowców. W świecie owadów znajdziemy znacznie więcej powiązań z Gwiezdnymi Wojnami. Warto wspomnieć chociażby innego chrząszczyka - Agathidium Vaderi - nazwanego ku czci Dartha Vadera. Na Madagaskarze żyją sobie mrówki Tetramorium jedi, a jeden z gatunków os nosi imię Polemistus yoda.
.
Nie jest to jednak szczyt kreatywności. Żeby do niego dotrzeć, trzeba odwrócić na chwilkę oczy od owadów i skupić się na skamieniałościach. Gdy w 2005 roku odkryto skamieniałe szczątki nowego gatunku trylobitów, utworzono dla niego zupełnie nowy rodzaj - Han. Sam gatunek nazwano zaś mianem Han solo. Prawdziwa gratka dla każdego fana Gwiezdnych Wojen...
.
Jak więc widzimy, nadawanie nazw nowo odkrytym gatunkom zwierząt może przysporzyć dużo radości. Czy macie jakieś interesujące pomysły na imiona kolejnych chrząszczy, które odnalezione zostaną gdzieś w Oceanii? :D

Zobacz też:
1.  Dlaczego strusie nie potrafią latać?
2. Mamut znowu żywy?
3. Głębiej zejść się nie da

czwartek, 12 maja 2016

Wikipedia, Spotify, Firefox - skąd te nazwy?

Internet od kilkudziesięciu lat zaskakuje ludzi na całym świecie. Już dawno stal się światową marką i jednym z najbardziej rozpoznawalnych narzędzi we wszystkich zakątkach globu. Świadczy o tym chociażby popularność internetowych marek. No bo któż by nie słyszał o Wikipedii, Google, czy Twitterze? Problem w tym, że mało kto wie, co te nazwy znaczą. Bo coś znaczyć muszą, prawda?

1. Wikipedia
Zaczniemy dość sztampowo. Bo wielu zapewne słyszało już historię o tym, skąd wzięła się nazwa dla Wikipedii. Ale niewielu zapewne wie, że nie jest to cała prawda. Początki słowa "wiki" sięgają bowiem roku 1994, a więc są o całe 7 lat starsze od Wikipedii! A wiki nie odnosi się tylko do tej wielkiej encyklopedii. Wręcz przeciwnie - wiki są to wszystkie strony internetowe oparte na zasadach, jakie wymyślił niejaki Ward Cunningham. Oczywiście te zakątki internetu są dziś absolutnie zdominowane przez Wikipedię i jej projekty siostrzane, ale nie zmienia to faktu, że Wikipedia to tylko jedna z wiki. Tytuł wiki został stworzony na podstawie hawajskiego określenia wiki wiki, które oznacza ni mniej ni więcej, co bardzo szybko. Przy okazji takim samym terminem określa się też kursujące na Hawajach autobusy. ;)
Wiki Wiki bus (cogdog)
Hawajskie autobusy wiki wiki.
2. Google
Google zaczynają powoli stanowić integralną część polskiej mowy. Często mówimy przecież "wyguglować" nie wiedząc nawet dlaczego Google to Google. Twórcy tej internetowej wyszukiwarki kilkanaście lat temu poszukiwali dla niej dobrej nazwy, która w pewien sposób odda też charakter ich przyszłej witryny. I znaleźli hasło "googol". Googol jest to przerażająco duża liczba, 10 do potęgi 100. Innymi słowy, jedynka i sto zer! Liczba ta nie ma dla nas żadnego znaczenia praktycznego, bo jest większa od liczby atomów we wszechświecie. Ale skoro tak, to może stanowić doskonałą nazwę na wyszukiwarkę internetową, która ma przecież oferować szukającym jedną z milionów, a nawet miliardów stron w internecie. Początkowo twórcy projektu wymyślili nazwę Googolplex. Szczęśliwie zmienili ją jednak na Googol, a podczas rejestracji dokonali drobnej literówki. I tak powstało Google.
1-google-art2
Google jako dzieło sztuki? Czemu nie? ;)
3. Mozilla Firefox
W tym przypadku mam nieco utrudnione zadanie, bo nazwa Mozilla Firefox - jak łatwo zauważyć - składa się z dwóch członów. Pierwszy z nich - Mozilla - to nazwa całej firmy. Wzięła się ona z połączenia słów Mosaic odnoszącego się do jednej z pierwszych przeglądarek internetowych, oraz Godzilla. Znaczenia tego drugiego terminu nie muszę Wam tłumaczyć, prawda? ;) Dodajmy jednak, że nazwa Mozilla dobrze pasuje do loga firmy, przedstawiającego coś na kształt wesołego dinozaura...

No a Firefox? Z nazwą tą wiąże się dość ciekawa historia. Początkowo bowiem zespół pracujący dla Mozilli nazwał stworzoną przez siebie przeglądarkę mianem Phoenixa, zaczerpniętym od mitycznego ptaka odradzającego się z własnych popiołów. Ale doszło wówczas do konfliktu z inną firmą - Phoenix Electronics. Aby zapobiec myleniu obu nazw przez użytkowników internetu, nazwa Phoenix została zmieniona na Firebird, czyli Ognisty Ptak. I tu jednak coś nie zagrało, bo dokładnie taką samą nazwę miała już wtedy baza danych Firebird. Mozilla dokonała więc kolejnej korekty i ustaliła, że ich przeglądarka będzie nosić chlubną nazwę Firefox, od chińskiego określenia na pandę małą - w dosłownym tłumaczeniu Ognistego Lisa. Początkowo w logo miała się znaleźć właśnie panda mała, lecz ostatecznie uznano, że ognisty lis będzie bardziej reprezentatywny. ;)
Red Panda
Panda mała - główna bohaterka nazwy Firefox.
4. Spotify
O ile poprzednie prezentowane przeze mnie nazwy zostały wymyślone w sposób dość logiczny, poprzez poszukiwanie jakiś słów-kluczy, które oddawałyby w interesujący sposób znaczenie lub zadania serwisu, to określenie na jeden z najbardziej popularnych portali muzycznych powstało z czystego przypadku. Twórcy serwisu mieli długo główkować nad tym, jaką nazwę nadać projektowanej stronie. Podczas burzy mózgów jeden z nich przesłyszał się i usłyszał przez pomyłkę słowo Spotify. Jak się okazało, słowa tego nie używał żaden inny serwis, bo i nie mógłby używać. Spotify nie znaczy przecież nic. ;)

5. Allegro
Poszukiwanie znaczenia nazwy popularnego sklepu internetowego nie jest wcale tak trudne, jakby się wydawało. Hasło Allegro weszło nam już tak bardzo w krew, że nawet nie zauważamy, że dokładnie taki sam termin funkcjonuje w muzyce i oznacza szybkie tempo. Bądź co bądź, serwis Allegro powstał po to, by zakupy stały się szybsze... ;)

6. Netflix
No to wchodzimy do domku z kart (House of Cards). Internetowa wypożyczalnia filmów, a od pewnego czasu również i ich producent, wzięła nazwę od dość prostej gry słów. Przedrostek net został wzięty prosto ze słowa Internet, zaś flix powstał z przekształcenia angielskiego słowa flicks, oznaczającego filmy. Proste jak konstrukcja, cepa, ale jakie praktyczne, prawda? :)
House of Cards 
Musicie przyznać, że kreatywność twórców internetowych serwisów potrafi czasem zaskoczyć. ;) Czy wiedzieliście o pochodzeniu niektórych z wyżej wymienionych nazw? Czy znacie jeszcze jakieś serwisy o ciekawych nazwach? A może chcielibyście poznać pochodzenie niektórych z nich? Piszcie o tym w komentarzach :).

Zobacz też:
1.  10 najwyższych budynków... za 10 lat
2. Najdziwniejsze artykuły Wikipedii
3. Ikony Telewizji: Pięćdziesięcioletni Doktor

sobota, 7 maja 2016

O tym, jak Sobieski zdradził Polskę

Jan Tricius - Portrait of John III Sobieski (ca. 1680) - Google Art Project
Jan III Sobieski według Jana Triciusa.
Pisałem niedawno o najgorszych władcach Polski. Stanąłem wówczas w obronie jednych z najmniej lubianych postaci w historii naszego kraju. Tym razem posunę się jednak jeszcze troszkę dalej. Bo zdyskredytuję tego, którego wszyscy uważamy za wzór. No, może słowo "zdyskredytuję" jest tutaj lekkim nadużyciem, ale gdyby Jan III Sobieski miał okazję ten tekst przeczytać, to z pewnością nie byłby zadowolony. Tylko jakiego haka miałbym znaleźć na jednego z najświetniejszych bohaterów w historii Polski, na którego panowanie przypada ostatni okres świetności Rzeczpospolitej? Jak się okazuje, nie trzeba długo szukać.
_
Jest bowiem w historii Polski taki moment, w którym współczynnik zachowań nieobywatelskich sięgnął chyba swego szczytu. Jest moment, w którym prawie cały naród poddał się innemu narodowi... prawie bez walki. Potop szwedzki. Gdy w 1655 roku armia króla Karola X Gustawa przemierzała Pomorze, polskie pospolite ruszenie zgromadziło się pod Ujściem. Polscy szlachcice nie kwapili się jednak do wojaczki. Gdy tylko Szwedzi podeszli pod ich obóz, stwierdzili, że lepiej zawrzeć porozumienie. Koszty porozumienia okazały się nadzwyczaj srogie, gdyż w praktyce oddawało ono cały kraj pod zarząd najeźdźcy ze Skandynawii. A wśród szlachty polskiej zgromadzonej pod Ujściem znajdował się i Jan III Sobieski.
Anonymous Triumph of Charles X Gustavus
Tryumf Karola X Gustawa nad Rzeczpospolitą, obraz anonimowego autora z połowy XVII wieku.
Młody jeszcze wówczas magnat został wcielony do armii szwedzkiej i przez kilka miesięcy służył jej z oddaniem. Wielu historyków niepotrafiących wyobrazić sobie, że jeden z najświetniejszych władców Polski mógł w swej młodości dopuścić się zdrady, usprawiedliwiało go dość kolokwialnym stwierdzeniem: "Przecież wszyscy przechodzili wtedy na stronę szwedzką". Dwa proste argumenty przeczą jednak z całą mocą temu stwierdzeniu. Po pierwsze, nie wszyscy przechodzili na stronę szwedzką. Był sobie na przykład niejaki Jan Sobiepan Zamoyski, który nigdy nie porzucił króla Jana Kazimierza i przez cały okres potopu wiernie walczył w obozie obrońców niepodległości państwa polskiego. Odbiło się to później zresztą negatywnie na losach samego Sobieskiego. Po zakończeniu szwedzkiego najazdu Sobieski i Zamoyski zaczęli się bowiem starać o rękę dwórki królowej Ludwiki Marii, słynnej Marysieńki. Rywalizację tę wygrał właśnie Zamoyski, gdyż - w przeciwieństwie do Sobieskiego - w czasie potopu pozostał wierny dworowi. Sobieski musiał zaś odłożyć ślub z Marysieńką aż do śmierci swego konkurenta. ;)

No i wreszcie drugi argument. Sobieski - o dziwo! - pozostał w obozie szwedzkim wyjątkowo długo, bo do marca 1656 roku. W czasie, gdy Sobieski pozostawał w armii najeźdźcy, zdążyła się już zawiązać antyszwedzka konfederacja tyszowiecka. Do Polski zdążył już powrócić z wygnania król Jan Kazimierz. Większość szlachty zdążyła już powrócić pod rozkazy swego prawowitego władcy. A Sobieski pozostawał wierny Karolowi X Gustawowi. Można powiedzieć, że do swego króla powrócił wraz z ostatnim dzwonkiem.

Zrobiło się trochę gorzko, prawda? Osłódźmy więc atmosferę. Trzeba bowiem zaznaczyć, że pobyt u boku Szwedów nie poszedł Sobieskiemu na marne. Miał wówczas okazję zetknąć się z jedną z najlepiej zorganizowanych armii na kontynencie europejskim. Poznał nieznane mu dotąd techniki walki i przyjrzał się z bliska sprzętowi, o którym przeciętny mieszkaniec Rzeczpospolitej mógł tylko pomarzyć. Trudno nie zgodzić się z tezą, że jego późniejsze sukcesy na polach bitewnych mogły być źródłem właśnie tego, niezbyt pomyślnego okresu. Świadczy to tylko o tym, że historia rzeczywiście lubi się dobrze bawić. ;)
Lemke Skirmish with Polish Tatars
Utarczka Karola X Gustawa z Tatarami polskimi w bitwie pod Warszawą, 29 lipca 1656 r., obraz
autorstwa Johana Filipa Lemke z 1684 roku.
Na koniec odpowiedzieć trzeba na dość istotne pytanie. Jaki miałem cel w dyskredytowaniu Jana III Sobieskiego? Bo przecież nie była to jakaś moja prywatna złość na postać, której - notabene - jestem fanem. Otóż artykuł ten miał pokazać, że nawet najwięksi bohaterowie w swojej przeszłości mogli popełniać różne błędy. I to właśnie nauka z tych błędów płynąca czyniła z nich później bohaterów. I to właśnie te błędy i umiejętność wyciągnięcia z nich wniosków czyniła z nich wielkie postacie. A tym wszystkim, którzy w tych słowach doszukują się aluzji do tematów bardziej aktualnych, mam do powiedzenia tylko jedno. Słusznie. ;)

Zobacz też:
1.  To nie Kolumb odkrył Amerykę
2. Jak powstał Przełom Dunajca? 
3. Tragiczna wyprawa w Australii

wtorek, 19 kwietnia 2016

Co nowego w Opolu?

Porobiło się ostatnio tych pięknych, multimedialnych, interaktywnych muzeów, które przyciągają rzesze turystów, oddziałując na wszystkie zmysły, zaskakując subtelnością i finezyjnym wykorzystaniem nowych możliwości, jakie daje nam rozwój technologii. Pisałem już między innymi o Muzeum Śląskim w Katowicach. Na ponowne odwiedziny (tym razem z aparatem fotograficznym, a nie komórką) i opisanie na blogu oczekują Fabryka Schindlera w Krakowie i Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach. A w międzyczasie jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne, takie jak Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, które otworzy swe podwoje jeszcze w tym roku. Proces ten nie ominął oczywiście i Opola, ale nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że na znacznie mniejszą skalę. Niestety dłuży się budowa z dawna oczekiwanego Muzeum Polskiej Piosenki, ale modernizacji doczekały się inne opolskie atrakcje. I o tych modernizacjach dzisiaj.
Widok z Górki na starówkę. Na pierwszym planie, po prawej Muzeum Śląska Opolskiego.
Dalej ratusz, w tle Wieża Piastowska.

Muzeum Śląska Opolskiego
Najważniejsze i najbardziej medialne z opolskich muzeów przeszło modernizację już jakiś czas temu, bo w 2008 roku. Do starej, zabytkowej kamienicy dobudowano wówczas zupełnie nowy segment, zaskakujący nieco swą architekturą. Jednocześnie przeprowadzono gruntowną reorganizację wszystkiego, co było wewnątrz tej starszej siedziby. Dawniej muzeum wprost pachniało PRL-em, z białymi, nagimi ścianami i tymi charakterystycznymi gablotami z drewna i szkła. Teraz jest w nim znacznie bardziej przytulnie i klimatycznie.
Nowe skrzydło muzeum.
Zwiedzanie - zgodnie ze słowami wiecznie uśmiechniętej pani stojącej na swym posterunku przy drzwiach głównych - rozpocząć należy od piwnicy. Sufit piwnicy jest częściowo przeszklony, więc dostaje się tam sporo światła słonecznego, a my mamy okazję dokładnie przyjrzeć się zgromadzonym tam eksponatom z dziedziny archeologii. Znajdziemy tu wszystko, co mądrale z Uniwersytetu Opolskiego (i nie tylko) wykopały z ziemi w ciągu ostatniego półwiecza, w tym starą biżuterię, ceramikę i broń. A obok każdej przeszklonej gabloty czekać będzie mały ekranik dotykowy, z którego będziemy mogli wyczytać co nieco o dawnych czasach. Wszystkie maluchy, które na słowa "kultura pucharów lejkowatych" reagują bez entuzjazmu stwierdzeniem "Aaaa... Fajnie.", mogą sobie w tym czasie poukładać na wspomnianych ekranikach puzzle lub pograć w całkiem ciekawe gierki.
Wystawa archeologiczna.
Interaktywne elementy wystawy archeologicznej.
Gdy już nasycimy nasze oczy widokiem starych pucharków, możemy się przenieść nieco wyżej, gdzie czekać na nas będą stylowo urządzona galeria malarstwa polskiego, wystawa prezentująca tajniki słynnej porcelany tułowickiej, a także mały pokoik o nazwie "Stara Apteka", w którym poznamy obowiązkowe wyposażenie XIX-wiecznej apteki.
Wystawa poświęcona porcelanie tułowickiej.
Na pierwszym piętrze - poza wystawami czasowymi - mieści się natomiast wystawa główna, przedstawiająca historię miasta Opola - począwszy od założenia miasta, aż do dnia dzisiejszego. W przyciemnionych salach, oświetlonych specjalnymi żarówkami nadającymi lekką poświatę, znajdziemy mnóstwo interesujących eksponatów i będziemy mieli okazję przyjrzeć się z bliska dziejom nie tylko Opola, ale także przeciętnego średniowiecznego miasta. Najważniejszym punktem wystawy jest natomiast ogromna makieta Opola sprzed kilkuset lat, umieszczona w najdalej na zachód wysuniętym pokoju. Gdy tylko znajdziemy się w jej pobliżu, z głośników wydobywa się aksamitny głos lektora, a ruchoma lampka u góry zaczyna wyprawiać prawdziwe cuda, wskazując w odpowiednim momencie te części miasta, o których lektor opowiada.
Część wystawy historycznej.
Makieta przedstawiająca średniowieczne Opole.
Na sam koniec odwiedzin przejść należy na piętro drugie, gdzie znajdziemy wystawę poświęconą etnografii regionu opolskiego, zwracającej szczególną uwagę na dwoistość kultur w rejonie Opola - tej rodzimej, śląskiej, i tej przybyłej ze wschodu wraz z przesiedleńcami po II wojnie światowej. Przy okazji możemy tu też zagrać w kilka nieco bardziej już wymagających gier, wyświetlających się na kolejnych dotykowych ekranach.
Wystawa etnograficzna. I znów dotykowe ekraniki.
Wieża Piastowska
Jeżeli oglądaliście Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki dwa lub trzy lata temu, to pewnie zwróciliście uwagę na to, że górująca zazwyczaj nad amfiteatrem Wieża Piastowska była tym razem przesłonięta przez rusztowania. Było to oczywiście wynikiem remontu, po którym ponownie udostępniono wieżę dla turystów, lecz tym razem już w zupełnie innej formie. Na sam szczyt wchodzi się teraz aż pół godziny i nie jest to wynikiem dużej liczby stopni do pokonania, a... obecnością przewodnika i licznych atrakcji multimedialnych. Podczas wędrówki poznamy więc na przykład dawnych władców Opola, będziemy uczestniczyć w wielkiej bitwie, by wreszcie zobaczyć panoramę, jaka rozciągała się z wieży przed stu laty.
Schody wiodące na Wieżę Piastowską.
Muszę Was jednak przestrzec, byście nie spodziewali się przed wspinaczką zobaczenia znacznej ilości ciekawych eksponatów. Nie spodziewajcie się zobaczyć nawet dwóch. Ale jeden - już tak. Na jednym z półpięter postawiono bowiem interesującą skrzynię z czterema wystającymi z niej metalowymi kijami. Jak informuje przewodnik, waga każdego z kijów jest równa wadze jednego z typów broni używanej w średniowieczu. Gdy więc pociągniemy za odpowiedni kij, dowiemy się jak poradzilibyśmy sobie w starciu z mieczem, włócznią albo łukiem.
Przesławna skrzynia.
No i nie można zapomnieć o wspaniałym widoku, rozciągającym się ze szczytu. Zobaczymy stąd całe centrum i obrzeża Opola, a przy sprzyjających warunkach dużo, dużo więcej. Jeśli widoczność będzie dobra, to spoglądając na południe powinniśmy bez problemu ujrzeć Kopę Biskupią i Pradziada. Wieżę Piastowską najlepiej odwiedzić podczas trwania festiwalu. Chętnych do wejścia na górę wbrew pozorom nie ma wówczas zbyt wielu, a jeśli dobrze pójdzie, to będziemy mogli posłuchać sobie prób do wieczornych koncertów. ;)
Panorama z Wieży Piastowskiej.
Amfiteatr podczas festiwalu z Wieży Piastowskiej.
Taras na szczycie wieży.
Muzeum Uniwersytetu Opolskiego
Uniwersytet Opolski dorobił się w zeszłym roku prawdziwego muzeum! Znajduje się ono w głównym budynku uczelni na Placu Kopernika. To tam, gdzie znajdują się pomniczki polskich muzyków, o których pisałem w poście Opole Festiwalowe. Pamiętacie je? Muzeum nie jest jakieś bardzo wielkie. Składa się ledwie z pięciu pokoi, ale przeciętnego turystę może zainteresować kilkoma elementami. Na jednej ze ścian wywieszono na przykład zdjęcia osób z tytułem honoris causa uniwersytetu. A w jednej z gablot czekają na nas prawdziwe skamieniałości znalezione przez studentów w Krasiejowie!
Na pierwszym piętrze tego skrzydła mieści się muzeum. Jedną z jego części jest biała kaplica, widoczna
po lewej.
Muzeum Uniwersytetu Opolskiego od środka.
Nowe muzea, nowe budynki
To dobra okazja, by wspomnieć o pewnej modzie, która zapanowała w Opolu kilka lat temu. Otóż opolskie instytucje coraz częściej fundują sobie nowe siedziby, które zachwycają konceptem architektonicznym. Należy do nich Miejska Biblioteka Publiczna, której nowy budynek ma częściowo przeszkloną elewację ozdobioną tekstami wierszy w różnych językach. Opolska Filharmonia dorobiła się natomiast pięknej fasady, która przypomina kształtem fortepian. Mam nadzieję, że nie jest to tylko mój wymysł, a przemyślany pomysł architektów. No i ostatni opolski nabytek, przebudowany Teatr Lalki i Aktora, na którego fasadę składa się teraz mnóstwo małych trójkącików.
Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu
Nowe siedziby: Miejskiej Biblioteki Publicznej...
Oppeln-Philharmonie
... Filharmonii Opolskiej...
Opole Oppeln Teatr Lalki Puppet Theatre
... i Teatru Lalki i Aktora.
I jak, podoba się Wam to nowe Opole? Czy w Waszych miejscowościach również przebudowuje się w ten sposób placówki naukowe i kulturowe? :)

Zobacz też:
1.  Salto Angel: Wodospad do nieba
2. Puławy. W cieniu wielkiego przemysłu
3. Na skałę Rudolfa

sobota, 16 kwietnia 2016

Stany Zjednoczone. Kraj, który lubi wprowadzać w błąd

Stany Zjednoczone utrwaliły się w naszej podświadomości jako kraj wielu sprzeczności. Nic nie jest tam do końca pewne, nawet największe oczywistości mogą się okazać totalnym blefem. Jeżeli coś rozumie się samo przez się, jeżeli jest jak najbardziej logiczne, to możecie być pewni, że za oceanem na pewno nie ma miejsca. Stany są więc miejscem, które bardzo lubią wprowadzać w błąd. A moim zadaniem na dzień dzisiejszy jest wyprowadzić z tego błędu tych, którzy jeszcze nie dostrzegli przebiegłości Stanów Zjednoczonych. ;)
Independence Day Apparel  
1. Stolicą Stanów Zjednoczonych nie jest Waszyngton
No to zaczęliśmy z grubej rury. Jeśli spodziewaliście się jakichś dywagacji nad liczbą stanów albo kolorem amerykańskiego dolara, to musicie być zaskoczeni. Jak można przeczyć jednej z podstaw naszej wiedzy o Ameryce? Waszyngton przecież był, jest i będzie stolicą USA! Problem w tym, że na gruncie amerykańskiego prawa coś takiego jak Waszyngton w ogóle nie istnieje. No dobra, jest w Stanach kilkadziesiąt miasteczek lub wsi o chlubnej nazwie Washington, ale nie nosi jej mieścina, z którą nazwę tą zazwyczaj kojarzymy. Stolica Stanów Zjednoczonych nosi bowiem formalnie nazwę Dystrykt Kolumbii, zaś Waszyngton lub Waszyngton, D.C. to tylko nazwy potoczne. Przy okazji warto też wspomnieć o kolejnym blefie. A mianowicie, Dystrykt Kolumbii nie jest częścią żadnego z 50 stanów. Stanowi w zasadzie odrębną jednostkę administracyjną o specjalnym statusie.
WDC Capitol 1
Kapitol w Waszyngtonie.
2. Co ma Dystrykt Kolumbii do Kolumbii?
Skoro już jesteśmy przy Dystrykcie Kolumbii. Na wielu forach, gdy ktoś zapyta o to, skąd się wzięła ta nazwa, od razu jest uznawany za osławionego "gimnazjalistę" i wyśmiewany, bo "przecież jak to można Krzysztofa Kolumba nie znać?". Oczywiście osoby nabijające się powinny w tym przypadku same zostać wyśmiane. Bo, po pierwsze gimnazjaliści raczej wiedzą któż to był Krzysztof Kolumb. A po drugie, gdyby nazwa na stolicę Stanów Zjednoczonych pochodziła bezpośrednio od Kolumba, to nie byłby to Dystrykt Kolumbii, a Dystrykt Kolumba, czyż nie?

ColumbiaStahrArtwork
Columbia na plakacie propagandowym z okresu
I wojny światowej.
Musimy więc znaleźć jakiegoś pośrednika pomiędzy Kolumbem a Dystryktem Kolumbii. Oczywiście nie będzie to państwo w Ameryce Południowej (Kolumbia), bo powstało ono później niż Waszyngton. Ale co niektórzy mogliby skojarzyć, że w Stanach Zjednoczonych znajdziemy rzekę o nazwie Kolumbia! I takie myślenie byłoby jednak błędne, bo Kolumbia przepływa przez zachodnie stany USA, zaś Dystrykt Kolumbii leży na Wschodzie, nad rzeką Potomak.

Mógłbym Was zwodzić jeszcze troszkę dłużej, ale nie miałoby to większego sensu. Otóż nazwa Dystrykt Kolumbii pochodzi od imienia Columbia, które przyjęło się podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych jako personifikacja rodzącego się wówczas kraju. Postać Columbii była oczywiście piękna i młoda, przybrana w symbole narodowe Stanów. Wykorzystywano ją dość powszechnie na wszelkiego rodzaju materiałach propagandowych, przede wszystkim plakatach. Gdy zakładano więc Waszyngton, stwierdzono że idealną oficjalną nazwą dla stolicy będzie właśnie Dystrykt Kolumbii.

3. Waszyngton raz jeszcze
A słyszeliście kiedyś o stanie Waszyngton? Jak to przystało na amerykańskie standardy, jego stolicą nie jest rzecz jasna Waszyngton, czy - jak kto woli - Dystrykt Kolumbii. Rzeczą absurdalną jest jednak fakt, iż Waszyngton jest jednym z najbardziej oddalonych od stolicy stanów USA. Położony jest bowiem na północno-zachodnim krańcu wielkiego państwa, a jego stolicą jest Olympia. Odległość pomiędzy Olympią a Waszyngtonem, D.C. wynosi - bagatela - 3700 kilometrów. ;)

Zbieżność nazw nie jest jednak tak do końca przypadkowa. Terytorium Waszyngtonu, czyli późniejszy stan Waszyngton, powstało bowiem dopiero w 1853 roku, a więc ponad pół wieku po założeniu stolicy Stanów Zjednoczonych. A to oznacza, że Ci, którzy nazwę tą nadali, z całą pewnością zdawali sobie sprawę, że gdzieś tam, na wschodnim wybrzeżu funkcjonuje miasto o takiej samej (potocznej) nazwie...

4. Problemy ze stolicami
W Polsce każde z województw ma przypisaną swoją własną "stolicę", miasto, w którym mieszczą się najważniejsze urzędy. Tak jest również i w przypadku stanów w USA. Tyle że za oceanem podczas doboru stolic nie stosowano się zbytnio do uznawanego w Polsce kryterium wielkości. Stan Nowy Jork na przykład nazywa się jak nazywa, jego największym miastem jest liczący 8 milionów mieszkańców Nowy Jork, a stolicą - Albany, znacznie mniejsze nawet od Opola! I nie jest to przypadek odosobniony. Stolicą Kalifornii jest Sacramento, podczas gdy większe od niego są Los Angeles, San Diego, San Jose, San Francisco, Long Beach i Fresno. Stolicą Florydy nie są zaś wielkie Jacksonville ani Miami, a kilkukrotnie mniejsze Tallahassee. W tym ostatnim przypadku nie chodzi raczej o ułatwienie zadania dyslektykom...
Mount Adams from East Canyon Ridge
Krajobraz stanu Waszyngton. Widać róźnicę, prawda? :)
5. Język urzędowy - angielski?
Stany Zjednoczone nieodłącznie kojarzą nam się z językiem angielskim. Ale nie jest on tam językiem urzędowym. A właściwie, nie na obszarze całych Stanów Zjednoczonych. A to dlatego, że każdy stan sam ustala sobie, jaki język będzie u niego obowiązywał. Większość, w tym Kalifornia, Nebraska, czy Utah używają języka angielskiego. Kilka stanów stwierdziło jednak, że języka urzędowego nie będzie mieć w ogóle. Tak stało się na przykład w Nowym Jorku. W Luizjanie zatwierdzono natomiast dwa języki urzędowe - angielski i francuski. Na Hawajach językiem urzędowym są angielski i hawajski, a na Alasce - angielski i 19 języków używanych przez rdzennych mieszkańców regionu. Trudno się w tym połapać, prawda? ;)
Wonder Lake, Denali
Nieprzystępny krajobraz Alaski ułatwił przetrwanie wielu rdzennych języków.
Jak widzicie więc, Stany Zjednoczone lubią wprowadzać w błąd. Czy udało mi się zaskoczyć Was w paru kwestiach? A może znacie jeszcze jakieś pułapki, które czekać na nas mogą za oceanem? :)


Zobacz też:
1. 10 najwyższych budynków... za 10 lat
2. Wielkie zmiany na szczytach władzy, czyli kto kogo zastępuje?
3. Generała Pattona młodzieńcze przygody

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dlaczego strusie nie potrafią latać?

Zamieszkujące Antarktydę (i nie tylko) pingwiny, australijskie emu, nowozelandzkie kiwi i kazuary, południowoamerykańskie nandu, zamieszkujące atlantyckie wysepki niewielkie chruścielaki karłowate. Wszystkie te ptaki łączy to, że nie potrafią latać. Tylko dlaczego? Dla każdego z wyżej wymienionych gatunków można by skonstruować osobną opowieść zawierającą odpowiedź na to pytanie. Dziś zajmiemy się jednak prawdziwymi królami wśród nielotów - strusiami.
Ostrich Ngorongoro 05
Struś w afrykańskim rezerwacie Ngorongoro.
Dlaczego strusie nie potrafią latać? Najprostszą odpowiedzią na to pytanie byłoby: "bo są za duże". Ale jak dla mnie jest to zwykłe pójście na łatwiznę, wielokrotnie powielane w różnego rodzaju polskojęzycznych źródłach. Przecież to, że strusie są duże, to ledwie czynnik towarzyszący ich niezdolności do lotu! I to niekoniecznie bezpośrednio związany z rzeczywistymi przyczynami takiego stanu rzeczy. Równie dobrze można by nawiązać do nieprzystosowania skrzydeł strusi do lotu albo nadzwyczajnej masywności ich nóg. Ale to też droga na skróty.

Aby nie iść na skróty, trzeba się cofnąć o jakieś 65 milionów lat. Ten moment w historii naszej planety zapewne kojarzycie z dość znaczącym wydarzeniem. A mianowicie, wyginięciem dinozaurów. I choć nie wiemy tak do końca co doprowadziło do zniknięcia wielkich gadów z powierzchni Ziemi, to wiemy z całą pewnością, jakie były tego skutki. Ze świata przyrody zniknęły wszystkie wielkie stworzenia, jakie wówczas żyły. W ten sposób utworzyła się ogromna wręcz nisza, w którą z biegiem czasu wkraczały inne gatunki. W ten sposób światem zawładnęły ssaki. Pamiętać jednak należy, że na wyginięciu dinozaurów skorzystały także ptaki.

Niewielkie ptaki, kryjące się wówczas w gęstych lasach, zaczęły stopniowo się zmieniać. Nie musiały już konkurować z dinozaurami o pożywienie. Miały więc go pod dostatkiem, a przez to zaczęły - kolokwialnie mówiąc - tyć. Ruszyły tryby ewolucji i na przestrzeni kilku, a może kilkunastu milionów lat niektóre ptaki zeszły na ziemię, wielokrotnie powiększyły swe rozmiary i same zaczęły stanowić zagrożenie dla innych zwierząt. Im większe jednak były, tym trudniej im było latać. Ponadto, latanie stało się dla nich zupełnie niepraktyczne. Po co było marnować energię na pełne wykształcenie skrzydeł i umiejętność lotu, skoro wszystko można było osiągnąć nie odrywając stóp od ziemi?
Confuciosornis
Konfuciuzornis, ptak żyjący w okresie wczesnej
kredy, mający rozmiary ok. 20-30 centymetrów.

Dixi-Diatryma
Gastornis, ptak żyjący już po wymarciu dinozaurów, 56-40 mln lat temu.
Przez pewien czas piastował tytuł największego zwierzęcia lądowego świata.


No i jeszcze jedna kwestia. To, co skłania ptaki do lotu, to często konieczność uniknięcia pożarcia przez innego zwierza. Ucieczka. Łatwiej uciekać na skrzydłach niż na nogach. Tymczasem kilkadziesiąt lat temu przodkowie strusi nie mieli okazji na znalezienie zbyt wielu powodów do ucieczki. Nie było po prostu zwierząt na tyle dużych, by mogły ze strusiami zadrzeć. I to stało się kolejnym powodem, dla którego strusie zatraciły umiejętność latania.

No to już ustaliliśmy skąd się wzięła u strusiów niezdolność do lotu. Musimy jednak w takim razie odpowiedzieć na jeszcze jedno frapujące pytanie. Skoro nie potrafią latać, to po kiego grzyba im skrzydła?! Dlaczego przez 40 milionów lat te niepraktyczne - jak by się wydawało - części ciała nie zanikły? Otóż natura znalazła dla nich inne zastosowanie. Po pierwsze, silnie opierzone skrzydła pozwalają strusiom przetrwać w trudnych, afrykańskich warunkach. W upalne dni skutecznie chronią ich skórę przed słońcem, zaś w niezwykle mroźne noce zapobiegają nadmiernym utratom ciepła. Samce zaś wykorzystują je podczas tańców godowych. Przecież jakoś trzeba zaimponować potencjalnej partnerce, czyż nie? ;)
Ostrich in the crater
I jeszcze raz struś w obecnym wydaniu.
No to dowiedzieliśmy się już czym takim zasłużyły sobie strusie, że nie potrafią latać. Czy znaliście odpowiedź na to pytanie już wcześniej? A może udało mi się czymś Was zaskoczyć? :)

Zobacz też:
1.  Mamut znowu żywy
2. Kto wygra Euro 2016?

3. O Polaku, który chciał przesiedlić naród do Oceanii

niedziela, 10 kwietnia 2016

Co krąży wokół Ziemi?

Oglądaliście film Grawitacja Alfonso Cuaróna? Jeśli nie, to macie co nadrabiać. ;) A jeśli tak, to zapewne zauważyliście bogactwo różnego rodzaju rzeczy na ziemskiej orbicie. Na początku filmu są to dosyć spore rzeczy, takie jak satelity i stacje kosmiczne. Z czasem jednak na ekranie pojawiać się zaczynają elementy coraz mniejsze, a mimo to nadzwyczaj niebezpieczne. Raz na półtorej godziny oblatują całą Ziemię dookoła i przysparzają sporo problemów głównej bohaterce, w którą wcieliła się Sandra Bullock. Akcja Grawitacji to rzecz jasna stuprocentowa fikcja, lecz to, w jaki sposób film przedstawia tą najbliższą Ziemi część kosmosu, wydaje się być nadzwyczaj prawdziwe. Nigdy nie pomyślelibyście bowiem, co takiego możemy znaleźć na ziemskiej orbicie... I nigdy nie pomyślelibyście, że wszystko, co tam znajdziemy, może być ostatnią rzeczą, jaką zobaczymy w życiu...
Debris-GEO1280
Ziemia i kilkanaście tysięcy śledzonych obiektów krążących wokół niej.
Zacznijmy od rzeczy najbardziej trywialnej, która jednak doprowadzi nas do rzeczy znacznie bardziej zaskakującej. Nie od dzisiaj wszyscy zapewne wiecie, że jedynym naturalnym satelitą Ziemi jest nasz kochany Księżyc, który co jakiś czas zagląda nam w okna naszych pokoi. Sęk w tym, że nie jest. Jest co prawda największym z naszych naturalnych satelitów i krąży wokół Ziemi najdłużej ze wszystkich, ale to nie znaczy, że jest sam jeden. W 2014 roku naukowcy stwierdzili na przykład istnienie niewielkiej asteroidy, której nadano nazwę 2014 OL339. Asteroida ta okrąża Ziemię od mniej więcej 750 lat i nie pożegna się z nami jeszcze przez jakieś 150 lat. Później według przewidywań tęgich głów po prostu odleci sobie w przestrzeń kosmiczną. Naukowcy zaznaczają także, że wokół Ziemi stale krążą także swego rodzaju "księżyce przechodnie", malutkie ciała niebieskie, które nasza planeta przechwytuje na jakiś czas, by po kilku dniach, miesiącach, a czasem i latach, wypuścić w dalszą podróż.
Moon Monster2
Księżyc nad San Diego.
Wszystkie naturalne satelity w porównaniu z tym co wokół Ziemi nawywijał człowiek to jednak małe piwo. Ludzie od wielu dziesięcioleci wynosili i nadal wynoszą na orbitę sztuczne satelity. Najważniejszymi i najbardziej monumentalnymi z nich są stacje kosmiczne, czyli satelity tak skonstruowane, by permanentnie mogli w nich przebywać ludzie. Pierwszy taki satelita zaczął krążyć wokół Ziemi 19 kwietnia 1971 roku, a był to radziecki Salut 1. Z czasem powstawały kolejne, lecz te poprzednie były stopniowo niszczone. Obecnie na orbicie znajdują się dwie stacje - pozostająca nadal w budowie Międzynarodowa Stacja Kosmiczna i znajdująca się już u kresu swego funkcjonowania chińska stacja Tiangong 1. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna prezentuje się naprawdę imponująco, a w jej budowie uczestniczą Rosja, Stany Zjednoczone, Kanada, Japonia, Brazylia i Europejska Agencja Kosmiczna.
STS132 undocking iss2
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna w 2010 roku.
Kibo PM interior
Wnętrze jednego z kilkunastu segmentów Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W tym przypadku
mamy do czynienia z częścią japońską.
Innym rodzajem sztucznych satelitów Ziemi są wielkie teleskopy. Z całą pewnością słyszeliście o teleskopie Hubble'a, który jest najstarszym nadal użytkowanym teleskopem kosmicznym. Nie jest jednak jedynym. Obecnie w kosmosie przebywa ich jeszcze siedem , z których cztery orbitują wokół Ziemi. Wszystkie mają różne parametry i pozwalają na wiele sposobów zaglądać w najdalsze zakątki wszechświata.
Hubble 01
Teleskop Kosmiczny Hubble'a.
JWST Full-Scale Model on Display in Germany
Model Teleskopu Kosmicznego Webba, który opuści Ziemię w 2018 roku.
Ponadto, wokół Ziemi krąży także całe mnóstwo innych satelitów, używanych do badań, nawigacji, telekomunikacji, transmisji danych i całego szeregu innych rzeczy. A mówiąc mnóstwo nie mam wcale na myśli kilkudziesięciu, ani nawet kilkuset. Nie. Na orbicie znaleźć można kilka tysięcy pełnoprawnych satelitów, z których około 1200 pozostaje aktywnych! Jeszcze jakieś 15 lat temu posiadaniem satelitów mogły się pochwalić tylko największe potęgi z dziedziny podboju kosmosu, takie jak Rosja, Stany Zjednoczone, czy Wielka Brytania. Dzisiaj jednak ma je całe mnóstwo egzotycznych państw i państewek, między innymi Estonia, Peru, Boliwia, Irak i Turkmenistan. Oczywiście w tym "elitarnym" gronie nie zabrakło i satelitów rodem z Polski. A konkretnie, trzech satelitów. Pierwszy był wystrzelony w 2012 roku PW-Sat. Później przyszedł czas na "Heweliusza" i "Lema". Jak dobrze pójdzie, to w ciągu najbliższych kilku lat dorobimy się jeszcze kilku kilogramów żelastwa na orbicie ;).
Polish satellite BRITE Heweliusz model in Gdansk 19.8.2014
A ta malutka skrzyneczka to jeden z polskich satelitów, "Heweliusz". Nie wygląda, prawda? ;)
Skoro już mówimy o żelastwie... Wokół Ziemi krążą dziesiątki tysięcy obiektów dużo, dużo mniejszych od przeciętnej satelity. Przez ostatnie 50 lat ludzie trochę naśmiecili, przez co dzisiaj mają tylko problemy. Otóż gdzieś tam, na orbicie, przez cały czas utrzymują się takie rzeczy, jak nieczynne satelity lub ich kawałki, śmieci zrzucane przez 15 lat z radzieckiej stacji Mir, pogubione przez astronautów części garderoby (na przykład rękawice!), a nawet... krople farby i moczu. Wszystkie te cząsteczki przemierzają przestrzeń kosmiczną z prędkością większą od prędkości ledwo co wystrzelonego pocisku. Każde spotkanie z nimi może się więc spotkać dla statystycznego astronauty tragicznie. A za każdym razem, gdy dwa kosmiczne śmiecie spotkają się ze sobą, dojdzie do kolizji, dzięki której powstanie ich jeszcze więcej. Gdy w 2009 roku zderzyły się na przykład nieczynne satelity Iridium 33 i Kosmos 2251, powstało około 600 nowych kosmicznych odłamków. Wydaje mi się, że powinniśmy zaczynać powoli sprzątać. No, ale to już zupełnie inna historia... ;)
Debris-LEO1280
NASA śledzi około 19 tysięcy krążących wokół Ziemi odłamków kosmicznego gruzu. Według najpopularniejszych
szacunków odłamków tych jest obecnie około 500 tysięcy.
No to co sądzicie o tych naszych kosmicznych śmieciach? Udało mi się Was zaskoczyć w pewnych kwestiach? ;) Czy myślicie, że uda nam się posprzątać kosmiczne żelastwo? :)

Zobacz też:
1. Gwiazdy na Ziemi, czyli o energii przyszłości
2. Czy objawi nam się Planeta numer 9?
3. Szwajcaria referendum stoi